Toczy się jakaś poważna debata wokół "Nowego Państwa" tak, jakby było debatować o czym. Powiem od razu tak: "NP" było znakomitym tygodnikiem w drugiej połowie l. 90. Potem stało się nieco słabszym miesięcznikiem, a gdy stało się kwartalnikiem to ja już go nie kupowałem, a jedynie przeglądałem w salonach prasowych, zastanawiając się, o co redakcji chodzi.
To zresztą jest ciekawa rzecz w ewolucji niektórych czasopism prawicowych, że dopóki wychodziły na gazetowym papierze (taki był choćby "Najwyższy Czas!" dawno dawno temu), to "trzymały fason". Im bardziej dbały o "jakość graficzną", tym gorzej to wyglądało od strony ideowo-światopoglądowej. Nie znaczy to oczywiście, że należy wydawać prasę na dziadowskim papierze. Chodzi mi o to, że "dziadowanie" wymuszało na redakcjach dbałość porządne treści. Przechodzenie na "luksusy" skutkowało takim podejściem, że cokolwiek publikujemy i tak jest dobre (bo ładnie się prezentuje na błyszczącym, kolorowym papierze). Może być w tym, co piszę, cień przesady, aczkolwiek w odniesieniu do "Nowego Państwa" nie sądzę, by był. Ewolucja od tygodnika do kwartalnika dowiodła, że pismo to stopniowo utraciło czytelników, a nie ich zyskało - to zaś dowodzi, że za polepszającą się szatą graficzną szedł spadek poziomu intelektualnego pisma i wyrazistości ideowej.
Nie jest jednak moim zamiarem analizowanie ewolucji "NP". Casus "NP" jest bowiem dobrym przyczynkiem do dyskusji nad prawicowymi czasopismami w ogóle. Można odnieść wrażenie, że każda z redakcji prawicowych tworzy odrębne getto, które samodzielnie definiuje kryteria prawicowości oraz definiuje to, co nazywamy polską racją stanu. Tego typu pluralizm prowadzi rzecz jasna do wielogłosu, ale jednocześnie do braku jakiejkolwiek nici porozumienia. Przede wszystkim pisma prawicowe nie dostrzegły pojawienia się Internetu (i blogosfery), wobec tego nie zmodyfikowały swoich wydań pod kątem, że tak powiem, "nieścigania się z czasem". W rezultacie tychże pismach komentuje się częstokroć sprawy odyskutowane już wiele razy w blogosferze, co daje wrażenie pewnej wtórności pism wobec elektronicznej debaty publicznej.
Wyjściem z tego typu sytuacji powinno być publikowanie tekstów na wyższym poziomie ogólności, ale też tekstów historycznych, przeglądania archiwaliów, przypominania debat prowadzonych na emigracji, pokazywania sylwetek naszych rodaków (zwł. z okresu emigracji), którzy wciąż nie mogą się "przebić do polskiej kultury". Świadomość historyczna Polaków (także tych, którzy uznają się za prawicowców czy konserwatystów) nie zawsze jest mocno osadzona w tychże wymienionych kontekstach. Np. czy gdyby spytać takiego pierwszego z brzegu prawicowca, to wiedziałby cokolwiek o Mieczysławie Grydzewskim albo Wacławie Grubińskim, czy musiałby zajrzeć do wikipedii? (Nawiasem mówiąc brak stron internetowych dokumentujących działania emigracji po II wojnie jest wyjątkowo dotkliwy, ale to u nas generalna przypadłość - wszak nasze dziedzictwo kulturowe (naukowe, literackie itd.) prawie w ogóle nie jest promowane on-line. Proszę zobaczyć, z jaką drobiazgowością promują swoje historyczne postaci (i ich dokonania) Amerykanie).
Gdybym miał radzić cokolwiek jakiemuś nowopowstającemu pismu prawicowemu mającego poważne ambicje i dalekosiężne plany, to rzekłbym przede wszystkim tak: należy dążyć do jak najszerszej reprezentacji środowisk prawicowych na łamach, a nie do tworzenia kolejnego getta. Oczywiście, dyskutowanie z jakimikolwiek lewakami uważam nie tylko za stratę czasu, ale za działalność szkodliwą. Czasy lewizny przeminęły (oni się już nagadali na plenach, egzekutywach, masówkach, wiecach i kongresach), a poza tym i tak wciąż posiada ona medialną nadreprezentację wywołującą złudzenie, że czerwoni to wciąż licząca się siła społeczna. Jednakże należałoby dokładnie analizować poczynania lewaków, tak zresztą jak to czynił w swoim fryburskim instytucie sowietologicznym śp. o. J. Bocheński. Czas sowietyzacji nie przeminął, niestety. Ale to tylko kwestia marginalna. Należałoby doprowadzić do dyskusji redakcyjnych, w których obok siebie siedzieliby przedstawiciele najrozmaitszych środowisk prawicowych (od RM po UPR) i wspólnie dociekać, jak powinien wyglądać model kooperacji tychże środowisk, model reprezentacji politycznej (nie tylko parlamentarnej) oraz model państwa, jakie wciąż mamy "w budowie".
Debata na prawicy jest potrzebna w sytuacji, gdy coraz więcej środowisk naukowych (obo stricte politycznych) się włącza do walki z postkomunizmem i III RP. Takie pismo powinno stać się forum takiej debaty, a głos powinni zabierać i naukowcy tacy jak Krasnodębski, Zybertowicz, Legutko, Fedyszak-Radziejowska, A. Nowak etc. czy historycy, ale też publicyści typu Michalkiewicz, Kwieciński, Łysiak, Ziemkiewicz, Semka... (wszystkich wymienić się nie da, oczywiście). Tym, co szczególnie mi doskwiera w pismach prawicowych jest albo infantylizm (pisanie łopatologiczne albo bardzo niedbałe), albo dopuszczanie do głosów amatorów pióra nie zawsze dysponujących wiedzą i stylem (na łamach "NCz!" to stały fragment gry), albo wreszcie powtarzalność pewnych tematów czy ich ujęć. Wywołuje to (zapewne mimowolny) efekt w postaci poczucia bycia lekceważonym przez redakcję. Jeśli bowiem ktoś traktuje mnie jak matoła, to ja wcale nie muszę sponsorować takiej działalności edytorsko-publicystycznej, prawda? Chciałoby się więc czytać na łamach prawicowych pism teksty na wysokim intelektualnym poziomie, debaty różnych środowisk, diagnozy sytuacji Polski w perspektywie nie ostatniego ględzenia jakiegoś ministra w TVP, ale dużo szerszej.
Czy do tego dojdzie? Nie jestem pewien. Wielu redaktorów prawicowych jest tak dogłębnie przekonanych o własnej doskonałości oraz o doskonałości pism, które tworzą, że nie dopuszczają do siebie chyba myśli, że daleko jeszcze polskim pismom do wysokiego poziomu, czyli że można jeszcze zdziałać więcej i lepiej. Dochodzi zatem do tego, że człowiek śledzi z wypiekami na twarzy teksty w blogosferze, zaś zawartość czasopism prawicowych przegląda jedynie w salonach prasowych, bo "nie zachwycają".


Komentarze
Pokaż komentarze (17)