Niespokojne są serca euroentuzjastów, gdyż w Irandii może zwycięzyć "egoizm narodowy" (określenie J. Lewandowskiego). Oczywiście, gdyby Irlandczycy zagłosowali w referendum na "tak" dla TL, to zwyciężyłaby demokracja.
"Rz" zamieszcza łabędzie śpiewy przedstawicieli nowej socjalistycznej międzynarodówki pn. Młodzi Europejscy Federaliści (nazwa ilustruje rozmach ideowy organizacji; "to idzie młodość..." tym razem z hasłem euroentuzjazmu), którzy zdumiewają się, że "aż tyle" może być głosów na "nie" (http://www.rp.pl/artykul/147845.html). Najlepiej by było, gdyby można było ustalić odgórnie limit dotyczący tego, ile powinno być głosów na "nie". W Polsce warianty tego typu rozwiązań referendalnych przećwiczono w 1946 r., więc wystarczyłoby tylko pogrzebać w archiwaliach "jak to się robi". Jedna z polskich euroentuzjastek, która (zapewne za własne pieniądze, przecież nie za moje) przybyła do Dublina "z grupką aktywistów MEF", by przypominać tubylcom, jak dobra jest UE i jakie błogosławieństwa spłyną na euroludzkość po ratyfikacji TL, twierdziła, jak podaje "Rz", że:
"zwykłych przechodniów nie było trudno nakłonić do zmiany zdania, bo swój sprzeciw wobec Lizbony „opierali głównie na sloganach, niepopartych prawdziwymi informacjami”. Trudniej było za to dyskutować z działaczami antylizbońskimi, którzy prowadzili na ulicach swoją kampanię. – Mieli naprawdę rzeczowe argumenty i potrafili ich sensownie bronić."
Slogany poparte prawdziwymi informacjami mieli na podorędziu zapewne aktywiści MEF, tylko że akurat "działacze antylizbońscy" dysponowali akurat rzeczową argumentacją i sensowną obroną. To pokazuje, że aktyw euroentuzjastyczny może jest ideowo dojrzały, ale warsztatowo niesprawny. Czas najwyższy na jakieś obozy szkoleniowe dla aktywu, podobnie jak za peerelu szkolono ZSMP-owców, ZSP-owców czy po prostu młodych PZPR-owców. WUML to też nie była idea głupia, gdyż wyszkolić można także "starsze kadry". Dziś takie wieczorne uniwersytety można by nazwać WUEE, gdzie EE znaczyłoby euro-entuzjazm oczywiście. Euro-entuzjazm rozumiany byłby tu dwutorowo: entuzjazm dla eurokracji oraz entuzjazm dla wprowadzania Polski do strefy euro, a to wszystko w imię wyzbywania się "narodowego egoizmu". To wszystko oczywiście w Polsce, co jednak można zaproponować Irlandii, w której tradycje socjalistycznej urawniłowki nie są tak żywe, jak u nas?
Głowią się oświeceni i głowią i jeszcze nie wiedzą, co o tym wszystkim myśleć. Lewandowski nie chce prorokować, jaki będzie wynik referendum, zaś aktyw MEF żałuje, że przybyli na Zieloną Wyspę Polacy nie mogli wesprzeć euroentuzjazmu swoimi głosami. Idea dowożenia "uprawnionych do głosowania" też już na polskich ziemiach była realizowana, choć akurat nie za peerelu, bo wtedy wystarczyło odpowiednio "policzyć głosy" - a jakiś czas wcześniej, tak więc i tu nas nie zaskakują oświeceni. Kilkaset tysięcy głosów na "tak", to zawsze coś. Pech jednak chce, że irlandzka konstytucja nie przewidziała w takich referendach dowozu głosujących. Generalnie jednak oświeceni zarzucają Irlandczykom niewdzięczność wobec UE, no bo to UE wyciągnęła Irlandię z bidy.
W związku z tą niewdzięcznością zaczynają się też pojawiać głosy, że UE może zmusić to państwo do przeprowadzenia kolejnego referendum albo wywrzeć nacisk na rząd irlandzki, by przeforsował parlamentarną ratyfikację... ze względu na niską frekwencję. Jak na razie szacunkowo mowa jest o 40% głosujących, więc, jak na Irlandię nie jest to jakoś szczególnie mało. Jednakże dla aktywu przyzwyczajonego do wyników referendów w stylu między 80-90% na "tak" oraz frekwencji przewyższającej 100%, to irlandzkie wyniki mogą być niemiarodajne. Jeśli zaś "egoizmy narodowe zwyciężają", czyli demokracja na danym terenie nie jest dojrzała, to zasiewa się ją jeszcze raz. Aż do skutku. Tylko trzeba więcej siewców z aktywem przysłać.



Komentarze
Pokaż komentarze (59)