Można powiedzieć bez cienia wątpliwości, że wychodząc z peerelu (i wchodząc do post-peerelu), przeszliśmy z jednej masowej dezinformacji do drugiej. Prawda ta jest tak oczywista, a jednocześnie tak smutna, że właściwie ilekroć słyszę głosy o "wolnym, niepodległym kraju" to ręce mi opadają.
Ponieważ wielokrotnie ten temat poruszałem, chciałbym tu na studium jednego przypadku pokazać, do jakiego stopnia zakłamywanie rzeczywistości stanowi u nas modus operandi mediów (i ludzi mediów) w ten czy inny sposób związanych z postkomunizmem. Na bieżąco ze środkami dezinformacji potrafi nas zapoznać M. Olejnik, która - co wnioskuję ze słuchania wielu jej rozmów, czytania wielu jej tekstów - nie jest osobą ani szczególnie predystynowaną do bycia dziennikarką, nie posiada prawie żadnej erudycji, nie zna się nawet na współczesnej historii Polski, posiada jednak jedną cenną dla dezinformatorów cechę: potrafi wykorzystywać środki dezinformacji sprawnie i z podziwu godną wszechstronnością. Potrafi syntetycznie zebrać najprzeróżniejsze (mniejsze lub większe) kłamstwa "dawane do" mediów i z uporem powtarzać je przy każdej okazji, gdy mądrość etapu tego od niej wymaga. Nie muszę przypominać, że Olejnik jest dziennikarką z peerelowskim stażem, co dodatkowo pozwala uznać ją za reprezentantkę właśnie postkomunistycznego establishmentu związanego z mediami.
Następujące środki dezinformacji syntetycznie skompletowała Olejnik: 1) skoro Wałęsa był Bolkiem, to dlaczego w l. 80. esbecja go nie złamała i nie wykorzystała epizodu współpracy przeciwko przywódcy "Solidarności", 2) IPN zgodnie z ustawą zajmuje się historią, a nie współczesnością (tu ciekawostka - Olejnik literalnie interpretując ustawę, wnioskuje, że historia skończyła się w 1990 r., zaś po 1990 r. zaczyna się współczesność - przyp. F.Y.M.), wobec tego, jakim prawem historycy IPN-u zajęli się latami prezydentury Wałęsy, 3) IPN wydał publiczne pieniądze na tak stronniczą książkę, 4) "zlecenie (!) na książkę" dał PiS, 5) recenzenci książki byli stronniczy, 6) stronniczy byli sami autorzy, 7) nie ma żadnych lojalek, sprawozdań Wałęsy itp. dokumentów świadczących o współpracy, wreszcie 7) "no to co z tego, że Wałęsa nawet coś podpisał w l. 70.?".
Nie można podejrzewać Olejnik, było nie było, czołowej dziennikarki lewicy, by jakoś sympatyzowała z Wałęsą, więc nie przypisywałbym tu jakichś szczerych intencji. Chodzi tu o obronę szerszego establishmentu (choćby tego, który w sporej reprezentacji zjechał się wczoraj na "imieniny Marszałka", o których informowały nas nie wiedzieć czemu, media; swoją drogą ciekawe, że o obchodach imienin przez innych polityków nie powiadamiają nas z takimi detalami), dla którego Wałęsa stał się nagle tarczą ochronną.
Zacznijmy od kwestii pierwszej. Naprawdę trzeba się nieźle nagimnastykować (albo zwyczajnie nie mieć żadnej szerszej wiedzy z XX-wiecznej historii), żeby nie wiedzieć, że służby specjalne za swój największy sukces uważają osadzenie agenta na szczytach jakiejś organizacji przez te służby rozpracowywanej. O wiele ceniejszy jest taki agent pozwalający przejąć kontrolę nad taką organizacją, aniżeli... rozwalenie takiej organizacji. To sprawa tak oczywista, że ktoś, kto o tym nie wie, nie powinien wypowiadać się na temat kwestii agentury i agenturalności w ogóle.
Mitem jest twierdzenie, jakoby Bezpieka w peerelu zmierzała za wszelką cenę do destrukcji organizacji opozycyjnych. Bezpieka rozwalała wyłącznie powojenną antykomunistyczną partyzantkę, bo faktycznie "leśni" nie żartowali i eliminowali fizycznie komunistów wszelkiej maści. Tu Bezpieka nie miała większych możliwości manewru (pomijając ewidentne zdrady poszczególnych partyzantów czy organizowanie fałszywej komendy WiN-u), gdyż rozpracowywanie od środka byłoby długotrwałe w sytuacji, w której antykomunistyczne oddziały realnie zagrażały poszczególnym czerwonym funkcjonariuszom. Nie muszę dodawać, że czynnie i licznie wspierali Bezpiekę sowieccy sołdaci, co ułatwiło "rozprawę z podziemiem".
Odnosząc się więc do "sprawy Wałęsy" należy stwierdzić, że nikt nie potrzebował "łamać" kogoś, kto nie był dla Bezpieki wcale groźny. Jaki sens może mieć łamanie kogoś, kto współpracuje? Łamało się wyłącznie ludzi odmawiających współpracy lub poważnie swoją działalnością zagrażających Bezpiece (jak choćby ks. Popiełuszko) - z zabójstwem włącznie. Czy Bezpiece zależało na rozwaleniu struktur "Solidarności"? Wcale nie. Wystarczyło jedynie przejąć niektóre jej przyczółki - co zresztą się udawało - agentura przenikała i jakąś kontrolę nad ruchem "S" udawało się Bezpiece uzyskać. Dla tej ostatniej idealna sytuacja była taka, w której "zwalcza się" opozycję, nad którą sprawuje się jakąś (choćby agenturalną) kontrolę oraz w której przeprowadzi się odsiew tych "ekstremistów", co agenturalnej kontroli się nie poddają. Tak więc wprowadzenie stanu wojennego pozwoliło na taki "subtelny odsiew". Jak wiemy, do tzw. drugiej Solidarności już ekstremistów nie dopuszczono. Czy może mieć to jakiś związek z agenturalnością Wałęsy? Historycy to badają.
Kwestia druga. Jeśliby historia zakończyła się w 1990 r., to rzeczywiście nie bylibyśmy w zbyt korzystnej sytuacji, ponieważ nie moglibyśmy stawiać pytań o rozmaite zagadkowe kwestie z lat "transformacji". Dla tych ludzi, którzy na transformacji skorzystali szczególnie (jak choćby czerwona nomenklatura i Bezpieka) takie postawienie sprawy byłoby błogosławieństwem. Mogliby dożyć spokojnej starości nienękani nie tylko wyrzutami sumienia (o to ich nie można podejrzewać, naturalnie), ale i przez jakichkolwiek prokuratorów badających sposoby dochodzenia do majątków, których wartość może się mieć nijak do realnych zarobków tychże ludzi ("beneficjentów transformacji" :).
W przypadku Wałęsy zagadkowość sprawy polega na tym, że swoją prezydenturę wykorzystywał do zacierania śladów po (jak twierdzi z uporem) domniemanej swojej agenturalności. Powstrzymał proces lustracji i dekomunizacji zapoczątkowany uchwałą zgłoszoną przez J. Korwina-Mikke, najpierw wygłosił do mediów oświadczenie, że coś podpisał, potem wycofał (4 czerwca 1992), sortował materiały w swojej teczce, którą w bezprawny sposób uzyskał do swojego osobistego wglądu, miał u swego boku przez długie lata pracownika SB, niejakiego Miecia. Te zachowania sugerują raczej, że robił wszystko, by prawda o jego przeszłości nie wyszła na jaw. Innymi słowy, gdyby faktycznie chodziło o "fałszywki", to przecież najprostszym rozwiązaniem byłoby wykazanie fałszywości dokumentów, znalezienie fałszerzy, skazanie ich na więzienie i ostateczne oczyszczenie się z jakichkolwiek "fałszywych podejrzeń". Tak sprawę załatwiłby nie tylko normalny człowiek, ale i normalny prezydent. Nic tak bowiem nie podmywa autorytetu władzy jak podejrzenia o jakąś dwulicowość i tajemne działania skrywające jakieś "grzeszki". Wałęsa tego nie uczynił, nie załatwił sprawy normalnie.
Skoro nie uczynił, to nie tylko zachował się nieuczciwie wobec obywateli polskich, ale i "zgrzeszył wobec historii", można powiedzieć. IPN miał więc pełne prawo drążyć sprawę, gdyż jeśli te zarzuty, które dokumentuje książka Cenckiewicza i Gontarczyka miałyby się potwierdzić, to za niszczenie tajnych dokumentów na swój temat Wałęsa powinien odpowiedzieć przed sądem. Autorzy książki mieli obowiązek skompletować wiedzę o tym epizodzie i dobrze się stało, że tego dokonali.
Kwestia 3. to oczywiście czysty absurd, skoro IPN jest instytucją pożytku publicznego. Jeszcze tego by brakowało, że prywatni sponsorzy promowaliby swoje wersje historii. Zresztą, w sytuacji, gdy na idiotyczne broszury unijne i propagandę służącą PO wydawane są masy pieniędzy publicznych, ten zarzut to zarazem czysta hipokryzja. Kwestia 4. Biorąc pod uwagę to, że praca nad książką zaczęła się 5 lat temu, to rzeczywiście PiS musiał być dalekowzroczny, "zlecając jej napisanie". Dlaczego jednak tyle lat trzeba było na nią czekać? Czemu akurat miałoby być to "zlecenie na Wałęsę", który jest emerytem politycznym, a jego występy u boku Olechowskiego i Kwaśniewskiego w ruchu na rzecz demokracji (za czasów kaczyzmu) można potraktować jako dość marną rolę teatralną? Leżącego przecież się nie kopie, zwłaszcza gdy ktoś się na własne życzenie już położył.
Kwestie 5-6. To żelazna reguła dezinformacji, kiedy ludzie tak stronniczy jak Olejnik i jej podobni "dziennikarze" zarzucają stronniczość innym. Co więcej, ludzie niemający historycznego przygotowania kwestionują kompetencje naukowców (tu wspomnę też na słynne postulaty mgr. Żakowskiego, by "nie przyznawać doktoratów TAKIM" (jak Cenckiewicz i Gontarczyk) - już za peerelu dbano o to, by ktoś nie dostał stopnia naukowego za "niewłaściwą postawę", tu więc czołowy propagandysta postkomunizmu wstrzelił sie znakomicie w "ducha dziejów").
Kwestia 7. wiąże się z "problemem prezydentury Wałęsy". Jeśli teczka Wałęsy nie podlegałaby żadnemu "sortowaniu", jeśliby zaden życzliwy nie przeglądał jej zawartości "szukając fałszywek", to można by wtedy stwierdzić, co w teczce jest, a czego nie ma. Natomiast argument, że skoro dokumentów nie ma, to nie ma dowodu współpracy jest groteskowy, jeżeli wiemy, że niejedna para rąk teczkę przetrząsała. W sytuacji podejrzenia zacierania śladów należałoby najpierw zbadać kwestię tego, jak dokumenty "znikano", kto tego dokonał, na czyje polecenie i kogo należy postawić w stan oskarżenia za świadome niszczenie tajnej dokumentacji. Jak wiemy, takich danych dostarcza właśnie praca Cenckiewicza i Gontarczyka. Wiemy też, że Wałęsa twierdzi, że "ktoś" usunął dokumenty z jego teczki, nie on.
Kwestia 8. Właściwie na takie postawienie sprawy "no to co z tego?", czyli na wzruszenie ramionami można by odpowiedzieć tym samym, gdyby chodziło o bylekogo. Tu zaś obrońcy Wałęsy powiadają nam, że chodzi o pomnik, którego nie wolno strącać. To wszystko jednak nie trzyma się kupy. Albo mamy postać pomnikową i zasługuje ona na pomnik przez wzgląd na swoją niezłomność, której dowodzą liczne świadectwa historyczne (także te z l. 70.) - czyli albo pokazujemy obywatelom dokładny obraz bohatera - albo z tym pomnikiem się pospieszono, ponieważ wychodzą na jaw działania mogące domniemaną niezłomność Wałęsy mocno podważyć. Oczywiście istota rzeczy sprowadza się do tego, jaka była skala jego współpracy z SB, a nie czy ta współpraca była. Pamiętając o tym, co wyrabiał Wałęsa za czasów swojej prezydentury (z wiernym Mieciem u boku) właśnie w tej kwestii, można powątpiewać w to, czy skalę tej współpracy da się zbyć wzruszeniem ramion. Wiemy zarazem, że za "sprawą Wałęsy", kryją się sprawy wielu innych "niezłomnych", takich choćby jak "wujek Bronek", by nie szukać daleko. Zasłona dezinformacji spowijająca "sprawę Wałęsy" tak naprawdę zatem ma cel stworzenia zasieków do "obrony Częstochowy", a przy okazji Olejnik broni swojego własnego środowiska, którego współpraca z SB była i jest tajemnicą poliszynela.



Komentarze
Pokaż komentarze (49)