Po lekcji irlandzkiej przyszedł czas na lekcję prof. W. Sadurskiego, który tłumaczy cepom, jak my, co właściwie Irlandia zrobiła, o co jej chodziło i dlaczego było to irracjonalne i w gruncie rzeczy złe.
Czas na odejście od anachronicznej zasady consensusu w obrębie Wspólnoty Europejskiej, która, jak twierdzi Sadurski, sprawdzała się za czasów EWG oraz EWWiS głównie dlatego, że najważniejsze sprawy klepała Francja i Niemcy, a co mniejsze płazy przyjmowały to do wiadomości, mówiąc obrazowo (http://www.rp.pl/artykul/152945.html). W ten sposób Sadurski przyznaje, że nie tylko istnieją "motory Europy" (czy integracji europejskiej), lecz i motorniczy. Znakomicie to koresponduje z tezą o Europie wielu prędkości (już od dawna lansowaną przez "motorniczych" po rozszerzeniu Wspólnoty). Pomijam pominięty także przez przewielebnego autora tak oczywisty fakt, że gospodarcze porozumienia zachodnioeuropejskie nie miały charakteru konstruowania politycznego raju na Ziemi, tak jak to jest w latach 2000., więc może consensus było o wiele łatwiej osiągnąć, ponieważ rozwiązania prawne nie budziły społecznych emocji (tak jak to jest dzisiaj).
Sadurski w swoim artykule w "Rz" zbiera w swoisty dla siebie, nieco kpiarski sposób rozmaite interpretacje wyników referendum w Irlandii w następujący sposób:
"1) traktat lizboński był podstępem, który został w porę wykryty i udaremniony przez jedyne społeczeństwo w UE, któremu dano możliwość wypowiedzieć się na ten temat bezpośrednio (...) 2) irlandzka opinia publiczna nie wiedziała, nad czym głosuje, bo traktat jest dokumentem niezwykle złożonym, niejasnym nawet dla wielu prawników – a co dopiero dla prostych ludzi z ulicy (...) 3) eurokraci chcieli zbyt szybko pchnąć Unię w kierunku bardziej pogłębionej integracji, na którą po prostu nie ma jeszcze wśród europejskich społeczeństw wystarczającego przyzwolenia (...) 4) błędem było reformowanie Unii od strony instytucjonalno-proceduralnej, należało zabrać się do reformy tzw. polityk: (a więc np. solidarności energetycznej), zamiast wymyślać nowe urzędy unijne."
Nic więc dziwnego, że po takim przedstawieniu sprawy (i dość szybkiemu rozprawieniu się z każdym z tych ujęć) pozostaje przewielebnemu bezradne rozkładanie rąk nad ludzką irracjonalnością i/lub bezmiarem niewiedzy. Domyślamy się, naturalnie, że pełną wiedzę posiada sam Sadurski, jednakże mimo panoramiczności spojrzenia, stara się on nie dostrzec najbardziej rzucających się w oczy rzeczy, na które ja chciałbym wskazać poniżej, choć jestem w tej niezręcznej sytuacji, że dla mnie projekt pn. UE jest stratą czasu, publicznych pieniędzy i marnotrawieniem ludzkich wysiłków. Ale mniejsza z tym, chcę tu bowiem stanąć w obronie "nieoświeconych".
Otóż nie jest problemem to - tak jak zgłaszali to rozmaici eurolegaliści nazajutrz po referendum irlandzkim - czy kontrargumenty wobec Traktatu Lizbońskiego były "demagogiczne", "histeryczne" etc., tylko to, czy wprowadzanie coraz to nowych unijnych, paneuropejskich regulacji nie prowadzi do określonych społecznych zagrożeń. Tak, społecznych, polityczne akurat pomijam (choć widmo zamordyzmu jest aktualne, zwł. gdy się słuchało niemieckich komentatorów wyniku tego referendum). Eurolegaliści, do których należałoby chyba zaliczyć także Sadurskiego, wychodzą z założenia tego typu, że jeśli coś nie jest explicite zapisane w jakiejś regulacji prawnej, to demagogią czy histerią jest twierdzenie, że to coś może być przez tę regulację wywołane. Innymi słowy, jeśli o A nie ma mowy w jakimś przepisie, to A jako społeczny skutek tego przepisu nie występuje.
Jest to myślenie albo celowo zaciemniające sprawę, albo naiwne. Nie podejrzewając Sadurskiego o złą wolę, a raczej podejrzewając o niefrasobliwość, chciałbym zwrócić uwagę na to, że prawo ex definitione służy do porządkowania najrozmaitszych dziedzin społecznych - wobec teza dot. skutków społecznych wprowadzenia i funkcjonowania takiego czy innego przepisu jest czymś, co może stwierdzić ktoś kierujący się zdrowym rozsądkiem, a niekoniecznie taką czy inną filozofią prawa. Piszę to dlatego, że kwestie piętrowych i coraz mniej czytelnych regulacji "porządku spolecznego w Europie", regulacji przyjmujących postaci coraz to nowych "traktatów", z oczywistych względów napawały niepokojem "zwykłych ludzi" i nie trzeba było studiować wciąż i wciąż ewoluujących postulatów prawnych (bo jeszcze nie przepisów), by właśnie w sposób racjonalny się zacząć temu procesowi "przeregulowania" przecwistawić.
Dla Sadurskiego i innych eurolegalistów, "rzeczywistość prawna UE" jest tak złożona, tak skomplikowana, tak zakryta przed ciemnym przeciętnym umysłem, że mówienie o skutkach społecznych takiego czy innego przepisu musi przyjmować postać demagogii i/lub histerii. Tymczasem sprawy nie są wcale aż tak skomplikowane, jak eurolegaliści twierdzą. Sfera, w jakiej obracają się "przeciętni ludzie", to rodzina, praca, edukacja, ewentualnie rozmaite formy rozrywki i wypoczynku, mówiąc z grubsza. Osobno należałoby mówić, rzecz jasna, o sferze zdrowia, ale nie chcę tu wchodzić w szczegóły. Jeśłi "przeciętny człowiek" stwierdza, że nad tymi sferami zaczyna rosnąć stos papierów, a do rozwiązywania każdej kwestii (jak się okazuje w UE) zaczyna być potrzebny jakiś urzędnik, od którego zaczyna się dla "przeciętnego czałowieka" cała beznadziejna pielgrzymka po biurokratycznej machinie (jak w "Procesie" F. Kafki), to nikt nie powinien się zdumiewać, że rodzi się duch sprzeciwu. Obrazowo można ująć to tak: z jednej strony mamy "zjadaczy chleba", którzy stoją u stóp gmachu gigantycznego, połyskującego w słońcu Urzędu, a z drugiej rosnący tłum pracowników Urzędu, którzy u wejścia do niego tłumaczą przez policyjną tubę "szarakom", jak wielkie, skomplikowane i poważne problemy rozwiązują za murami Urzędu. Czy należy przejść się po wszystkich gabinetach takiej instytucji, by się dowiedzieć, że stanowi ona błąd w sztuce administrowania?
Nawet eurolegaliści przyznają, że biurokracji w UE jest "trochę za dużo", lecz wychodzą z założenia, że "jakoś to będzie". Nic jednak nie wskazuje na to, żeby biurokracja miała się sama zredukować. (Swoją drogą, przy tej nadprodukcji makulatury, jaką spotykamy w Urzędzie, przynaglania "szaraków", by żwawiej segregowali odpady, brzmią wyjątkowo komicznie). Eurolegaliści (czy szerzej eurokraci) nie chcą przyjąć do wiadomości faktu, że "przeciętni" nie rozumieją integracji europejskiej jako rozbudowywania struktur biurokratycznych i tworzenia coraz to nowych miejsc pracy w Urzędzie. Ta banalna konstatacja zwyczajnie nie może im przejść przez głowy, choć nie potrzeba do jej uzyskania jakichś skomplikowanych analiz. Prosty przykład rozumowania eurokratów: skoro TL jest zbyt skomplikowany, to należy zmienić pracoedury dot. jego ratyfikacji, a nie... uprościć kwestię "dalszej integracji".
Tu bez wątpienia leży istota rzeczy. Im bardziej uproszczono by regulacje prawne dot. integracji (czy "dalszej integracji" - to coś jak "drugi etap reformy" za późnego peerelu), tym mniej roboty mieliby Urzędnicy. Sprawa więc wydaje się beznadziejna. Regulacji uprościć się nie da, ponieważ wielu Urzędników nie miałoby zajęcia - wobec tego, należy Procedurę Biurokratyczną uruchomić na nowo jeszcze raz, by rozwiązać nabrzmiały Proceduralny Problem po irlandzkim referendum. Kafka miał rację, tylko że on tworzył fikcyjny świat. Eurokracja zagospodarować chce nasz realny świat.


Komentarze
Pokaż komentarze (62)