Zanim nastaną dni, w których eurokracja uzna, że za anonimowymi blogerami czają się ciemne siły kontrrewolucji antyunijnej, należy zacząć opracowywać strategię przetrwania, pozwalającą stosować partyzantkę elektroniczną nie do zwalczenia przez policyjną pałkę.
Coraz częściej dochodzą nas głosy, że Internet wymaga jakiegoś profesjonalnego urzędu cenzorskiego, który odsiewał będzie ziarna od plew i pilnował, by dzicz, która dorwała się do Sieci, nie zagrażała publicznemu porządkowi. W niektórych krajach już się wprowadza jakieś częściowe obostrzenia (http://www.rp.pl/artykul/153063.html), ale już pojawiają się perspektywiczne plany, by wprowadzić regulacje na poziomie ogólnoeuropejskim i spektakularnie wziąć blogerów za twarz (http://wiadomosci.onet.pl/1775180,11,item.html). Kto by pomyślał, że jakiś anonimowy buc piszący sobie na boku, jak nie przymierzając ja, może stanowić zagrożenie dla całej "Europy"? Ano, pewnie stanowi, skoro już eurodeputowani zachodzą w głowę i dumają nad tym, jakby tu "dla dobra wszystkich" sprawić, by anonimowi blogerzy nie sypali piachu w tryby.
Swoją drogą, taki głupi anonimowy blog musi mieć naprawdę niezłą siłę rażenia, skoro nawet (szeroko i eschatologicznie rozumiany) Urząd w Brukseli kuli się w okopach w obawie przed ostrzałem. Oczywiście prawda może być nieco bardziej banalna. Raczej chodzi o mainstreamowe media niejednokrotnie brylujące w dezinformowaniu, które to media nie wytrzymują konkurencji z blogosferą, czyli elektroniczną partyzantką, której ani ogniem, ani klątwami wytłuc się nie da. To, że takie media potrafią lobbować i wykazywać się szczególną siłą perswazji finansowej, to wiemy nie tylko od czasów spotkania Rywina z Michnikiem. To zaś, że środowiska medialne mają swoich przedstawiciele w Urzędzie Brukselskim, czyli UB ;P, to też wiemy, więc nie ma tu wielkich trudności z odtworzeniem "pasa transmisyjnego" między pomysłem na "zapis na blogerów" a prywatnym interesem tego czy innego wydawcy/nadawcy.
Załóżmy jednak, że eurokraci przegłosowaliby i zaczęli wcielać w życie ideę zwalczania blogosfery "nieprawomyślnej". Kwestia ta nie jest wcale odległa, ponieważ już wiemy, że "procesu integracji nie da się już powstrzymać", a z koniecznością dziejową, jak wiemy z historii, dyskusji większej nie ma. Któregoś dnia po prostu ktoś powie, że należy zrobić porządek z blogami i pozostawić jedynie blogi prounijne, lewicowe oraz ateistyczne (pluralizm tego wymaga), ewentualnie można pisać "inaczej", byle tylko zarejestrować swoją działalność w jakiejś regionalnej komórce Urzędu Brukselskiego (formularz do ściągnięcia będzie dostępny na regionalnej stronie UB). Zakładając więc, że klepnięto by taką regulację w sferze szeroko rozumianej wolności słowa, to co taki nieoświecony buc mógłby zrobić, by takiego anonimowego blogera przed intelektualnym łagrem uchronić?
Sprawa jest prosta: multiplikacja. Tak jak w II i III obiegu podstawowym problemem dla Bezpieki było zwalczanie POWIELANIA ZBRODNIOMYŚLI, tak i w epoce technokultury i techonomodelowania społecznego, chodzi o zapobieżenie rozpowszechnianiu "wywrotowych idei". Należy więc od dziś archiwizować blogi, które uważamy za wartościowe i przygotowywać je do rozpowszechniania w formie PDF-ów (p2p), w formie stron z metaopisami wprowadzającymi w błąd bezpieczniackie wyszukiwarki (bezpieczniackie "pająki") - nawet gdyby te strony działały przez chwilę, wreszcie w formie rozsyłania mailowego zawartości takich blogów. Telefonia komórkowa już pozwala na przesyłanie plików, więc i tą drogą będzie można propagować treści zakazane przez UB. O ile do blokowania stron i zakazu publikowania dla poszczególnych blogerów będzie pewnie dochodzić "ze względów bezpieczeństwa", o tyle procesu rozpowszechniania, o jakim piszę, nie sposób powstrzymać metodami stricte administracyjno-policyjnymi, a im więcej będzie "źródeł zbrodniomyśli", tym lepiej. Multiplikacja :)
Z drugiej jednak strony niezwykle pocieszające jest to, że - proszę zauważyć - aż po tak radykalne metody zwalczania niezależnego myślenia muszą sięgać eurokraci w stosunku do "boguduchawinnych" blogerów. Czyżby z mainstreamem było tak krucho, że parudziesięciu (czy paruset) zapaleńców piszących od serca o rzeczywistości zagraża istniejącemu kartelowi? Czy słoń musi zadeptywać mrówki? Ejże. W sytuacji, gdy rozdziera się szaty w obronie mniejszości seksualnych, to może i mniejszość anonimowych blogerów można by jakoś uchronić przed wiecznym biurokratycznym potępieniem?
A może mniejszość mniejszości nierówna, skoro socjalistyczna, estońska eurodeputowana powiada tak: "Celem blogów jest pokazywanie prawdy, lecz niektórzy pod fałszywym nazwiskiem mogą kogoś oskarżać czy poniżać". No tak, skoro kogoś można oskarżyć czy poniżyć, to faktycznie sprawa wymaga paneuropejskiej regulacji, choć wydawało mi się, że jeśli ktoś łamie prawo, to bez względu na to, czy jest anonimowym blogerem czy mainstreamowym dziennikarzem, czy wreszcie eurodeputowanym, odpowiednie służby go mogą postawić przed wymiarem sprawiedliwości. Okazuje się jednak, że to za mało. Wyspecjalizowana komórka do walki z anonimowymi blogerami, to by dopiero było przeciwstawienie się zagrożeniom elektronicznym dla porządku publicznego. Powszechnie wiadome jest, że każdy bloger oskarża i poniża kogo chce na dzień dobry, a potem wypija kawę, paląc papieroska i patrząc, jaki rezonans międzynarodowy jego bluzgi wywołały. Gdyby zaś ktoś nad takim bucem stał z pałą, to kto wie, może dzień zaczynałby taki buc od wertowania broszur unijnych i segregowania śmieci w swoim obejściu, a nie elektro-bluzgania? Jest tyle pożytecznych rzeczy do zrobienia, zwł. dla takich anonimowych blogerów, co zamiast "wziuńść sie do roboty", zbijają bąki przed komputerami, smrodząc na cały świat.




Komentarze
Pokaż komentarze (65)