Wstrząsu nie będzie. Środowisko, które w celach "socjalnych i humanitarnych" przygarnęło Ketmana nie jest zdolne sprostać zadaniu uporania się z postpeerelowską wizją świata, w której wszystko jest zamglone, zatarte, niejasne, a nawet brudne.
"Czy ja jako człowiek, który kiedyś donosił, mogę powiedzieć dzisiaj, że kradzież jest rzeczą złą? Chyba mogę", uważa Ketman, prowadząc swego rodzaju publiczny namysł nad samym sobą. Przed kamerami widzimy zadumanego mędrca, który okadzając się dymem papierosowym, więcej ma do postawienia zagadkowych pytań aniżeli odpowiedzi do udzielenia, więcej ma do przemilczenia niż powiedzenia. Gdy już mówi o sobie, to raczej wchodzi na metapoziom rozważań:
"Z marszu pewne rzeczy się dzieją. I człowiek nie widzi tego, kiedy i w jaki sposób przekracza jakąś granicę."
Gdy autorki obrazu stawiają wprost kwestię motywacji leżącej u podstaw zdrady Ketmana, on im dziękuje za "doskonałe pytanie", tak jakby to był problem wymagający dalszego zastanowienia, zbadania, rozłożenia na jakieś pomniejsze czynniki, prześwietlania, drobiazgowego intelektualnego nicowania. "Jaka odpowiedź by panie urządzała? Dlaczego donosiłem?" Ketman patrzy na swoje działania z lotu ptaka: "A jaką prawdę chcecie usłyszeć? Że Pyjasa zamordowano przeze mnie?" - tak jakby jego życie miało wiele wariantów, wiele wersji. To chyba oczywiste - mędrzec nie może się zasklepiać w jednym tylko scenariuszu egzystencjalnym - musi testować rozmaite punkty widzenia, rozmaite tożsamości. Musi wreszcie przekraczać swoje naturalne oraz społeczne ograniczenia. Mędrzec musi dokonywać transgresji, przełamywania samego siebie. I patrzeć, jaki to przynosi efekt. Gdzie go to prowadzi. Sam Ketman zresztą przyznaje w zadumie: "To jest właśnie pytanie. W jaki sposób można to robić, żeby się nie pogubić. (...) Potrafiłem to."
Innymi słowy - to działało. Bycie przyjacielem (a raczej, granie przyjaciela) dawało się pogodzić ze zdradzaniem przyjaciół. Ketman nawet nie wiedział do końca "jak" to działało, ale działało. "Czy istnieje związek między moimi donosami a jego śmiercią? Bardzo daleki. Ale jakoś tam biorę go pod uwagę", wyznaje w końcu. Bardzo daleki związek między działaniami Ketmana a śmiercią Pyjasa. Ten bardzo daleki związek "jakoś tam" Ketman bierze pod uwagę, czyli gdzieś na obrzeżach jego nieziemskiej, boskiej, powiedzmy, świadomości, przebłyskuje nić świetlna między jakimś działaniem a jakimś skutkiem, choć przecież o związku przyczynowo-skutkowym nie ma tu mowy. "Heniu, na Boga ojca, k..., komu wierzysz?" (tzn. "bezpiekowi" czy Maleszce - przyp. F.Y.M.), gotów był zapytać Ketman, gdyby doszło do postawienia sprawy na ostrzu noża i dekonspiracji. Tak jakby zachodziła różnica między bezpieczniakiem pracującym w urzędzie, a bezpieczniakiem-Ketmanem pracującym "w terenie".
Cz. Miłosz w rozdziale "Ketman" pisał tak:
"..w krajach demokracji ludowej zachodzi (...) wypadek świadomej, masowej gry niż odruchowej adaptacji. Świadoma gra, jeżeli się ją uprawia dość długo, rozwija te cechy osobnika, którymi się w swojej aktorskiej pracy najchętniej posługuje." (WL Kraków 1999, s. 77).
I nieco dalej: "Zdaniem ludzi na muzułmańskim Wschodzie "posiadacz prawdy nie powinien wystawiać swojej osoby, swego majątku i swego poważania na zaślepienie, szaleństwo i złośliwość tych, których Bogu spodobało się wprowadzić w błąd i utrzymać w błędzie". Należy więc milczeć o swoich prawdziwych przekonaniach, jeżeli to możliwe." (79-80).
Generalnie więc chodziło o postawę nie tyle dwulicowości co "wielolicowości" danego osobnika i zarazem o doskonalenie umiejętności wprowadzania innych w błąd, w celu ochraniania samego siebie. Nawiasem mówiąc, Miłosz odnosił tę postawę, co dla niego typowe, także do katolików:
"Niektórzy wierzący katolicy służą nawet w policji bezpieczeństwa i zawieszają (podkr. Cz.M.) swój katolicyzm w tej na ogół nie pozbawionej okrucieństwa robocie" (95),
a podsumowywał postawę Ketmana tak: "Ketman polega (...) na realizowaniu siebie wbrew (podkr. Cz.M.) czemuś" oraz "Uprawiający Ketman kłamie" (102).
Jednakże cenniejsze spostrzeżenie pada parę stron wcześniej:
"Donosicielstwo było i jest znane w różnych cywilizacjach. Na ogół jednak nie było nigdy podnoszone do godności cnoty. W cywilizacji Nowej Wiary (jak eufemistycznie nazywał "komunizm" - przyp. F.Y.M.) jest zalecane jako cnota podstawowa dobrego obywatela..." (98)
Nie wydaje mi się jednak, by te wszystkie subtelne analogie i quasi-socjologiczne (czy quasi-psychospołeczne) refleksje nadawały się do opisu postawy Maleszki (nie wchodzę tu też w kwestie unikania autoportretu intelektualnego przez samego Miłosza). Owszem, pseudonim, jaki przyjął Maleszka, wskazywałby na inspiracje intelektualne płynące z tekstu autora "Zniewolonego umysłu", ale sądzę, że agent rozpracowujący krakowskie środowisko opozycyjne w l. 70., nadał ideom przywoływanym przez Miłosza własną interpretację.
Podstawowa idea, którą niesie komunizm daje się sformułować następująco: przemoc wyzwala. Oczywiście, przemoc należy rozumieć w wielu jej postaciach - od świadomego wprowadzania innych w błąd, zdradzania innych, poprzez ich ograbianie (odbieranie im godności, mienia), aż po eksterminację. Ketman z Krakowa nie uważał się w najmniejszym stopniu za umysł "zniewolony". Kiedyś o "zwalczaniu alienacji" za pomocą sowieckich bagnetów pisał T. Kroński, swego czasu intelektualny mistrz Cz. Miłosza. Krakowski Ketman stosował ten postulat osobiście, choć, rzecz jasna, wystarczyły mu w zupełności, "bagnety" krakowskiej Bezpieki. To jednak nie była po prostu gra społeczna, jak usiłuje postawę tego typu scharakteryzować Miłosz. To była specyficzna życiowa walka.
Wróćmy jednak do przywołanych na wstępie wypowiedzi samego Ketmana. Uważa on po pierwsze, że donosicielstwo (czy ściślej postawa zdrajcy) nie pozbawia go prawa do wyrażania sądów moralnych o charakterze ogólnym. Jest to całkiem niezły kalambur etyczny (coś analogicznego do antynomii semantycznych) - jak człowiek zakłamany do szpiku kości jest w stanie stwierdzić, że może formułować sądy dotyczące postępowania moralnego. Zastanawiam się, czy Ketmanowi chodzi tu wyłącznie o swobodę wypowiadania się, czy raczej o dowód na istnienie czegoś takiego, jak... sumienie Ketmana. Może chce w ten sposób wyznać, że ktoś załgany może "mimo wszystko" rozpoznawać zło? Ale przecież nikt nie twierdzi, że Ketman jest ślepy na zło. Przeciwnie - Ketman zło widzi i je świadomie, dobrowolnie realizuje. Zaprzęga swój intelekt i swoją wolę do realizowania zła. Tu więc Ketman się myli albo, mówiąc ściślej, pogrąża się w nieprawdzie.
Jednocześnie jednak, zauważmy, gdy stawia się go pod murem, pytając o osobistą motywację oraz odpowiedzialność za popełniane zło - Ketman zaczyna roztaczać wizję świata bezosobowego: "z marszu pewne rzeczy się dzieją", tak jakby on sam stanowił jedynie jakiś element żywiołu rządzącego ludźmi. Znakomicie się to zbiega z komunistyczną wizją człowieka i rzeczywistości, w której to wizji do zrealizowania "ustroju powszechnej szczęśliwości" idzie się, wznosząc po drodze Gułagi i zasypując wielkie doły z trupami. "Człowiek nie widzi", twierdzi Ketman, tego, że zostaje przekroczona granica. Chodzi naturalnie o granice moralności. A jeszcze chwilę temu Ketman twierdził, że jest zdolny rozpoznać zło ("kradzież jest rzeczą złą"). Czyli pewne granice dostrzega, a innych nie? Przeciwnie - filozofia życia Ketmana polega na tym, że to ON SAM ustala granice postępowania godziwego i niegodziwego. To, co uchodzi za zło definiowane jest właśnie przez Ketmana, przez nikogo innego. Dlatego donosicielstwo uprawiane przez niego nie ma charakteru zła, a raczej - jak możemy sądzić - charakter specyficznego działania transgresyjnego pozwalającego poszerzać granice osobistej wolności.
Ketman szczerze dziwi się, że autorki filmu nie mogą pojąć jego osobowości, ale jest to zdziwienie na zasadzie: ach więc aż tak jestem dla nich skomplikowany? aż tak jestem nieprzenikniony? Proszę uważnie się przyjrzeć twarzy Ketmana, gdy kończy zdanie: "A jaką prawdę chcecie usłyszeć? Że Pyjasa zamordowano przeze mnie?" Jego oblicze spowija uśmiech, a w tym grymasie migocze na przemian satysfakcja zmieszana z zażenowaniem spowodowanym pytaniem autorek, a ściślej ich naiwnością, że na tak proste pytanie można uzyskać równie prostą odpowiedź. Tymczasem Ketman jest sam dla siebie labiryntem, tajemnicą, snuje się po swoim umyśle, jak po mrocznych zakamarkach - właściwie to (tak jak porządnego medytującego mędrca) Ketmana wśród zwykłych śmiertelników nie ma. Nie ma Ketmana wśród żywych, skoro skosztował już eliksiru nieśmiertelności. Transgresja wiedzie do metahistorii, można powiedzieć i Ketman to czuje. Nie kryje zresztą znudzenia przechodzącego w lekką irytację z powodu tego, że autorki chcą rozwiązać zagadkę, której sam Ketman nie jest w stanie rozwiązać (wszak jeszcze nie wydostał się ze swojego ciemnego labiryntu).
Był tak zdolny i tak aktywny, że zaczął interweniować u wierchuszki, by zmieniła prowadzących go esbeków, którzy okazali się za tępi na kooperację z krakowskim superagentem ("zróbcie coś z tymi ch... w Krakowie"). Był tak cenny, że w obliczu zagrożenia dekonspiracją Bezpieka bez najmniejszego wahania rozwałkowała niewinnego człowieka oraz parę osób mogących służyć za świadków w sprawie ("czterech, pięciu poszło do trawy"). Po 30 latach od zabicia Pyjasa esbecka mafia wciąż trzyma się dziarsko, ale na tym nie koniec. Środowiskiem, które hodowało sobie Ketmana jakby nigdy nic (po opublikowaniu w 2001 r. listu B. Wildsteina et consortes) chwilę zatrzęsło, tylko że nie do końca wiadomo, co. Przeszły jakieś drgawy, ale już sytuacja zaczyna wracać do normy, co widać po tekście T. Sobolewskiego, który dowodzi, że - wbrew temu, co pokazuje film "Trzej kumple" - świat nie składa się z samych diabłów i aniołów:
"Wizja historii jako czyśćca i nieustannego postępu moralnego nie pozwala dostrzegać rzeczywistości, społeczeństwa, ludzi, samej Polski takimi, jakie są. Zamiast tego w popularnym obiegu mamy szopkę z diabłami i aniołami."
(http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80276,5389370,Prawdzie_w_oczy.html)
Z pewnością. Wszak Maleszka nie był ani nie jest ani diabłem, ani aniołem, jeno Ketmanem. Zwykłym Ketmanem.
Czy wraca w ten sposób słynna filozofia "umoczenia wszystkich"? Niewykluczone, twierdząc bowiem, że wszyscy byli umoczeni, nie możemy wskazać ani winnych, ani niewinnych i pozostaje nam przeczekać aż walec historii "wyrówna bruzdy". Problem tylko w tym, że Pyjas został umoczony we własnej krwi, zaś Maleszka we krwi Pyjasa.


Komentarze
Pokaż komentarze (109)