Na stronie IPN-u opublikowano właśnie fragment książki o Bezpiece w Polsce, zapewne w nawiązaniu do filmu "Trzej kumple". W tymże tekście przywołana jest wypowiedź Cz. Kiszczaka, który w sposób prosty i przekonujący dowodzi, że sytuacja posiadania agentury w jakimś środowisku jest dla bezpieczniaków o wiele lepsza niż rozwalenie danego środowiska.
Chcę przywołać ten fragment wszystkim wątpiącym w szkodliwość agentury. Kiszczak w 1991 r. w wywiadzie-rzece wyznał, że SB kontrolowała kanały przerzutu z zagranicy (sprzęt i pieniądze) oraz utrzymywała opanowane przez siebie drukarnie podziemne. Fragment brzmi następująco:
"– Cenniejsze były dla nas informacje. Sprawozdania rozszyfrowywały nam struktury podziemne, plany, zamierzenia. To samo
robiliśmy ze sprzętem. Do części podłączaliśmy sygnalizatory i wiedzieliśmy, gdzie są drukarnie. Niektóre drukarnie były opanowane przez nas.
– Dlaczego ich nie rozbijaliście?
– Powstałyby natychmiast nowe i przez pół roku nic byśmy o nich nie wiedzieli. A tak mogliśmy na przykład przechwytywać część nakładu. Niby został rozkolportowany, a w rzeczywistości był niszczony" (s. 101 opracowania IPN-owskiego)
(http://www.ipn.gov.pl/portal/pl/245/7644/Ketman_i_Monika__zywoty_rownolegle.html)
Czyż z tej prostej filozofii zamordyzmu nie przemawia do nas coś oczywistego? Akurat wypowiedź ta pojawia się w kontekście sprawy H. Karkoszy, którego długoletnia praca dla SB i jednocześnie szefowanie podziemnemu wydawnictwu zostały onegdaj szeroko opisane na łamach kwartalnika "Karta", ale sądzę, że tę wypowiedź jednego z najważniejszych ludzi polskiej powojennej Bezpieki można potraktować uniwersalnie.
Agentura pozwalała Bezpiece po pierwsze opanować określone środowiska i na różne sposoby je dezintegrować, manipulować określonymi ludźmi, a jednocześnie pozwalała zachować wroga, że tak powiem, "na postronku". Same korzyści. Z jednej strony dawano ludziom zaangażowanym w działalność antysystemową pozory "swobody ruchów", a z drugiej zapewniano rządzącym sowieciarzom pełną kontrolę nad sytuacją (a niczego tak komuniści nie lubili jak "porządku w kraju" - zawsze bowiem "braciom Moskalom" mogli się pochwalić stopniem spenetrowania grup kontrrewolucyjnych). Oczywiście, wcale nie była to zabawa, choć relacje dotyczące tego np., jak "konfiskowano" Karkosze materiały drukarskie, a potem... zwracano, brzmią nieco komicznie. Fakt, że część wydawnictw bezdebitowych szła zwyczajnie na przemiał, dowodził, że Bezpieka potrafiła zadbać o to, by produkt finalny działalności opozycyjnej ulegał całkowitej destrukcji. Sam Karkosza wspomina w 1991 r. tak:
"– My wiedzieliśmy jedno, że jeśeli chcemy przetrwać, jeśli chcemy robić nadal
wydawnictwo, to musimy być odseparowani od struktur związkowych.
– Czy to się udawało przez cały czas po 1981 roku?
– Tak, to się udało tak skutecznie, że to myśmy organizowali wszystkie przyjścia tzw. zrzutów zagranicznych tutaj na Małopolskę.
– Chodziło o sprzęt do drukowania?
– Tak, przejmowaliśmy wszystkie, chodziło także o sprzęt radiowy. Myśmy to wszystko organizowali, dopiero niedawno mogliśmy się do tego przyznać.
– Ale przekazywaliście strukturom…
– Ale˝ oczywiście. Tylko że oprócz kilku osób niejako z nami związanych, i jednego pośrednika, tzw. władze regionu nie były świadome tego. [Tadeusz] Syryjczyk mówił, że on się domyślał, że to my.
– Kto był pośrednikiem?
– [Głębokie westchnięcie] To znaczy ja nie znam pośrednika do dzisiaj. Ja się mogę tylko domyślać, kto był pośrednikiem.
– Ile było tych »zrzutów«? Krążyły opowieści o jakichś strasznych wpadkach maszyn poligraficznych dla Krakowa.
– Tak, ale to były wpadki polegające na zupełnie innych... inne to były wpadki. Maszyny ginęły. Transporty ginęły. Polegało to na tym, że zanim te transporty dojeżdżały do Krakowa, to zazwyczaj jechały, chcąc nie chcąc, musiały przejeżdżać, przez Wrocław, najczęściej jeszcze przejeżdżały przez Częstochowę.
– A ile tych maszyn dotarło?
– Myśmy przekazali w sumie sporo powielaczy. W największym transporcie, jaki przyjmowaliśmy, było chyba 4 powielacze…
– Czyli przez cały ten okres czasu, ile maszyn – powielaczy i offsetów – dotarło: kilka, kilkanaście?
– [Liczy] … no, kilkanaście w sumie...
– Plus farba itd.
– Materiały sitodrukowe, jakieś kasety, jakieś książki. Nie do końca jesteśmy w stanie powiedzieć…
– A aparaty, nadajniki radiowe?
- Część.
– Ile tego mogło być?
– Nie wiem.
– Czy to były rzeczy z Francji, z Anglii, od związkowców…
– Ja nie znam pochodzenia. Ja znam pochodzenie bezpośrednie, to znaczy były to rzeczy, które szły tutaj z Holandii, to znaczy były ekspediowane przez biuro w Brukseli." (jw., s. 102-103)
Tak właśnie funkcjonowała agentura: dbała o to, by działalność opozycyjna nabierała charakteru fasadowego. Jeśli więc myślimy o skutkach działalności agentury, to na tym prostym przykładzie powinniśmy sobie unaocznić, jak szeroko zakrojone były działania Bezpieki i jak racjonalnie dysponowano "kombinacjami".
Naturalnie, należy pamiętać o tym, że istotą systemu sowieckiego jest zamordyzm, toteż w dziedzinie praktyk zamordystycznych, zmierzających do coraz subtelniejszej kontroli obywateli (zwł. tych myślących "nie po komunistycznemu") zachodziło nieustanne doskonalenie kadr. Skoro funkcjonalność komunizmu zasadzała się na sprawności działań agenturalnych, to nic dziwnego, że do takiej perfekcji doprowadzano rozpracowywanie środowisk "kontrrewolucyjnych", przejmując nad nimi taką kontrolę, że pozorowano wydawanie "dzieł kontrrewolucyjnych" głównie po to, by je potem poddawać zniszczeniu. Radykalizowano grupy antykomunistyczne po to, by co bardziej niezłomne jednostki przymknąć lub zwyczajnie wyeliminować fizycznie.
Fantazji Bezpiece nie brakowało, bo przecież inwigilacja obywateli to był jej żywioł. Miejmy więc świadomość, że ci wszyscy funkcjonariusze (bez względu na szczeble), po 1989 r. wtopili się w szary tłum, ale nie zniknęli. Mają destrukcyjny wpływ na naszą rzeczywistość społeczno-polityczną cały czas.


Komentarze
Pokaż komentarze (40)