Free Your Mind Free Your Mind
143
BLOG

Wojna, której nie było

Free Your Mind Free Your Mind Polityka Obserwuj notkę 137

Zaintrygował mnie K. Leski, pisząc, że natknąl się na "najlepszą jak dotąd analizę polityczną ostatnich 19 lat RP". Po takiej rekomendacji porzuciłem naturalne obrzydzenie ;P do "Dziennika" i rzuciłem się w wir lektury tekstu politologa R. Krasowskiego. I padłem.

Oczywiście, każdy ma takiego politologa, na jakiego załużył, można powiedzieć, toteż nie mogę mieć pretensji do Leskiego, że intelektualnie uwiódł go Krasowski, ale biada nam, jeśliby ktoś taki, jak naczelny "Dziennika" miał pisać polityczne analizy współczesnej historii Polski. Tekst Krasowskiego jest tak długi, że odsyłam ewentualnych zainteresowanych do źródła (http://www.dziennik.pl/polityka/walesa-czy-bolek/article195592/Kiedy_Lech_Walesa_znowu_bedzie_Bogiem.html), ze swej zaś strony spróbuję wskazać na to, co uważam za czyste bajdurzenie na temat naszego kraju, jeśli nie czysty nonsens.

Teza Krasowskiego sprowadza się właściwie do konstatacji tego typu, że "wojna na górze" wywołana sporem w środowiskach solidarnościowych w 1990 r., gdy L. Wałęsa popadł w konflikt z T. Mazowieckim i jego otoczeniem, zdeterminowała nasze dzieje od tamtego czasu do dziś. Krasowski przywołuje pikantne wymiany zdań (na ile wiernie je cytuje, to nie wiem), okraszając je swoimi własnymi wizjami charakterów poszczególnych protagonistów i mówiąc w skrócie, Krasowski zdaje się twierdzić, że żyjemy od lat w polskim piekiełku, z którego nie ma żadnego wyjścia. Nie wiem, czy jest to dostateczny powód do admiracji ze strony Leskiego, dość że głębszych analiz tego, co się działo w naszym kraju po roku 1990 w tekście naczelnego "Dziennika" nie znajduję. Pojawia się za to, jak u każdej pliszki, chwalenie własnego ogona, czyli gazety, którą się prowadzi, za to, że nie popiera ani J. Kaczyńskiego, ani A. Michnika. Może dla Krasowskiego tego typu credo jest jakimś przejawem nonkonformizmu, dla mnie zaś brzmi jak dość tania bufonada, lecz mniejsza z tym.

Zacznijmy od takiej kwestii, jak rok 1989. 5 kwietnia "roku pamiętnego" podpisano porozumienia "okrągłostołowe" i już rozpisany był scenariusz historycznych wydarzeń, czyli "kontraktowe wybory" (z dwiema słynnymi turami). Po dziś dzień nikt mi z ówczesnych przedstawicieli establishmentu nie wyjaśnił, dlaczego ne można było zorganizować od razu wolnych, powszechnych wyborów do sejmu i senatu. Nie wiadomo, nie wiadomo, nie dało się. No więc doszło do powołania jakiegoś politycznego mutanta w postaci parlamentu łączącego w dużej mierze sowieciarzy z peerelu z ludźmi z "drużyny Wałęsy". Jakby tego jednak było mało, zabrano się zaraz za wybieranie... prezydenta peerelu. Po co? Dlaczego? Nie wiem także. Skoro istniał ustrój komunistyczny, Polska była związana "sojuszami" z ZSSR i innymi krajami bloku sowieckiego, istniała cenzura, orzeł bez korony - słowem kontekst pozostawał ten sam - zaczęto majstrować nad jakimś przekształcaniem odgórnym peerelu, by zapewnić SYMBOLICZNĄ PRZEMIANĘ starego w nowe. Wybrano jednak najgorsze środki z możliwych. W. Jaruzelski, uosobienie zdrady i prześladowania polskiego Narodu, został nagle wypromowany na głowę państwa? Po co? Mało kto pewnie pamięta, ale zmiany dotyczące ordynacji wyborczej, powołania stanowiska prezydenta peerelu (oraz powołania wyższej izby parlamentu) przegłosował 7 kwietnia peerelowski "sejm". (17 kwietnia, nawiasem mówiąc, zarejestrowano "Solidarność" zwaną przez J. i A. Gwiazdów, nie bez powodów, "drugą Solidarnością", komuniści jednak nie wyrazili wtedy zgody na rejestrację antykomunistycznego NZS-u, przypominam). Od początku była mowa o "prezydencie Jaruzelskim", choć ten ostatni jeszcze w czerwcu się wahał i proponował... Kiszczaka (swoją drogą, nie wiadomo, który z nich byłby bardziej reprezentatywny na to ówczesne "stanowisko"), po czym jednak zgodził się "kandydować" i został nim 19 lipca.

Pierwszym premierem zaś był Cz. Kiszczak (zaproponowany 1 sierpnia)! Właściwie należy żałować, że nie udała mu się misja tworzenia rządu, ponieważ taki premier i taki prezydent z jakąś dorywczą ekipą pożytecznych idiotów na ministerialnych stanowiskach stanowiliby najlepszą personalizację zmian następujących w 1989 r. Kiszczak zrzekł się misji tworzenia rządu 19 sierpnia, o ile się nie mylę, wtedy dopiero przystąpiono do forsowania idei "pierwszego niekomunistycznego rządu z premierem Mazowieckim na czele" (desygnowanym przez Jaruzelskiego, oczywiście). Nie chcę tu robić wykładu z historii transformacji, dalsze dzieje bowiem mniej więcej znamy, chodzi mi jednak o to, że wszystko toczyło się niejako "wstecz przemian", które miały rzekomo nastąpić. Wszystko to stanowiło regres, co wiemy choćby po katastrofalnym w skutkach (nie tylko politycznych) okresie rządów Mazowieckiego i bezkarnym zupełnie buszowaniu esbeków po archiwach oraz skrytobójczym mordowaniu księży. To jednak nie koniec. Załóżmy, że ten dość zdeformowany twór (trudno go przecież nazwać demokratycznym parlamentem) stanowiący o nowych prawach Polski miał jeszcze jakieś uzasadnienie związane z "historycznym kompromisem" z komunistami w Magdalence i przy "okrąglaku". Pytanie za sto punktów: dlaczego zdecydowano się na rozpisanie najpierw wolnych wyborów prezydenckich, a nie znowu (!) rozpisanie wolnych i powszechnych wyborów? Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, dlatego, że wiedziano, że kampania wyborcza doprowadzi do takiej polaryzacji Polaków, że przez długie lata w żaden sposób nie uda się zbudować normalnego państwa. I tak to się potem potoczyło. Wybory w 1991 r. i potem uwalenie rządu J. Olszewskiego to już była pewna naturalna konsekwencja tych wszystkich kardynalnych błędów leżących u podstaw "nowej państwowości".

Wszystkie te "dewolucyjne", a nie żadne ewolucyjne działania jednocześnie stanowiły zasłonę dla rzeczy rudymentarnych, fundamentalnych, podstawowych, do jakich należało nierozliczenie komunistycznej przeszłości, pozostawienie parasola ochronnego nad komunistami i ich agenturą, czy wreszcie "reformy gospodarcze" związane z uwłaszczaniem nomenklatury i drenażem oszczędności zwykłych ludzi.

Czy Krasowski o tym wszystkim nie wie, nie wiedział, czy nie chce wiedzieć? Twierdzenie, że źródłem polskich problemów jest jakaś mityczna wojna na górze jest wymyślaniem kolejnej fasady dla tego, co rzeczywiście stanowiło przyczynę deformacji "nowego państwa". Z dzisiejszej perspektywy pęd Wałęsy do prezydentury był zwyczajną chęcią "wzięcia władzy", niczym więcej. Wiemy, że żadnej "innej drogi" aniżeli ta (zgubna) zapoczątkowana przez Mazowieckiego, nie zamierzał obrać, co więcej, jego działania przyczyniły się wprost do recydywy komunizmu (zwycięstwo czerwonych w 1993 r., a potem Kwaśniewskiego w 1995 r.) w "wolnym kraju", a nie do jakiegoś zwrotu "na prawo". W dużej mierze do klęski "obozu solidarnościowego" przyczyniły się nie jakiekolwiek "wojny na górze", ale cała fałszywa filozofia transformacji, sprowadzająca się do "reformowania peerelu", a nie radykalnego odcięcia się od tego, co po wojnie w Polsce zainstalowali sowieciarze. Ta filozofia nie miała jedynie konsekwencji gospodarczych w postaci uwłaszczania buraków, którzy powinni się trzymać jak najdalej od jakichkolwiek przedsiębiorstw (ewentualnie siedzieć w więzieniach za realizowanie prosowieckiej gospodarki planowych niedoborów), ale przed wszystkim w postaci zezwolenia na pozostanie komunistów w kulturze i nauce.

W imię "wolności słowa" pozostawiono komunistycznych propagandzistów, rozmaitych TW siedzących po najrozmaitszych "opiniotwórczych" tygodnikach, rozgłośniach, telewizjach samym sobie. Ci zaś błyskawicznie zagospodarowali sobie miejsce w kulturze. Nikt nie pogonił w skarpetkach Urbana, Passenta, Toeplitza i wielu wielu innych sługusów komunizmu, tylko dał im spokojnie się wypowiadać na łamach mediów, tak jakby ich wcześniejsza działalność nie miała najmniejszego znaczenia. W imię "wolności słowa" zwalczać zaczęto natychmiast jakiekolwiek przejawy publicystyki antykomunistycznej jako "kompletnie oszołomskiej" i "nierozumiejącej specyfiki transformacji".

Wszystko to, co piszę, to oczywiście pewien elementarz, lecz najwyraźniej takie rzeczy należy przypominać w sytuacji, gdy "naczelni redaktorzy" zaczynają patrzeć na współczesną historię Polski przez pryzmat "starcia osobowości" takich czy innych polityków. Czymże bowiem byliby politycy polscy, gdyby nie "szara masa" popierających ich "buców" zwanych Polakami? Czy którykolwiek mógłby zasiadać w ławie poselskiej tej czy innej, gdyby go ktoś nie poparł kartką wyborczą? Krasowski patrzy na dzieje tak, jak się patrzyło na przewalanie się genseków na szczytach PZPR-u w "przełomowych momentach historycznych". Klika jednego genseka wypierała innego i ludzie dyskutowali o tym przy stole (śledził te "zawirowania" śp. Kisiel w swoich "Dziennikach"). Tylko że wtedy zwykli ludzie nie mieli nic do powiedzenia, gdyż żadnych wyborów nie było. Po 1991 r. już obywatele mogli (z lepszym lub gorszym skutkiem) decydować, kogo chcą "na szczytach władzy". Nie można jednak zapominać, że niejednokrotnie o przebiegu tych wyborów w dużej mierze decydowały media uwikłane w ten czy inny sposób w peerelowską przeszłość.

Nie ma żadnej wojny na górze i właściwie jej nie było, rzekłbym. Wojna na górze byłaby wtedy, gdyby zdelegalizowano partię komunistyczną i nakazano trzymanie się jak najdalej (na wiele lat) od jakichkolwiek funkcji publicznych komunistom, agentom i innym hienom. To byłby pierwszy krok do oczyszczenia i odrodzenia polskiego państwa. I nawet niewiele odwagi wymagałaby taka "wojna na górze".

Żeby jednak tak proste sprawy dostrzec, trzeba mieć oczy z przodu głowy, a nie z tyłu. Zresztą, nie wiadomo, czy Krasowski cokolwiek widzi, skoro takie uczone bzdury jest w stanie pisać.        

https://yurigagarinblog.wordpress.com/2014/02/03/komplet/ (pod tym adresem dostępne są moje przeróżne opracowania z "Czerwoną stroną Księżyca" i aneksami do niej włącznie); polecam jeszcze tę moją analizę z 2024 r. zamieszczoną gościnnie u prof. M. Dakowskiego: https://dakowski.pl/wokol-hipotezy-dwoch-miejsc-free-your-mind/ ) legendarne dialogi piwniczne ludzi zapiwniczonych w Irlandii 2 (before you read me you gotta learn how to see me) free your mind and the rest will follow, be colorblind, don't be so shallow "bot, który się postom nie kłania" [Docent Stopczyk] "FYM, to wesoły emeryt, który już nic, ale to absolutnie nic nie musi już robić" [partyzant] "Bot FYM, tak jak kilka innych botów namierza posty i wpisy "z układu" i daje im odpór" [falstafik] "Czy robi to w nocy? W takim razie – kiedy śpi? Bo jeśli FYM od rana do późnej nocy non-stop tkwi przy komputerze, a w godzinach ciszy nocnej zapewne przygotowuje sobie kolejne wpisy, to kiedy na przykład spożywa strawę?" [Sadurski] "Ale teraz zadam Sadurskiemu pytanie: Załóżmy, że "wyśledzi" pan w przyszłości jeszcze kilku FYM-ów, a któryś odpowie prostolinijnie, że jest inwalidą i jedyną jego radością (z przyczyn wiadomych) jest pisanie w S24, to czy pan będzie domagał się dowodów,czy uwierzy na słowo?" [osa 1230] "Zagrożenia dla pluralizmu w ramach Salonu widzę w tym, że niektórzy blogerzy - w tym właśnie FYM - wypraszają ludzi, z którymi się nie zgadzają. A zatem dojdzie do "bałkanizacji" Salonu: każdy będzie otoczony swoją grupką zwolennikow, ale nie będzie realnej dyskusji w ramach poszczególnych blogów. Myślę, że nie daję przykładu takiego wykluczania." [Sadurski] "Już nawet nie warto tego bełkotu czytać, spod jednego buta i z jednego biura. Na fanatyków i pałkarzy lekarstwa nie ma."[Igła] "FYM już kupił S24 swoim pisaniem, jest teraz jego twarzą. Po okresie Galby i katatyny nastąpił czas dziennikarzy "Gazety Polskiej". Ten przechył i stalinopodobne teorie spiskowe, jakie się wylewają z jego bloga oraz innych mu podpbnych - przyciągają do Salonu nastepnych i następnych. Tu już od dawna nie zależy nikomu na rzetelności i klasie pisania - lecz na tym, aby było klikanie, aby było głośno i kontrowejsyjnie. Promowanie takich ludzi jak FYM i Paliwoda - jest całkowicie jednoznaczne."[Azrael] "Ale jaki jest problem?"[Kwaśniewski] kwestia archiwów IPN-u Janke: "Nigdy nie mówiliście o pełnym otwarciu?" Komorowski: Co to znaczy otwarcie?" "Trudno zrozumieć, jak można ogłupić społeczeństwo. Dlaczego tylu ludzi ośmiela się nazywać zdrajcą Wojciecha Jaruzelskiego. (Edmund Twardowski, Warszawa) " [tzw. listy czytelników do "Trybuny"] "Z przykrością stwierdzam, że prezydent nie przedstawił żadnych propozycji ws. służby zdrowia" [Tusk] "Niewidzialna ręka rynku, jak sama nazwa wskazuje, jest ślepa." [ekspert w radiowej audycji prowadzonej przez R. Bugaja] "Mamy otwarte granice, miejmy też otwarte umysły. Jasna Góra horyzontów rządowi i parlamentarzystom nie rozszerzy. (S. Barbarska, woj. wielkopolskie) " [tzw. czytelniczka "Trybuny"]

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (137)

Inne tematy w dziale Polityka