Artur Nicpoń pisał dziś o sytuacji, w której chłopek-roztropek tak przelicytowuje ofertę "panów w garniturach", że zostaje z niczym. Nasz rząd najprawdopodobniej załatwił nas dokładnie tak samo, jak ów chłopek-roztropek. Sikorski wróci z Waszyngtonu z niczym, ale jeszcze będzie się nam mówić, że "nic straconego".
Nic straconego, to przecież jasne. Cóż zresztą taki Tusk czy Sikorski mogliby stracić? Przecież nie swoje lukratywne posady. Kto mógłby zmodernizować polską armię lepiej niż Amerykanie? Niemcy? Rosjanie? Może Francuzi? Zresztą, jakie to ma znaczenie. Brak trwałego sojuszu z USA zamyka pewien etap polskiej historii, w którym możliwa była radykalna zmiana układu sił w tej części Europy. Polska stałaby się krajem wzmocnionym militarnie i politycznie, a nie "wypierdkiem mamuta", jak dotąd traktowali nas wchodni i zachodni sąsiedzi, i nareszcie moglibyśmy zacząć myśleć o urządzaniu się po swojemu (pomijając nieszczęsne członkostwo w UE, oczywiście). Rosja musiałaby przyjąć do wiadomości, że ewentualna "strefa wpływów" dawnego sowieckiego imperium rozciąga się na byłe republiki sowieckie, a Niemcy musiałyby brać pod uwagę to, że na naszych terenach stacjonują wojska amerykańskie i nie jest to ziemia niczyja "pod polską administracją".
Zaczęłaby się nowa era w stosunkach polsko-amerykańskich (zwł. w obecnej rozkładowej sytuacji NATO). Amerykanie uwzględnialiby Polskę w swoich perspektywicznych planach i swojej geopolityce, społeczeństwo amerykańskie dowiedziałoby się, że Polska partycypuje w budowie systemu bezpieczeństwa, który dotyczy nie tylko USA, no a my sami nareszcie mielibyśmy świadomość, że amerykański żołnierz razem z polskim ustala plan działania. Wszystko było na wyciągnięcie ręki i wszystko było tak proste, że wydawało się, iż już łatwiej całej sprawy załatwić się nie da. Ominął nas jednak ten sen. To wszystko było zbyt piękne, by mogło się okazać prawdziwe.
Głupota polskich polityków z ekipy rządowej przerasta moje pojęcie. Czuję się, jakbym oglądał jakiś ruski film, po prostu. Nawet, gdybym był politykiem, którego "przerastają zadania", który ma świadomość, że jest tylko lichym aktorem, a nie reżyserem historycznych działań, który wie, że jedynie gra twarzą i występuje przed kamerami, a jego decyzje to najczęściej dzieło przypadku i strachu przed odpowiedzialnością, to bym zaryzykował decyzję większego kalibru, by potem ktoś mógł powiedzieć: wielki to może polityk nie był, ale podjął słuszny ruch w słusznym momencie. Zmienił sytuację Polski na korzyść na długie lata. No tak, ale domagam się niemozliwego. By podjąć taką ryzykancką decyzję to przecież trzeba mieć jakąś wyobraźnię, jakąś wizję, jakiś pomysł, a nie nieustannie kalkulować: co powie Moskwa, co powie Berlin, jakie będą sondaże, jak to skometuje ta czy inna gazeta... Nie ma takiej wyobraźni ani Tusk, ani Sikorski. Ludzie małego formatu postawieni na zbyt wysokich miejscach w hierarchii społecznej. Nie przez przypadek. Takich bowiem "elastycznych polityków" na tę chwilę potrzebowały i Niemcy i Rosja. Znakomicie więc wypełnili swoje zadanie, jako ludzie, którzy zabezpieczyli Polskę przed historyczną zmianą.
Czy jednak wypełnili swoje zadanie wobec nas? Czy zaoferowali nam cokolwiek poza swoją nieudolnością? No i co możemy zrobić? Wzruszyć ramionami? Wywieźć tych ludzi na taczkach? Problem w tym, niestety, że są to ludzie o tak kiepskiej wizji Polski, że pewnie nawet nie mają świadomości, jak wielki błąd popełniają. Powiedzą nam, że się po prostu nie udało, bezradnie rozłożą ręce. A czy Polska ponownie dostanie taką szansę od historii? A kogo to obchodzi?


Komentarze
Pokaż komentarze (110)