Miesiące płyną, a ja coraz wyraźniej czuję się, jakbym żył za czasów Cimoszewicza, Oleksego, Millera itp., w których to człowiek dostawał drgawek, gdy słyszał kolejnych bredzących i zadowolonych z siebie ministrów (a raczej ludzi w randze ministerialnej), za którymi ciągnęly się pospolite ruszenia intelektualnych cepów przyczepionych do rządzącego układu jak rzep do pisego ogona.
Gdy ma przemawiać Pawlak, Komorowski, Chlebowski, Schetyna, Hallowa, czy inni mocarze intelektu z ZSL-u czy PO, to zanim otworzą usta ja wiem, jak scenariusz będzie takiej rozmowy, jakich użyją argumentów i ile razy będą ataki ad personam na poszczególnych kaczystów. A potem dyżurni satyrycy kraju w "GW", "Polityce" (niezastąpiona Paradowska), "Przeglądzie", "Trybunie Ludu", "Przekroju" itp. kładą do głowy "czytelnikom" (a może bez cudzysłowu, bo ktoś tę publicystykę przynajmniej udaje, że czyta po to, żeby "argumenty" powtarzać w rozmowach w pociągach czy na wczasach) te uczone bzdury i jakoś to "się kręci". Sytuacja identyczna jak za rządów PZPR-ZSL w rozmaitych konstelacjach po 1989 r. Jedni udają, że rządzą, drudzy udają, że komentują, a głupiemu radość.
Mnie jednak zastanawia brak umiaru tej całej zadowolonej z siebie czeredy. Może po prostu apetyt rośnie w miarę jedzenia? Może oni chcieliby mieć taką kontrolę nad rzeczywistością, żeby się żadna zbrodniomyśl nie przecisnęła do debaty publicznej? No ale jakby to chcieli osiągnąć, skoro za ich ukochanego ustroju komunistycznego takie idealne zorganizowanie społeczeństwa się nie udało i jakimiś brzegami, opłotkami i inymi zakamarkami przeciskała się kontrrewolucja, zatruwając umysły i serca? Odpowiedź jest banalnie prosta: poprzez nieustanną manifestację łgarstwa. Można łgać bez końca i jest to nie tylko nieszkodliwe ("co mi się dzieje, gdy łżę?"), ale i nie wymaga wielkich nakładów finansowych (w przeciwieństwie np. do konieczności użycia siły). Za Stalina czy Hitlera, jak wiemy, za łgarstwem szły jednak konkretne "przekonujące argumenty" w postaci pięści, pałki lub kulki. We współczesnej Polsce wciąż do tego wzorca zarządzania społeczeństwem pozostaje jeszcze trochę dystansu, ponieważ pseudopolitykom postkomunistycznym (a więc zarówno komunistom , "ludowcom", jak i "UW-KLD-PO" (czy jak tam te efemerydy zwał) albo się wydaje, że za pomocą samego łgarstwa da się obywateli uciszyć, albo też owym pseudopolitykom brak wciąż przekonania, co do tego, czy można tak ostentacyjnie, ni stąd ni zowąd, wziąć ludzi za pysk.
Łgarstwo w debacie publicznej staje się jednak coraz bardziej bezczelne. Jak nie powstają "spontanicznie organizowane" ludowe komitety w obronie łgarstwa historycznego czy historycznych łgarzy, to występują rozmaici "odważni" w obronie "prześladowanych".
Ostatnio w "Gazecie Ludu" odezwał się prof. A. Romanowski (ROAD-UD-UW, dla przypomnienia), rzucając mnie na kolana błyskotliwą mową o Jaruzelskim, którą można uznać za symptomatyczną dla obecnych polskich realiów. Ponieważ jest to tekst wołający o pomstę do nieba, to - mimo mojego wstrętu do "GW" - wspomnę o nim, gdyż jest on symptomatyczny, powtarzam.
Romanowski zbiera cały zestaw argumentów świadczących o historycznej i moralnej wielkości Jaruzelskiego, które z powodzeniem mogły się ukazać w 1989 r. w "Trybunie Ludu" i pewnie się ukazywały, więc mogą się Panstwo domyślić, o jakie "koronne dowody" może tu chodzić, no ale przyjrzyjmy się im po kolei:
1) "w momencie zarysowującego się przełomu" (ciekawe, jak się ów przełom rysował i od kiedy) "to on dzierżył władzę i on rozdawał karty" (a wydawało mi się, że Polska była krajem całkowicie podporządkowanym Moskwie)
2) "rzucił na szalę cały swój autorytet i - składając demonstracyjną dymisję - wymógł na aparacie partyjnym zgodę na relegalizację "Solidarności"" (wyczyn nie z tej ziemi, biorąc pod uwagę, że wnet został głową państwa "po przełomie")
3) "do zjawiska niespotykanego w krajach komunistycznych: negocjacji władzy z opozycją" (negocjacji, które zakonserwowały nomenklaturę komunistyczną)
4) "ustalenia tych rozmów uszanował i zgodził się na przeprowadzenie półwolnych wyborów" (czemu miałby nie uszanować tych ustaleń zapewniających bezpieczne przejście komunistów do "nowego państwa", tak, że nikomu włos nie miał spaść z głowy?; półwolne wybory, jasne, pamiętamy, a zwł. skład PZPR-owski jaki zamiast do więzienia, to do sejmu się dostał)
5) "wynik tych wyborów uszanował, choć w jego szeregach nie brakowało ludzi chętnych do ich podważania" (coś podobnego, a zdawało się, że to pomiędzy turami tych wyborów zaczęły się tańce św. Wita dotyczące ordynacji, gdy poległa "lista krajowa"; więc tych "chętnych" było sporo nawet wśród organizatorów wyborów)
6) "ODDAŁ WŁADZĘ "SOLIDARNOŚCI" (pisownia oryg.) (ciekawe, w którym momencie? i w jaki sposób? gdy został wygbrany na prezydenta?, gdy premierem został Kiszczak?, czy gdy powołano rząd Mazowieckiego?; nawet traktując określenie "Solidarność" jako skrót myślowy oznaczający nie tyle związek zawodowy, co pewne środowiska (choć przecież np. SW to też była Solidarność, a nie partycypowała we władzy) - to NIGDY po 1989 r. nie było tak, że władzę miała Solidarność. Zawsze było to współrządzenie, niestety. I zawsze towarzyszyło mu przeciwdziałanie ze strony srodowisk komunistycznych rozsianych w sferach gospodarczych, medialnych, kultury i specsłużb)
7) "jako prezydent PRL/RP (zmiana nazwy państwa nastąpiła w czasie jego kadencji) lojalnie współpracował z obozem "Solidarności", trzymając na smyczy (także za pośrednictwem generałów Floriana Siwickiego i Czesława Kiszczaka) cały aparat wojskowo-milicyjny" (to rzeczywiście jakieś nowe rozumienia fraz "trzymać na smyczy" oraz "lojalnie współpracować", biorąc pod uwagę determinację, z jaką bezpieczniacy zabrali się za niszczenie akt po SB/UB oraz dalsze zwlaczanie Kościoła katolickiego)
8) "swą godność prezydenta oddał do dyspozycji, po czym - długo przed końcem kadencji - bez protestu z niej zrezygnował. Afrontu niezaproszenia go na uroczystość zaprzysiężenia następcy nie skomentował jednym słowem" (kupa śmiechu, słowo daję, jakbym czytał wstępniak z "Trybuny Ludu" i jeszcze:) "Jaruzelski oddał więc władzę kontrrewolucji. Czyli postąpił tak, jak niegdyś Imre Nagy. A nawet jest tym większy od Nagya, że - działając w odmienionych warunkach - zdołał (chcąc nie chcąc?) zdobycze kontrrewolucji utrzymać." (oddać władzę kontrrewolucji i nawet zdobycze kontrrewolucji utrzymać; pomnik należy się Jaruzelskiemu jak psu buda, po prostu).
No i po tych powalających argumentach Romanowski wdaje się w walkę z cieniami antykomunizmu, czyli dzielnie odpiera "głosy w ciemności", które wykrzykują np., że Jaruzelski dokonywał zmian w interesie czerwonych towarzyszy:
"Być może, ale skutki jego postawy były dla kraju dobroczynne. A zmarnowane lata 80.? Jeżeli ich efektem stał się Okrągły Stół, a w konsekwencji niepodległość i demokracja, to - doprawdy - warto było czekać."
Teraz więc dowiadujemy się, że uwłaszczenie nomenklatury miało dobroczynne skutki dla kraju (nowe definicje dobroczynności i kraju, oczywiście), a przede wszystkim, że "warto było czekać". Warto było, czerwone fortuny, jakie powstały po 1989 r. nie pojawiłyby się za czasów gospodarki planowych niedoborów. Wtedy wszak aż tyle się ukraść nie dało, choć złodziei w politbiurze i rozmaitych "komitetach" nie brakowało.
Romanowski jednak na tym nie poprzestaje i sięga po argumenty, które można by złotą cyrylicą na murach warszawskich kamienic wybijać:
""Żaden król polski nie stał na szafocie" Rzecz jasna, Wojciechowi Jaruzelskiemu nie grozi szafot. Zapewne także nie grozi mu - ze względu na wiek - nawet więzienie. Jednak - po pierwsze - warto zwrócić uwagę, że głowę państwa polskiego sądzimy pierwszy raz w tysiącletniej historii Polski. Sądzimy pierwszego - jeszcze przed Lechem Wałęsą, choć z odmiennym społecznym mandatem - prezydenta Trzeciej Rzeczypospolitej."
Czegoś takiego, to przyznam szczerze, jeszcze nie widziałem. Owszem, Polska ma tysiącletnią historię, ale stawianie komunistycznego zbrodniarza na równi z królami to coś, co przerasta moje pojęcie. Mniejsza jednak z tym. Czy grozi nam - choćby symboliczne - królobójstwo? Niewykluczone, Romanowski pisze wszak dalej:
"Po drugie: czy naprawdę możemy wykluczyć więzienie? Los pisarza Aleksandra Omiljanowicza, któremu w wieku 83 lat nie pozwolono nawet umrzeć w domu, któremu w ciężkiej i beznadziejnej chorobie kazano wracać do celi więziennej, powinien uświadomić, w jakich czasach żyjemy. I lepiej nie strójmy się w piórka humanitaryzmu."
Już tam siepacze i krwiopijcy tiurmę wyszykowali, zgadza się. W takich czasach żyjemy przecież. To jednak nie koniec nonsensów. Romanowski przechodzi do finału, czyli zabiera się za rozważania etyczno-antropologiczno-religioznawcze.
"Tak więc w sprawie Jaruzelskiego istnieje jeszcze aspekt najbardziej oczywisty: moralny. Jaruzelski nie dzierży już żadnych stanowisk. Osiemnaście lat temu to my zwyciężyliśmy i odtąd nasze rachunki są wyrównane. Nie kopie się leżącego. Ale my już nie wiemy, co znaczy etos rycerski."
Ani chybi Romanowski jakies rachunki z Jaruzelskim wyrównał. Pozostaje się tylko cieszyć, choć wypowiadać powinien się w swoim imieniu, a nie "naszym" - chyba że ma na myśli środowisko "Gazety Ludu" oraz UW. Etos rycerski w tymże środowisku na pewno nie przewiduje kopania leżącego, jak też osądzania komunistycznych zbrodniarzy.
"Gdy ma się lat 85, proces może okazać się ponad wytrzymałość fizyczną i psychiczną. Czy o to chodzi? I czy w naszym katolickim kraju warto jeszcze przypominać o wymogu miłosierdzia? Ale Polacy nie znają już miłosierdzia."
Oczywiście, jakżeby inaczej, "katolicki kraj" i to "bez miłosierdzia", cholera. Każdy rozgarnięty człek wie, że katolicyzm z miłosierdziem nie ma nic wspólnego. Co innego np. komunizm, najbardziej miłosierny z ustrojów. Nie wchodząc jednak w deliberacje na temat różnic między zwykłym niemiłosiernym katolikiem a miłosiernym komunistą (i to na szczytach władzy), zwróciłbym uwagę na to, że owego miłosierdzia (przepraszam antykomunistów za to porównanie) "Gazeta Ludu" ze swoim zastępem intelektów do wynajęcia nie wyrażała jakoś szczególnie, gdy na stare lata sądzono A. Pinocheta.
I teraz ostatnie akordy, za które Romanowski powinien dostać order bohatera ZSSR:
"Co więc ma dziś robić człowiek z solidarnościowym rodowodem, człowiek, który chce zachować wierność sobie i wierność dziejowej prawdzie? W moim przekonaniu wyboru nie ma. Niżej podpisany może być solidarny tylko z prezydentem Wojciechem Jaruzelskim. Z powodów historycznych, prawnych, etycznych i ludzkich."
Solidarny z Jaruzelskim? Nie ma sprawy. Choć podejrzewam, że do tej pory słowo "Solidarność" większości Polaków kojarzyło się nieco inaczej. Ale może powinno kojarzyć się jeszcze inaczej, po nowoczesnemu? Może czas na śmiałe zmiany nie tylko w historii, lecz i w polszczyźnie? Romanowski pokazuje, że jest jeszcze wiele do zrobienia w tych dwóch dziedzinach, mimo że wydawało się, iż w sferze publicznego łgarstwa i zaprzaństwa przekroczono już w Polsce wszelkie granice. Nazywa się to obecnie "manifestowaniem zdania odrębnego".
(http://wyborcza.pl/1,75515,5435680,Romanowski__Oddal_wladze__choc_nie_musial.html)


Komentarze
Pokaż komentarze (71)