Jest ponoć przysłowie, które brzmi mniej więcej tak: jeśli jedna osoba mówi ci, że jesteś osłem, to możesz wzruszyć ramionami, jeśli dwie, możesz machnąć ręką, lecz jeśli następne z napotkanych osób mówią ci, że jesteś osłem, to idź sobie kup chomąto. Od razu uprzedzam, że nikogo nie chcę nazwać osłem :) - zwłaszcza tych, co czytają pierwsze i ostatnie zdanie wpisu na blogu, a potem snują swoje interpretacje.
Nawet, jeśli nieco przekręciłem to przysłowie, to jego przesłanie jest chyba jasne. Chodzi o sytuację, która zachodzi, gdy ktoś jest głuchy na krytykę i - w rezultacie - trwa w głupocie. Człek rozsądny, gdy ludzie mu przychylni sugerują, że coś jest nie tak, idzie po rozum do głowy i koryguje swoje zachowanie. Oczywiście, mam na myśli zdrową sytuację, a nie taką, że ktoś, kto nas nie znosi (takich ludzi też się może znaleźć paru - czsami są to np. teściowie :) i daje nam "dobre rady", co mamy w życiu zmienić. Mówię więc o normalnej sytuacji, gdy ktoś nastawiony do nas przyjacielsko, w trosce o nas podpowiada nam, co należy zmienić.
Wśród uczynków miłosierdzia wobec duszy katechizm ogólny wymienia m.in. "upominanie grzesznych", "pouczanie nieumiejętnych", "dobre radzenie wątpiącym" i "pocieszanie strapionych". Postawa przyjaciela korygującego nasze błędy powinna uwzględniać te drogowskazy. Jakie to ma przełożenie na życie społeczno-polityczne? Takie choćby, że ludzi, których popieramy w naszych wyborach politycznych darzymy zaufaniem, ale też owo zaufanie nie jest dane "na zawsze, za wszelką cenę i bezwarunkowo". Wobec tego ci, których popieramy, muszą mieć świadomość, że ich postępowanie jest przez nas oceniane pod względem np. konsekwencji w realizacji tego, co się głosiło, czyli mówiąc górnolotnie, pod względem wierności ideom, którym wierność my i wybrani przez nas przedstawiciele polityczni deklarujemy. I nie ma tu ani nic dziwnego, ani nic zdrożnego. Co więcej, jest to sytuacja pozwalająca politykom nie utracić kontaktu z rzeczywistością. Niejednokrotnie wszak "wybrańcy ludu" za progami parlamentów, gabinetów ministerialnych i oknami limuzyn rządowych zaczynają patrzeć na świat zwykłych ludzi jak na spektakl teatralny albo dziwowisko, którego politycy są jedynie obserwatorami, a nie uczestnikami. Im bardziej więc dany polityk jest uwrażliwiony na mądrą, racjonalną krytykę ze strony swoich wyborców, tym większą ma szansę na powtórzenie politycznego sukcesu, ale i na umocnienie swojej pozycji w społeczeństwie. Najgorzej jest, gdy polityk otacza się doradcami zajmującymi się "kadzeniem" i wytwarzaniem sztucznej mgły wokół tego polityka. Taka postawa może wbić polityka w próżność, a przede wszystkim doprowadzić w ostateczności do klęski politycznej, gdyż to nie od głosów pochlebców zależy poparcie społeczne.
Jest jednak jeszcze jedno przełożenie przyjacielskiej postawy na życie społeczno-polityczne. Chodzi o budowanie wspólnoty, o integrowanie się ludzi. Rzecz jasna, integrować możemy się wokół jakiejś idei, jakiejś osoby, jakiegoś działania czy nawet wokół jakiejś wspólnej rzeczy. Zresztą, wiele jest powodów do tworzenia wspólnot. Konsolidowanie się ludzi (a sądzę, że coś takiego "na prawicy" czy w ogóle w Polsce jest wciąż pilnym zadaniem do wypełnienia) wymaga dwóch podstawowych warunków - dobrej woli (i determinacji) i więzi. Kardynalnym błędem jest takie integrowanie się ludzi, w którym fundamentem jest zbiór identycznych poglądów, nie zaś więź sympatii, przyjaźni, braterskiej (chrześcijańskiej) miłości. Wiem, że brzmi to dosyć górnolotnie, ale nic na to nie poradzę.
Nie wierzę w powstanie wspólnoty, której jedynym spoiwem jest pewien zestaw poglądów czy przekonań politycznych. Prowadzi to bowiem do tak absurdalnych konsekwencji, że ktoś okazuje nam sympatię (wiąże się z nami uczuciowo) wyłącznie do momentu, gdy wyrażamy te same poglądy, które on głosi. W chwili, gdy wyrażamy jakieś inne zdanie (odbiegające od zbioru zdań "fundamentalnych"), wtedy nasz "czar pryska", a okazywana nam sympatia znika, no i okazuje się, że nie jesteśmy tymi ludźmi, którymi mieliśmy być lub chciano, byśmy byli. Jest to kompletny nonsens i rzecz, od której włosy jeżą się na głowie - nie zmienia to jednak faktu, że takie postawy występują w naszym społeczeństwie (nie tylko zresztą na prawicy).
Być może Polacy nie są zdolni do tworzenia wspólnot. To zdanie uważam jednak za fałszywe. Dowodem na wspólnotowość był i jest ruch pielgrzymkowy oraz ruch "Solidarność". Może więc chodzi o coś innego? Może Polacy nie potrafią być dla siebie przyjacielscy i życzliwi, tyllko kłotliwi jak diabli? Ale to też neprawda. Znamy osobiście wielu ludzi, którzy stanowią przykłady życzliwości, dobroci i przyjacielskości (co ciekawsze, posiadający nawet niekoniecznie takie same poglądy polityczne, jak my :), choć pomijam komunistów, naturalnie). Tak czy tak tworzenie szerokiego ruchu patriotycznego (czy prawicowego) musi być oparte na postawie życzliwości wobec bliźnich oraz - tu uwaga - otwartości na różnorodność. Homogenizacja takiego ruchu wcześniej czy później musi doprowadzić do dezintegracji i sytuacji z początku lat 90., kiedy ugrupowania prawicowe były gotowe utopić się nawzajem w łyżce wody, nie przejmując się tym, że komuniści bawią się na scenie politycznej w najlepsze. Wizyta J. Kaczyńskiego wczoraj na Jasnej Górze na Pielgrzymce RM jest dla mnie sygnałem, że następuje ten istotny powrót do korzeni, a więc próba jednoczenia wielu środowisk w obrębie patriotycznego ruchu.
To jednak dopiero początek, nie koniec. Poza potrzebą budowania wspólnoty Polaków jest też potrzeba reformowania się samego PiS-u. Wspomniałem na wstępie o postawie kogoś, kto jest głuchy na krytykę. Dla PiS-u byłoby samobójcze popadnięcie w taką postawę i twierdzę to jako człowiek, który chyba dostatecznie jasno i wielokrotnie wykazał swoje poparcie dla idei i działań, które ta partia firmowała (bez względu na głosy tych braci/sióstr na prawicy, którzy zajmują się on-line wystawianiem certyfikatów na patriotyzm, zwł. jak Pyzol, siedząc sobie w Kanadzie). Oczywiście, nie mam zamiaru konstruować tu programu PiS-u, nie tylko mając świadomość, że niektóre moje poglądy (np. wolnorynkowe, antyunijne) niekoniecznie znalazłyby natychmiastową implementację :), lecz i dlatego, że nie czas na to i miejsce. Mogę podsunąć jedynie kilka pomysłów do przedyskutowania.
Podstawowym czynnikiem wpływającym na skuteczność polityki danego ugrupowania jest jasność poglądów i pewna porywająca obywateli wizja państwa. Nie mam na myśli żadnej demagogii, lecz takie skonstruowanie idei przebudowy (czy modernizacji) kraju a jednocześnie integracji społecznej, by obywatele stwierdzili "właśnie o to chodzi". Podstawowym błędem przy konstruowaniu takiego programu politycznego jest, jak sądzę, tworzenie, by tak rzec, "wspólnoty nienawiści". Coś takiego prezentowała swego czasu SO (co zapewniło jej doraźny sukces, ale wnet doprowadziło do (nie tylko politycznej) katastrofy. Z podobnego mechanizmu skorzystała po części PO w ostatniej kampanii (okraszając to "ideologią Irlandii 2 i cudu gospodarczego"), lecz w tym ostatnim przypadku sukces polityczny nie byłby tak wielki, gdyby nie olbrzymie zaplecze bezpiaczniacko-medialne uruchomione do "pomocy sukcesowi".
Wspominam o tym podstawowym błędzie, gdyż - no offence - ujawnia się on w myśleniu niektórych braci/sióstr na prawicy, a niewykluczone, że popadają w ten błąd ludzie samego PiS-u. Przypomnijmy sobie naczelne hasło PO, które jak zaklęcie powtarzano już właściwie od pierwszych miesięcy rządów tworzonych (z koalicjantami) przez ugrupowanie Kaczyńskiego. Hasło było jednoznaczne: "odsunąć PiS od władzy". Czy przypadkiem do podobnej (a rebours, rzecz jasna) konkluzji teraz nie zaczynają zmierzać dyskusje na prawicy? Jeśli hasło "odsunąć PO od władzy" miałoby stać się podstawowym zaśpiewem prawicy, to sądzę, że byłby to program, który trudno byłoby nazwać nawet programem minimum. O ile bowiem oczywiste jest, że obecną ekipę należałoby jak najszybciej powstrzymać, zanim, mówiąc kolokwialnie, rozpieprzy wszystko w tym kraju (Kopacz i Hall to pierwsze z brzegu znakomite przykłady totalnej indolencji i ignorancji na stanowiskach ministerialnych, a przecież takich przykładów jest o wiele więcej), o tyle należałoby wiedzieć jak to zrobić, dysponować konkurencyjnym programem politycznym i, co więcej, tak szeroką reprezentacją społeczną, by doszło do radykalnej przemiany na scenie. Uzyskanie tego nie jest możliwe przy zajęciu postawy bezkrytycznej i zamykającej się nie tylko przed różnorodnością poglądów, lecz i różnorodnością reprezentacji na prawicy. Im bardziej będziemy bezkrytyczni, tym gorsze efekty to przyniesie, gdyż w pewnym momencie nie zauważymy, że znowu jesteśmy podzieleni na obozy, a rozmowy zaczynamy od ustalania "w którym obozie jesteś?" (na zasadzie: "stój, kto idzie?").
Ja już o tym pisałem niejednokrotnie, lecz powtarzam, gdyż sytuacja wcale się nie zmieniła. Ruch patriotyczny, prawicowy, konserwatywyny - jakkolwiek go nazwiemy - związany z PiS-em, musi być szeroką społeczną konsolidacją wielu ugrupowań. Nie ma żadnej gwarancji, że do tego dojdzie, skoro wciąż "prawicowcy" nie tylko się dzielą, ale i gotowi są się tłuc do upadłego z tego tylko powodu, że ktoś w jakiejś kwestii ośmiela się wyrażać odmienny pogląd (wobec tego jest bliższy M. Jurka niż Kaczyńskiego, dezintegruje prawicę itp.) - na salonie24 jesteśmy świadkami tego nieustannie. Nieustannie, podkreślam.
Ba, tylko jak doprowadzić do skonsolidowania takiego prawicowego ruchu, do którego akces (lub którego poparcie) zgłosiliby zarówno ludzie niewykształceni, jak i naukowcy, ludzie głęboko wierzący, jak i indyferentni religijnie, wolnorynkowcy i zwolennicy silnego państwa, zwolennicy integracji Polski z UE i "antyunici" (jak choćby buc, jak ja)? Sprawa wcale nie jest tak skomplikowana, jakby się z pozoru wydawało. Wystarczy 1) jasne ustalenie ideowego fundamentu (priorytetów) i mówienie "tak, tak - nie, nie". Postawa niejednoznaczna prowadzi donikąd. Wilka z owcą nie da się pogodzić, toteż dla mnie zupełnie nieprzekonujący jest np. prezydencki minister M. Kamiński, który potrafi jednocześnie zgadzać się z którymś z ojców na antenie RM i z M. Olejnik na śniadaniach w pewnym znanym radiu. Tak się nie da. Co więcej, sytuacja, w której zaczynają nas chwalić wrogowie (Olejnik na pewno możemy zaliczyć do nieprzejednanych, wieloletnich wrogów prawicy) jest alarmująca, a nie satysfakcjonująca. 2) Potrzeba wciągnięcia do współpracy jak najwięcej osób publicznego zaufania (to z wolna zachodzi).
Pozostają jednak kwestie sporne. Otóż w ostatnim poście chciałem zwrócić uwagę, że dotychczasowa polityka "historycznego zagłaskiwania Ukrainy" a jednocześnie popierania politycznych i militarnych ambicji tego kraju doprowadziła do opłakanych skutków i ja nie widzę żadnych politycznych korzyści dla Polski z tej polityki. Jedni więc mówią, że to dopiero początek i należy taką politykę kontynuować, gdyż wcześniej czy później doprowadzi ona do sukcesu w postaci takiej, że wzmocni się obóz antyrosyjski. Nie wiem, skąd to przekonanie, ale mniejsza z tym. Ja zaś, nie dostrzegając żadnych spektakularnych gestów dobrej woli ze strony Ukrainy ani też żadnego wspólnego geopolitycznego fundamentu (antyrosyjskość?), uważam, że całkiem możliwy jest taki scenariusz, w którym Ukraina po wzmocnieniu dzięki akcesji do UE i wejściu do NATO staje się nie antyrosyjska, a antypolska. Strachy na Lachy? A może kolejny głos, który należy dołączyć do tych, które przestrzegają przed niewłaściwie (z punktu widzenia naszej racji stanu, właśnie) rozumianą polityką Polski wobec Ukrainy.
Gdyby za naszą wschodnią granicą zwyciężyła wizja zwolenników OUN-UPA i ideologia temu towarzysząca miałaby się stać trzonem świadomości narodowej Ukraińców, to mielibyśmy pasztet, o jakim nawet nie chcę myśleć, ponieważ obok (traktujących nas po swojemu) Niemiec i Rosji pojawiłaby się silna Ukraina, której, co warto pamiętać "Polacy odebrali część ziem". W tej polsko-ukraińskiej materii więc zalecałbym nie tyle ostrożność i taktykę "małych kroków" - gdyż własnie tego typu filozofia relacji polsko-ukraińskich prowadzi do wzmacniania się tendencji nacjonalistycznych na Ukrainie - ale właśnie strategię otwartego dążenia do zamknięcia pewnej historii i jasnego postawienia spraw między naszymi narodami i państwami. Jeśli do tego nie dojdzie, to na zmianę geopolityczną będzie za późno, a głosu Polski nikt nie będzie już słuchał. Nasze władze zaś będą się najwyżej rozsmakowywać w analizowaniu przysłowia o chomącie.


Komentarze
Pokaż komentarze (66)