Już od pewnego czasu wiemy, że gdyby nie J. Kurtyka świat byłby zupełnie inny, dużo lepszy. Iluż to publicystów z łezką w oku wspomina prezesurę L. Kieresa i IPN za jego czasów, które nie chcą wrócić.
W najnowszym "Newsweeku" W. Maziarski, zachwalając realizację polskiej polityki wschodniej przez wszystkie ekipy po 1989 r. nie może znieść zachowania Kurtyki i pisze następująco:
""Dobrze by się stało, gdyby muzeum Kresów powstało" - mówi prezes IPN Janusz Kurtyka i dodaje, że powinno być ono "pomnikiem polskiej nostalgii i mitu". Nie żadna tam lustracja ani książka o "Bolku", ale te słowa i zeszłotygodniowa konferencja powinny skłaniać do jak najszybszego odwołania Kurtyki ze stanowiska. Człowiek o takich poglądach nie powinien mieć wpływu na politykę historyczną państwa polskiego."
Warto ten cytat zapamiętać. Na pierwszy rzut oka bowiem należałoby powiedzieć, że człowiek o takich poglądach jak Maziarski nie powinien być naczelnym opiniotwórczego tygodnika wychodzącego w języku polskim. No, ale kogo tam sobie w "Newsweeku" sadzają na czele redakcji, to ich sprawa, tego typu jednak poglądy, to nieco poważniejsza kwestia.
Zwrócmy uwagę, że Maziarski ma za złe Kurtyce, że ośmielił się stwierdzić, że powinna powstać historyczna placówka dokumentująca dziedzictwo polskich Kresów. Nie sądziłem, że z punktu widzenia politpoprawności tego typu wypowiedź może zostać uznana za kontrowersyjną i z marszu porównana (jak to za komunistycznych lat mawiano) z "niemieckim rewanżyzmem". Tymi "erefenowskimi rewanżystami" straszono już dzieci na tzw. apelach szkolnych, a co dopiero dorosłych. Wygląda więc na to, że zbrodniomyślą jest dziś deliberowanie na temat możliwości powołania muzeum Kresów. To ci feler, westchnął seler. Jeszcze chwila, a się okaże, że czytanie "Pana Tadeusza" jest szkodliwe, ponieważ Mickiewicz odtwarza jakieś krainy, których wspominanie jest z punktu widzenia XXI-wiecznej geopolityki skandaliczne. Taka zaś powieść jak "Zasypie wszystko, zawieje..." Odojewskiego powinna natychmiast znaleźć się na indeksie obok "Pożogi" Kossak-Szczuckiej i wielu podobnych tekstów rewanżystycznych.
Nieźle, prawda? Sądzą Państwo, że przesadzam? Maziarski kontynuuje swoją oświeconą myśl w taki sposób:
"A potem, już jako osoba prywatna, może się spotkać z Eriką Steinbach. Bo chyba powinni połączyć siły i zbudować jedno muzeum - wspólny widoczny znak, nad którego wejściem będzie widniał wykuty w granicie napis: "Za Kresy wasze i nasze"."
Kresowiacy jako coś w rodzaju Powiernictwa Pruskiego czy Ziomkostwa? Kapitalne porównanie, naprawdę godne polskiego publicysty. Kurtyka zaś jako ktoś a la Steinbach (czemu nie Pavelka?). Już były porównania IPN-u do SB, ale okazały się chyba mało skuteczne. Front jedności narodu skupiony w przeróżnych ośrodkach opiniotwórczych konstruuje więc naprędce nową propagandową kalkę, która ma być wałkowana i rozpowszechniana: polskie badania nad historią i upamiętnianie historii to coś a la niemiecki rewanżyzm.
Nie wiem, ile trzeba byłoby się gimnastykować, by coś takiego wymyślić, tymczasem taki Maziarski siada i wpada na taki genialny pomysł. Czy nie ma żadnej różnicy między Polakami, którzy zostali wyrżnięci na Kresach lub zdołali z nich cudem ocaleć, a Niemcami wysiedlonymi (lub nawet wygnanymi) w rezultacie II wojny światowej, którą to, o ile czegoś nie pomyliłem, wlaśnie Niemcy wywołali? Dla Maziarskiego nie ma. Toteż i sentymenty "wypędzonych" stawia on na tej samej szali, co wspomnienia Kresowiaków. Można i tak.
Tylko, że skoro Niemcy mogą sobie budować centrum wypędzonych (nie przejmując się wcale reakcjami Polaków) i mieć na to placet władz najwyższych, to dlaczego Polacy nie mieliby prawa do budowy muzeum Kresów? Tego Maziarski nie wyjaśnia. Pewnie chodzi o to, by nie drażnić Ukraińców czy innych narodów. Powinniśmy się zatem cieszyć, że jeszcze mówienie po polsku i kultywowanie polskich tradycji nikogo z sąsiadów i zatroskanych o nich publicystów nie drażni - lecz być może to też jest już tylko kwestia czasu.
(http://www.newsweek.pl/wydania/artykul.asp?Artykul=27855)



Komentarze
Pokaż komentarze (68)