To, że taki weteran walk o pokój i inżynierii dusz, jak D. Passent uważa, że PiS nikomu łaski nie robi, bojkotując TVN i TVN24, to mnie nie dziwi. Nikt wszak od starego funkcjonariusza "jedynych prawdziwych mediów" zrozumienia dla kwestii obiektywizmu w środkach przekazu nie oczekuje. To zaś, że w gruncie rzeczy młodzi dziennikarze mainstreamu (P. Gabryel, Ł. Warzecha, T. Terlikowski i in.) pukają się w czoło, to już mnie bardziej zastanawia.
Głos rozsądku, jaki sformułował na łamach salonu24 K. Kłopotowski okazał się zupełnie nieprzekonywający dla tychże dziennikarzy i wypowiadają się oni w taki sposób, jakby to PiS kopał sobie grób, czyli po raz kolejny nie rozumiał skomplikowanych mechanizmów rzeczywistości społeczno-politycznej.
Wydaje mi się, ba, jestem przekonany, że dziennikarze sądzą, iż poza mediami świat nie istnieje (kataryna przywoływała symptomatyczne wypowiedzi zarówno J. Osieckiego, jak i T. Lisa), ale ponadto że zwykli ludzie nic innego nie robią przez cały dzień, tylko z nosami na ekranie telewizora, śledzą popisy oratorskie "gwiazd polskiego dziennikarstwa", które przecież swoimi intelektami gaszą wszystkich rozmówców (choć niektórych bardziej, innych mniej, bo nie do wszystkich wolno się w ten sam sposób odnosić).
Nie wiem, czy to komuś poprawi humor, czy popsuje (mało mnie to zresztą obchodzi), lecz ja w ogóle nie oglądam TVN-u ani TVN24 (określenie "w ogóle" proszę traktować literalnie), wobec tego, można powiedzieć, już od dawna "bojkotuję" te stacje. Co więcej, nie mam kłopotów ze znalezieniem bieżących informacji ani z dotarciem do jakichś ciekawych publicystycznych wypowiedzi stanowiących komentarze do tego, co się aktualnie dzieje. To moje nieoglądanie wynika głównie z racji wykonywanej pracy (tudzież braku czasu), ale też ze świadomego wyboru takich a nie innych mediów, które uważam za godne zainteresowania i nieco bardziej plastyczne "w obejściu" (radio i Internet). Twierdzę więc, że to, co ogłosił PiS, nie tylko dla mnie (i wielu innych, wybiórczo traktujących media) będzie nieodczuwalne, ale tak naprawdę nie stanowi nic wielkiego. Świat się wcale nie zaczyna ani nie kończy na TVN i TVN24, naprawdę.
Przeciwnie, wyolbrzymiają całą tę sprawę dziennikarze i media, ewentualnie tzw. politolodzy, czyli faceci, którzy dyżurnie komentują to, co zobaczyli w telewizji w programach informacyjnych. Co ciekawsze, z jednej strony wszyscy podkreślają, że "obrażanie się na rzeczywistość" jest "bez sensu", z drugiej twierdzą, że i tak wymienione stacje będą relacjonować wystąpienia PiS-u na konferencjach prasowych itd. No to w takim razie, o co chodzi? Wczoraj w popołudniowej Trójce słyszałem mędrca (niejaki dr Wojciech Jabłoński), który stwierdził (w kontekście owego bojkotu), że PiS stanie się "partią niszową popieraną przez moherowe berety" oraz że partia ta to obecnie "ideologiczny beton". Może Jabłoński nie zauważył, że po ostatnich wyborach nieco się zmieniła sytuacja polityczna, może też ogląda TVN/TVN24 sprzed roku, w każdym razie tego typu argumetacja świadczy, że politologia może być zajęciem bardzo odległym od rzeczywistości.
Niewykluczone, że PiS rzuca się z motyką na słońce, ponieważ problem dotyczy nie tylko wymienionych stacji, lecz olbrzymiej większości polskich (czy polskojęzycznych, jak słusznie mawiają krytycy) środków przekazu, a ściślej (nie bójmy się tego słowa), kondycji naszego dzienniikarstwa. Zauważmy, że zwykle dość zantagonizowane wewnętrznie środowisko "ludzi mediów" potrafi całkiem szybko i sprawnie "zwierać szeregi", gdy właśnie przedstawicieli tego środowiska zaczyna się atakować. Klasyczny już przypadek redaktora "Wieści Polickich", w obronie którego gwiazdy dziennikarstwa zamykały się w klatce na znak solidarności z "prześladowanym" był jaskrawym przykładem obrony złej sprawy. Choć, co należy dodać, już w przypadku niedawnej kwestii bezpieczniackich prześladowań dziennikarzy "Misji specjalnej" takiej solidarności środowisko już nie wykazało.
A jakie są problemy z polskim dziennikarstwem? Pomijając coś tak oczywistego jak dekomunizacja i "barbarzyńska" (jak mawia przy kazdej okazji J. Żakowski) lustracja, którym to środowisko w czasach kaczyzmu skutecznie i spektakularnie się przeciwstawiło, co powoduje, że swoje dyrdymały mogą nadal wypisywać Passent, Toeplitz, Paradowska i wielu im podobnych, jakby nigdy nic, to wciąż i wciąż pozostaje problem dziennikarskiego etosu i obiektywizmu. Być może samo powiedzenie o czymś takim, jak etos i obiektywizm w dobie ewidentnej stronniczości olbrzymiej większości polskich mediów, naraża mówiącego te słowa na śmieszność, ja jednak traktuję media serio i wcale nie mam przekonania, że obecna sytuacja w środkach przekazu nie tylko jest normalna, ale pozostanie taka już na wieki wieków. Z tego choćby względu krok PiS-u uważam za ruch we właściwym kierunku. Konsekwentnie jednak poddałbym bojkotowi także Radio Zet i przestał przychodzić na tzw. śniadania w towarzystwie pewnej dziennikarki, którą nie można posądzić o jakikolwiek, nawet szczątkowy obiektywizm.
Nie wiem jednak, czy do tego dojdzie, wszak, jak już pisałem kiedyś, prezydencki minister M. Kamiński ma taką sprawność retoryczną, że potrafi równie przekonująco mówić do ojców na antenie RM (choćby w "Aktualnościach"), jak i do Olejnikowej w trakcie tychże "śniadań". No więc rybka albo akwarium. Jeśli uważa się, że TVN i TVN24 postępują nierzetelnie, jeśli chodzi o praktyki dziennikarskie (a co do tego nie ma wątpliwości), to należy bojkotować też, wołające o pomstę do nieba, jeśli chodzi o standardy dziennikarstwa, niedzielne poranne nasiadówy w Zetce. Gdy do takiego działania nie dojdzie, Olejnikowa (sama wszak z TVN-em związana) przejedzie się po bojkocie PiS-u w swoim (łatwym do przewidzenia) stylu i z całej akcji będzie więcej śmiechu niż pożytku.
Pomysł rzucony przez PiS (o ile byłby wprowadzany konsekwentnie, podkreślam) mógłby skutkować powrotem części mediów do takiego błogostanu, jaki mieliśmy za Millera, kiedy pluralizm opinii wyglądał tak, że codziennie można było wysłuchać a to Borowskiego, a to Oleksego, a to Kwaśniewskiego, a to Olejniczaka, a to Szmajdzińskiego itp. intelektualistów ekstraklasy. Olejnik przepytywała ich z uśmiechem i pełną uprzejmością wedle standardów dziennikarstwa peerelowskiego, którym zresztą po dziś dzień pozostała wierna. Czy ktoś jeszcze pamięta godzinne śniadanie w Zetce, które na antenie zajadała Olejnik z Millerem po akcesji Polski do UE? Ach, co to był za wywiad. Miller dosłownie ścierał pot z czoła, opowiadając o nadzwyczajnym napięciu, jakie towarzyszyło ostatnim rozmowom i podpisywaniu dokumentów. Ech, te historyczne chwile...
Wracając jednak do współczesności. Konsekwentnie przeprowadzony bojkot nierzetelnych dziennikarzy (bo tak to rozumiem) miałby sens, gdyby w ostateczności na antenach owych stacji pokazywaliby się przedstawiciele PO-PSL-SLD, którzy i tak najczęściej mówią to samo tylko na różne sposoby. Niech sobie wójt Gleb Chlebowski dyskutuje na chłopski rozum z ludowym weteranem sejmowym Żelichowskim mówiącym piękną wiejską polszczyzną, a Gowin niech wymienia wyrafinowane, wysmakowane argumenty z Grupińskim, no, ewentualnie Palikot z Niesiołowskim niech się ścigają w szyderstwach i pomówieniach. Czego chcieć więcej? Przecież ci wszyscy herosi z każdą swoją wypowiedzią czynią nas mądrzejszymi, a już na pewno podnoszą poziom intelektualny przepytujących ich dziennikarzy. Świat byłby taki piękny, właśnie jak za Millera, bo co rusz widać, że jest to ideał polityczny obecnej ekipy rządzącej, która byłaby wniebowzięta, gdyby jeszcze mogła całkowicie spacyfiować i obsadzić swoimi obiektywnymi (jak za Millera) fachowcami publiczne media. Oczywiście, można też pójść na całość i dążyć do ideału medialnego za czasów Polski Ludowej, o czym pisał obszernie przed rokiem T. Tokarz (http://prawica.net/node/7199) (http://www.prawica.net/node/7260).
Zastanawia mnie jedynie to, że wielu z tych, którzy poddają krytyce decyzję PiS-u wcale nie przejmuje się upadkiem obyczajów naszego dziennikarstwa, przechodząc nad tymże upadkiem do porządku dziennego. W tej sytuacji PiS powinien, oprócz postawy ignorowania wyjątkowo nierzetelnych dziennikarzy, zająć postawę konstruktywną, tzn. zaproponować dyskusję nad stanem polskich środków przekazu i nad kwestią ich permanentnej stronniczości. Dożyliśmy bowiem czasów, w których stronniczość traktowana jest co najwyżej jako powód do publicystycznej kpiny (tak to wygląda w tygodniowych przeglądach prasy publikowanych na łamach "Rz"), gdy tymczasem utrzymywanie się tej patologii prowadzi do degeneracji zawodu dziennikarza, jak też spadku zaufania odbiorców do środków przekazu. Tego publicznego zaufania obywateli do mediów ośrodki "badania opinii" jakoś nie mierzą, być może z tego powodu, że gdyby się okazało, że obywatele darzą niskim zaufaniem większość środków przekazu, siła perswazyjna innych publikowanych sondaży mogłaby drastycznie zmaleć, a na to z kolei politycy i stronniczy dziennikarze nie mogą sobie pozwolić, bo bez sondaży nie ma rządzenia przecież.
Dziwne, że kontrakcja środowiska dziennikarskiego skupiła się na samym PiS-ie, oddalając nas od istoty rzeczy, czyli kwestii permanetnej stronniczości mediów. Czy sprawa nie jest poważna?


Komentarze
Pokaż komentarze (65)