Mamy doprawdy ciekawą sytuację: rząd sonduje reakcje społeczne na sytuację lżenia prezydenta przez jednego z ministrów. Tak to wygląda przynajmniej z wierzchu, jednocześnie bowiem widzimy, że można w Polsce bez żadnych oporów publikować ściśle tajne materiały i niezłą z tego mieć frajdę.
Pomijając jednak ewidentną skandaliczność całej sprawy (wyciek informacji niejawnych oraz chamską postawę min. Sikorskiego - wedle jego słów - "można być ministrem i można być chamem"), to trzeba zwrócić uwagę na to, że gabinet Tuska zachowuje się jak zupełnie obca władza, która nawet nie kryje już tego, że nie realizuje polskiego interesu. Jawnym i przekonującym potwierdzeniem tej tezy jest najnowszy artykuł superpremiera Komorowskiego w "Rz", człowieka, który zapewne stanowi mózg obecnego gabinetu. Komorowski nawet nie próbuje pokazywać, że rządowej ekipie zależy bardziej na ułożeniu przyjaznych stosunków z Rosją aniżeli sojuszem z USA (http://www.rp.pl/artykul/164722.html). To jednak już wiedzieliśmy od pierwszych dni po wyborach, gdy padały wypowiedzi o tym, że Polska nie jest jednym ze stanów Ameryki Północnej itp. banialuki mędrców z PO.
Pod (chyba szyderczym) hasłem "Pochwała konsekwencji", Komorowski pisze:
"Koniec kadencji odchodzącego prezydenta zawsze spowalnia intensywność kontaktów dwustronnych z tym krajem. Będziemy się starać odzyskać dynamikę współpracy z naszym najważniejszym sojusznikiem od początku następnego roku, niezależnie od tego, kto wygra wybory w USA. Polska ma wystarczająco wiele atutów, aby trwale pozostawać w bliskich związkach z Ameryką, i mylą się ci, którzy próbują uzależnić jakość tych stosunków od bezwarunkowej zgody na bazę. Nasz sojusz z USA, w tym ścisła współpraca w ramach i na rzecz NATO, ma solidne podstawy i nawet brak porozumienia w tej sprawie nimi nie zachwieje."
Co w kontekście wcześniejszej strategii trwałego zbliżenia Polski do USA możemy jednoznacznie odczytać, jako kurs na wschód, po prostu, co być może stanowi konsekwencję powyborczych wypowiedzi peokratów, ale na pewno nie żadną konsekwencję w niedawnej jeszcze polityce zagranicznej naszego kraju.
Nieco wcześniej wszak pisze o relacjach z Moskwą tak:
"Wyzwaniem dla polskiej polityki zagranicznej były i są relacje z Rosją. W przedwyborczym programie obiecywaliśmy politykę „chłodnej kalkulacji”, pozbawioną emocji, pustych gestów, zbędnej konfrontacji, nie zawsze efektowną, za to efektywną. Politykę opartą na cierpliwym dialogu i zmierzającą do przywrócenia dobrosąsiedzkich stosunków.
Po wyborach rząd Donalda Tuska podjął taki dialog i dzięki konsekwencji i pragmatyzmowi doprowadził do cofnięcia rosyjskiego embarga na polską żywność. Rząd Platformy popiera zacieśnianie związków między UE a Rosją. Rosja uwikłana w sieć współzależności z Zachodem będzie mniej skłonna do arbitralnych poczynań wobec pojedynczych państw."
Oczywiście, nie są to żadne rewelacje, bo o tym ptaki od dawna ćwierkały. Mamy to przynajmniej jasno na papierze, więc nikt nie może mówić, że chodzi o jakieś nadinterpretacje "wyrwanych z kontekstu" kuluarowych czy korytarzowych spiczów. O wiele ciekawsze (właśnie w tym kontekście) okazują się wyrażane także wprost oskarżenia pod adresem prezydenta obciążające go o... psucie negocjacji z USA, gdy jednocześnie widać jak na patelni, że w sprawie tychże negocjacji rząd zrobił wszystko, by ich już nie było. To dopiero! Tusk ze swoimi ministrami doprowadza całą geopolityczną wizję polityczno-militarnego związania Polski z USA do parodii, po czym - z całkowitą premedytacją - za swoją indolencję i złą wolę wini prezydenta (i jego otoczenie także). Niezła historia.
Komorowski zarzuca prezydentowi to, że 16 lipca ub. roku stwierdził iż sprawa tarczy jest przesądzona, a przecież nie była, zaś Sikorski poprzez kontrolowany wyciek ze ściśle tajnej rozmowy, chce światu pokazać, że Kaczyński przesłuchuje go niemalże jak szpiona, podczas, gdy minister SZ ma jak najlepsze intencje, co zresztą wyraża otwarcie prz min. Fotydze, nazywając prezydenta chamem. Jakby tego było malo, świat dziennikarski patrzy na całą tę sprawę tak, jakby nie do końca byo wiadomo, o co chodzi i co się stało. Czy naprawdę trzeba mieć jakieś szkło powiększające, by dostrzec, co się w Polsce na naszych oczach dzieje?
M. Magierowski słusznie zwraca uwagę, że tego typu publikacje, jak "Dziennika", to znakomite prezydenty dla rosyjskiego wywiadu (http://blog.rp.pl/magierowski/2008/07/18/dworskie-intrygi-na-oczach-milionow/). I oczywiście, to już nie chodzi o dzałalność samego "Dziennika", którego nie można podejrzewać o wspieranie polskiej racji stanu, lecz o min. Sikorskiego, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, tychże rewelacji dostarczył tej gazecie. Magierowski stwierdza, że chodzi obecnie o to, kto kogo bardziej w mediach skompromituje - Sikorski prezydenta i jego ministrów, czy odwrotnie. Myślę jednak, że nie jest to istota rzeczy. Z działaniami zmierzającymi do kompromitacji prezydenta mamy do czynienia nie od dziś i PO konsekwentnie tę strategię realizuje (o czym, niestety, Komorowski w swoim artykule raczy nie wspominać).
Tu raczej chodzi o tzw. rozpoznanie walką tego, czy realizowanie niepolskich interesów będzie w Polsce przynajmniej tolerowane przez obywateli, czy też ta ostentacja w działaniu na rzecz obcych agentur jest jeszcze przedwczesna.


Komentarze
Pokaż komentarze (70)