Ostatni wywiad z B. Geremkiem opublikowany w "Polityce" dowodzi, że klasa polityczna, którą zmarły niedawno europoseł reprezentuje, przez kilkanaście lat transformacji nie nauczyła się nic. I zapewne już niczego się nie nauczy.
"Trzeba było wygrać", powiada Geremek, przyznając w ten sposób, że "nasi" nie wygrali. Kto wobec tego wygrał? Nie wiadomo. Geremek wymienia trzy główne porażki z wczesnej transformacji:
"Pierwsza to stopień zaangażowania ludzi w życie publiczne i piękne hasło podmiotowości człowieka. Mówiliśmy z zachwytem o obywatelskim społeczeństwie oporu. A w wolnej Polsce gdzieś to zanikło... A my sobie nie uświadomiliśmy, że górę bierze przedmiotowy stosunek do obywatela. Taki, że obywatel nie znajdywał miejsca dla siebie. Z tym ściśle się łączy założycielski błąd III RP – nasze naiwne przekonanie, że można się obyć bez partii politycznych. A wtedy tak żeśmy myśleli. Pamiętaliśmy, że jedynie jednością mogliśmy uzyskać zwycięstwo w wyborach. Gdybyśmy byli wtedy podzieleni, nie byłoby III RP! Ta naiwność nas psuła. Bo potem trzeba było wytworzyć partie, czyli układ alternatywy. W demokracji bowiem muszą istnieć układy alternatywne. Gdybyśmy w porę takie decyzje podjęli, to może byśmy uzyskali zaangażowanie obywateli, bo by musieli przybrać jakieś kolory."
Druga to wybór terapii szokowej w postaci "reformy Balcerowicza", która, jak sam Geremek przyznaje, nie tylko nie była związana z jakimikolwiek próbami przekonania do niej obywateli, o co chodzi, ale i:
"bezpośrednim skutkiem terapii szokowej było obniżenie poziomu materialnego ludności o jakieś 20 proc., a nie ma drugiego kraju w nowoczesnej historii Europy, w którym w jednej chwili tak drastycznie spadłby poziom życia i nie byłoby powstania, rewolucji... Naszą siłą, tym naszym zapleczem było to, że entuzjazm z odzyskanej wolności został zainwestowany właśnie w akceptację tej operacji. To dawało rok, dwa, ale nie dłużej."
Trzecia zaś, to:
"przekonanie, że komunizm należy do przeszłości. Że rzeczą niewyobrażalną jest to, aby partia komunistyczna w jakikolwiek sposób mogła wrócić na scenę. I tak przyszło zaskoczenie wynikami wyborów w 1993 r."
W jaki sposób chciano uzyskać zaangażowanie obywatelskie Polaków, jeśli ich zdanie w jakiejkolwiek poważniejszej sprawie się nie liczyło, to nie wiem. Pomijając jednak już tę znaną nam doskonale filozofię polityki, to założenie, że można było budować nową rzeczywistość państwa BEZ organizowania się społeczeństwa w partie, zakrawa na jakąś ponurą kpinę, bo przecież nie naiwność. Geremek et consortes sądzili chyba, że historia faktycznie dobiegła końca i organizowanie Polski sprowadzi się jedynie do załatwienia kwestii ekonomicznych (tu: zapełnienia sklepów), ewentualnie pootwierania granic. Innymi słowy, jak można wnioskować z tego, co w tym wywiadzie mówi (bo ówczesna rzeczywistość nieco inaczej wyglądała, ale nie tylko Geremkowi pamięć potrafiła po latach płatać figle), nie brali pod uwagę tego, że w punkcie wyjścia należy zorganizować życie polityczne w taki sposób, by wyłoniły się normalne, żróznicowane ideowo ugrupowania, oczywiście niemające nic wspólnego z systemem totalitarnym.
O "reformie Balcerowicza" napisano już wiele, można się tylko dziwić, że po tych wszystkich latach, kiedy przeciętna rodzina nie ma żadnych (dosłownie, żadnych) oszczędności, żyjąc wyłącznie na kredyt, a system emerytalny jest o krok od bankructwa (nie mówiąc o niedofinansowanym szkolnictwie czy zapaści w służbie zdrowia), Geremek był w stanie podtrzymywać mit o niezbędności ekonomicznej terapii szokowej. Jednocześnie nie uważa tejże "reformy" i związanego z nią przecież uwłaszczenia nomenklatury, tudzież złodziejskiej wyprzedaży rozmaitych zakładów (o czym też już napisano mnóstwo tekstów) za akt założycielski republiki bananowej, w której dysproporcja zarobków była i jest, jak w krajach Trzeciego Świata.
Jeśli Geremek i jego kompania rzeczywiście byli zaskoczeni wynikami wyborów w 1993 r., to można tylko pogratulować przytomności umysłu i trzeźwości spojrzenia na sprawy polskie. Jeśli wszak, jak sam kiedyś twierdził, rząd J. Olszewskiego szykował zamach stanu (forsując lustrację, rzecz jasna), jeśli "nocna czerwcowa zmiana" nie miała nic wspólnego z powstrzymaniem dekomunizacji i recydywą komunizmu, to rzeczywiście tryumf czerwonych to musiało być totalne zaskoczenie dla "partii ludzi mądrych". Geremek opisuje ów epizod tak, jakby historia działa się sama, a komuniści zagospodarowali polityczną próżnię, do której drogi nikt im nie torował żadnymi spektakularnymi działaniami.
Przeprowadzający wywiad intelektualiści tej klasy, co: W. Bereś, K. Burnetko i J. Skoczylas, powiadają w tym kontekście tak:
"Ktoś napisał wtedy, że nad całym światem postkomunistycznym rozpościera się zatruta szata Dejaniry. Chodziło o etatyzm, oczekiwanie społeczeństw postkomunistycznych, że państwo wszystko za nich załatwi. Dlatego oddawaliśmy głosy na postkomunistów."
Ładnie ujęte, prawda? "Oddawaliśmy głosy". Kto oddawał, ten oddawał. Może redakcja komunistycznej "Polityki" tak, bo ja nie. Tu jednak intelektualiści wyrażają głos całego pokolenia, które nad nierozliczeniem komunizmu przechodzi do porządku dziennego. Oczywiście, nie ma mowy o swobodzie politycznego działania komunistów, o nierozliczaniu zbrodniarzy, o pozwoleniu na zupełnie nieskrępowane wydawanie czasopism komunistycznych, jak "NIE", "Trybuna", "Polityka" etc. Co ciekawsze jednak, Geremek nieco dalej wtrąca taką uwagę:
"Dlaczego za pierwszym razem, gdy rządzili (od 1993 r.), nie było takiej patologii w ich rządach? Dlatego, że się jeszcze bali. Jeszcze byli oblężoną twierdzą. Jeszcze pamiętali, że stoją latarnie uliczne. Co prawda u nas one nigdy nie służyły do celów, do których służą rewolucjom, ale oni jednak byli w ciągłym strachu. Bali się, że będzie zemsta, represje. To ich trzymało na wodzy. Lecz już w drugim okresie swej władzy, od 2001 r., całkowicie przestali się bać."
W tym z kolei kontekście funkcjonariusze "Polityki" nie używają już słowa "my" czy "myśmy", ale udają, że nie o nich mowa:
"Może zatem ponosimy winę za to, że się przestali bać?"
To jest to mistrzostwo w dialektyce, wyrażone swego czasu w leninowskiej formule: "jak biją, to uciekać, a jak uciekają, to bić". Geremek zaś dorzuca coś jeszcze ciekawszego:
"Był jeden moment, w którym podjąłbym krytykę Jarosława Kaczyńskiego [dotyczącą koniecxzności zerwania z dziedzictwem okragłego stołu - przyp. F.Y.M.]. Mianowicie gdy rozwiązała się PZPR. To chwila, w której można było iść do przodu i rozwiązać parlament! Wszak partia, która była większościową partią tego parlamentu, przestała istnieć. Był zatem formalny powód. I były możliwości."
No i co? I co? I co? Geremek odpowiada:
"Tylko czy to by coś zmieniło? Może trochę, bo mielibyśmy za sobą takie symboliczne cięcie. Ale w praktyce? W Czechach przyjęto ustawy antykomunistyczne, a partia komunistyczna miała się dobrze. Brak formalnego wykluczenia komunistów nie tłumaczy patologii III RP."
No i jesteśmy w domu. Taka konkluzja tłumaczy, dlaczego tak znakomicie się interlokutorzy rozumieją nie tylko w kwestiach gloryfikowania III RP i "nonsensownośći IV RP", która, zdaniem Geremka, miała (czy miałaby) być państwem stanu wyjątkowego. Co z tego wszystkiego wynika? Chyba to, że "ludzie władzy" chcieli dobrze, ale im nie wyszło. Zwyciężył "polski fatalizm", "anarchia", "liberum veto" etc. Geremek zresztą przestrzega:
"Jeżeli w sposób mało rozumny będziemy przeszkadzać temu, co nam dało wejście do UE, temu duchowi przedsiębiorczości, to wytworzy się sytuację, w której to, co dla Polski jest zagrożeniem – się spełni, a to, na co Polska ma szansę – się nie spełni. A to może się stać, jeśli o Polsce decydować będą rozrachunki, zemsta i hordy policjantów pamięci wypuszczone na kraj... To dlatego mamy sytuację, w której polityka odpycha, budzi u ludzi uczucia niechęci. To dlatego społeczeństwo się niepokoi, że polityka polska jest chora."
Przywołuję te wszystkie Ezopowe mądrości po to, byśmy sobie uświadomili, na jakich antypodach wobec tamtego środowiska żyjemy. I jak beznadziejnie niereformowalne jest to towarzystwo. W wywiadzie zabrakło tylko jednej prostej odpowiedzi na pytanie, kto wygrał w całej tej legendarnej polskiej transfromacji. A odpowiedź jest prosta: wygrali komuniści. Dlatego mogą teraz chwalić sobie i peerel i postpeerel, mimo że z map świata znikł Kraj Rad.
(http://www.polityka.pl/trzeba-bylo-wygrac/Lead33,933,262171,18/)


Komentarze
Pokaż komentarze (73)