Niespełna dwa tygodnie temu media obiegła wiadomość, że Niemcy będą wypłacać odszkodowanie osobom pochodzenia żydowskiego, które przeżyły oblężenie Leningradu. W dzień kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego powraca pytanie, kiedy Niemcy zapłacą za zniszczenie stolicy Polski w 1944 r.
Ilekroć myśli Polaków krążą wokół nasączonych krwią dni ówczesnego lata, tylekroć wraca nie tylko poczucie niesprawiedliwości, jakiego musieli zaznać pozostawieni przez aliantów właściwie bez żadnego wsparcia powstańcy (pomijam postawę wroga, czyli sowietów traktujących ewentualne pomaganie Polsce czysto instrumentalnie, tzn. po to, by wnet okupować nasz kraj po zainstalowaniu tu sowieckiej agentury mówiącej po polsku), ale i poczucie bezsilności (jeśli nie wstydu) z tego powodu, że na Niemcy nie zostały nałożone żadne poważne kontrybucje powojenne zwłaszcza w stosunku do Polski. Jeśliby nawet pominąć okres funkcjonowania bloku sowieckiego, którego, jak wiemy, część Niemiec była istotnym elementem, a w którym to bloku Polska nie miała nic do powiedzenia bez zgody Moskwy uznającej nasz kraj za swoją kolonię - to przecież po 1989 r. jednym z warunków zjednoczenia Niemiec powinno było być zobowiązanie władz niemieckich do pokrycia przynajmniej części strat spowodowanych hitlerowską okupacją i niemieckim ludobójstwem.
Z jednej strony nasz kraj został splądrowany, złupiony przez sowietów (i od Federacji Rosyjskiej, spadkobierczyni ZSSR, także należałoby się domagać odszkodowań), a następnie przez kilkadziesiąt lat dojony i cofnięty w rozwoju w stosunku do świata cywilizowanego o pół wieku, to z drugiej przecież straty spowodowane przez niemieckie działania wojenne i okupacyjne zrujnowały Polskę na dziesięciolecia. Jeśliby ktoś chciał wspomnieć odszkodowania dla robotników przymusowych, które kilka lat temu Niemcy wielkopańskim gestem rzuciły jak jakiś ochłap dla naszych obywateli, to wzbudza to mój pusty śmiech.
W rocznicę wybuchu Powstania, które miało nie tylko warszawiakom, ale i Polakom zwrócić wolność, kwestia tego, że Niemcy w żaden sposób nie zadośćuczynili Polsce za to, co jej i jej obywatelom wyrządzili staje się szczególnie poruszająca. Pamiętam, jak za czasów L. Millera, ówczesny kanclerz Niemiec G. Schroeder powiedział, że już dość tego przepraszania i kajania się za II wojnę światową ze strony Niemców. Polskie media skwapliwie i wyrozumiale rozpowszechniały tę frazę, ponieważ nastawały czasy konstruowania eurolandu, w którym wszyscy ludzie są happy, mają wykasowaną pamięć i zajmują się jedynie płaceniem podatków, wesołym podróżowaniem i zajadaniem chipsów.
O ile jednak od Niemców nie oczekiwałbym jakiegoś społeczno-świadomościowego wstrząsu, który by na nich wymusił postawę tego typu, że jest psim obowiązkiem niemieckiego państwa wypłacenie powojennych kontrybucji i włączenie się w modernizację Polski, którą ponad pół wieku temu pozostawiło się w zgliszczach i cmentarzyskach, o tyle od polskich rządów tego typu roszczeniowej postawy należałoby się chyba spodziewać. Gdyby Niemcy po zjednoczeniu włączyły się w unowocześnianie naszego kraju właśnie na zasadzie jakiegoś spłacania powojennych należności, relacje polsko-niemieckie fundowane byłyby na zgoła odmiennym gruncie aniżeli jest to współcześnie, kiedy obserwujemy odradzanie się niemieckiej świadomości w tym niezbyt pozytywnym i niepokojącym znaczeniu. Takiego postawienia sprawy nie było jednak ani ze strony polskiego rządu, ani ze strony Niemiec.
Polacy ze Skubiszewskim na czele wychodzili z założenia, że właściwie to nie ma co Niemcom przypominać, że cokolwiek są nam winni, bo nastał czas sprzątania po komunizmie (jak to sprzątanie wyglądało wiemy znakomicie). Z kolei Niemcy z właściwą sobie butą, wcale nie poczuwali się do rekompensowania Polsce zniszczeń wojennych. No bo niby dlaczego? Zaraz też zresztą zajęli się doinwestowywaniem wschodnich landów i topieniem tam milionowych kwot D-marek, by powstrzymać masową migrację eks-enerdowców do zachodnich części zjednoczonego kraju.
Pamiętam, jak przed paroma laty ówczesny prezydent Warszawy L. Kaczyński z zespołem ekspertów przypomniał o stratach spowodowanych przez Niemców w Warszawie (oszacowano je wtedy na 45 mld 300 mln dolarów) i jaka fala oburzenia za "bezczelność" Kaczyńskiego przetoczyła się przez media niemieckie (i oczywiście, także i "polskie"), jakby sama wzmianka o tym, że od Niemców coś się nam bezwzględnie należy była jakimś pogwałceniem dobrych dyplomatycznych obyczajów i powojennego miru domowego w Europie. W rocznicę wybuchu Powstania te słowa należy Niemcom wciąż i wciąż przypominać, choć wiem, że obecny rząd polski byłby ostatnim, który by takie żądania odszkodowań powojennych wobec naszego zachodniego sąsiada sformułował.


Komentarze
Pokaż komentarze (53)