Kiedyś w peerelu była taka enerdowska bajka zaczynająca się od piosenki "Dziadku, drogi dziadku, nie chcemy jeszcze spać". Wicepremier W. Pawlak wystąpił w roli takiego dziadka w dzisiejszej radiowej Jedynce.
Na pytanie G. Ślubowskiego, który przypomniał wypowiedź D. Tuska dotyczącą rodzinnych interesów w resortach opanowanych przez PSL, znany ludowiec odrzekł, że żadnych tego typu interesów nie ma.
"...myślę, że są w niektórych przypadkach takie zarzuty czy przypisywanie intencji, które nie istnieją, natomiast z drugiej strony warto też patrzeć na sprawy polityki także z perspektywy bardzo życiowej, no. Największą nagrodą dla rodziców jest sytuacja, kiedy dzieci podejmują ich dzieło i kontynuują to i rozwijają, a najgorszym przekleństwem, kiedy odwracają się i niszczą dorobek rodziców. Więc w moim przekonaniu ataki niektórych mediów na to, że w PSL–u jest kontynuacja, że ludzie, którzy się wychowali w tej samej kulturze politycznej, środowiskowej podejmują działania także polityczne czy zawodowe, kontynuując dzieło rodziców, jest w ogóle dziwnym zarzutem, no."
Perspektywę życiową w patrzeniu na sprawy polityki mieliśmy za czasów Polski Ludowej właśnie, kiedy to żony, kucharze, kochanki, słowem - wszelka flora i fauna skoligacona z kacykami rozsiadała się po przeróżnych instytucjach "państwowych" i darła pod siebie starym bolszewickim zwyczajem. Najwyraźniej jednak te sprawdzone wzorce (wszak ZSL też miał swoje współudziały w żerowisku) są szczególnie bliskie "ludowcom", bo gdziekolwiek oni nie pójdą, tam zawsze obsiada jakąś posadę cały rój "dzieci". Pawlak oczywiście ma świętą rację, mówiąc o walorach podejmowania przez potomnych dziedzictwa rodziców. W peerelu to dziedziczenie doprowadzone było do perfekcji - dziś zaś "na tym odcinku" są ewidentne zastoje.
Na tym jednak nie koniec. Pawlak udaje, że nie za bardzo wie, o co chodzi i prosi, by redaktor podał mu jakieś konkrety.
"...na pewno zna te nazwiska. Chodzi o rzeczywiście krewnych różnych PSL–owskich polityków, między innymi Andrzej Kłopotek – brat Eugeniusza, Dariusz Żelichowski – syn szefa Klubu PSL, który pracuje w spółce Elwar."
I teraz następuje najciekawsza część wypowiedzi szefa "ludowców":
"No ale jeżeli to są ludzie, którzy zawodowo zajmują się takimi, sprawami, to gdzie oni mają pracować? Czy za granicą, czy mają być wysyłani czy zsyłani za granicę? No, były takie czasy, gdzie zsyłano ludzi na Syberię za to, że kontynuowali patriotyczne jakieś działania swoich poprzedników. Natomiast w tej chwili ja dostrzegam w tym takie podejście, że w PSL–u się dostrzega z jakimś dziwnym wyolbrzymieniem pewne zjawiska, na przykład wokół takiej spółki Naftor, która była przy jednej ze spółek naftowych, była cała konfiguracja rodzinna i poza jedną krótką informacją w gazetach nikt tego tematu nie podjął. Tak że tutaj widzę jakąś taką dziwną asymetrię i podchodzenie do PSL–u w bardzo taki krytyczny sposób."
Gdzie te dziatki bidne posłać? Alternatywa jest taka: albo za granicę, albo na Syberię. Jakoś nie przyszło Pawlakowi do głowy, że mogliby ci ludzie po prostu znaleźć sobie pracę w innych instytucjach. Chyba że dla nich nigdzie indziej pracy nie ma (tzn. "ni ma"). Tak też może być, ciężkie czasy w końcu. Być może przez wzgląd na ciężkie czasy właśnie Stanisław Żelichowski, który doskonale pamięta sejm peerelowski z jego najświetniejszych lat 80. zmuszony był i jest dawne tradycje dziedziczenia żerowiska podtrzymywać. Poza tym, grunt to rodzina!
Pawlak kontynuuje już nie co ostrzejszym tonem:
"My tam, gdzie ta krytyka jest uzasadniona, podejmujemy decyzję i osoby, które nadużywały stanowiska czy władzy, zostały odwołane. Ale w takich sytuacjach, kiedy nie ma zarzutów formalnych, prawnych, to nie może być też takiego prześladowania tylko dlatego, że ktoś ma brata w PSL–u i to, jak już jeden członek rodziny jest w PSL–u, to co? Pozostali muszą się zapisać do innych partii? No, wie pan, w PRL–u były takie sytuacje, że się niektórzy tak rozprowadzali po różnych środowiskach, ale wydaje mi się, że żyjemy dzisiaj w czasach, kiedy nie trzeba się tak asekurować politycznie. Chyba że się mylę, no."
Jak się ma rodzinę, to czemu ma ona nie być w tej samej partii? Do mnie ta argumentacja przemawia. Jak się ma pracę, to czemu kogoś z rodziny nie można by zatrudnić? Tylko że Pawlakowi pomyliły się obyczaje panujące w firmie prywatnej z administracją państwową czy innymi instytucjami, w których przynajmniej formalnie obowiązują nieco inne zasady zatrudniania pracowników. Chyba że Pawlakowi państwo to jeden wielki PGR, w którym każdy orze, jak może.
http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=15366


Komentarze
Pokaż komentarze (46)