Barbara Blida jest już chyba bezpieczna, w miejscu gdzie jest kałem jej nie wysmarują, za wysoko albo za nisko. Jeżeli oczywiście te miejsca istnieją.
Choć chłopaki mimo to, nadal lepią kule z gówna, aż się urobili po łokcie. Trudno będzie się domyć, ale od czego woda święcona i codzienne modlitwy. Ale smród pozostanie, może mirra albo kadzidło?
Kolega Rybitzky tak się starał, że nawet wspiął się na drabinę. Kumple podtrzymywali, śmiechu było co nie miara, pety wrzucali do grobu, „błogosławiona Blida” została obszczana moczem ulepionych „na obraz i podobieństwo”.
Potem powędrowali do Terlikowskiego (może nawet śpiewali kolendy), oburzali się na drwienie z osób zmarłych. Słusznie prawili, coś tam nawet chcieli podpalać, ale się powstrzymali. I znów cierpką minkę będą mieli ci, co sobie na noc płuczą gardło nietsche popłuczynami . Ale cóż, czasy mamy pedalskie powiedzą, a potem się ubiorą w sukienkę i zielone sznurówki.
Barbara Blida po prostu nie żyje. Nie wiem czy była winna, czy może niewinna. Nie żyje. Nie żyje, bo się zastrzeliła. Też nie wiem dlaczego, może naprawdę była chora na raka. Teraz wystarczy wyjaśnić, nie trzeba od razu zdzierać z niej skóry i latać przebraniu po konferencjach drąc mordę o naszej Basi kochanej. Usiąść, zadać pytania i wyjaśnić. Można zdjąć nawet bannery żałobne.


Komentarze
Pokaż komentarze (23)