Tarkwiniusz Pyszny lubił doglądać swojego ogrodu. Przechadzał się powoli i cieszył wzrok królewskim kwietnikiem. Na co dzień dbał o niego bystry niewolnik, ale król i tak lubił po nim poprawiać. Sprawiało mu to przyjemność i pozwalało skupić myśli na dłużej.
A miał o czym myśleć. Niby wszystko do tej pory szło sprawnie, ale podbita ludność nadal stawiała opór. Nie pomogły ofiary ani zapalczywość młodego Sekstusa. Tak, zdecydowanie coś trzeba było uradzić. Wymordować wszystkich? Łatwo powiedzieć, ale cóż znaczy król bez swych poddanych, no i jak się wtedy na poddanych bogacić? Trupy choć od zawsze syciły wzrok Tarkwiniusza Pysznego, od zawsze też jednak talarów nie przynosiły. Zresztą mordowanie nużyło go coraz bardziej. Co robić?
Tego dnia słońce nie prażyło tak mocno, król usiadł na ławce i przyglądał się kwiatom. Kwitły, a więc Bogowie jednak sprzyjali. Parę główek kwiatowych chybotało się z lekka na wietrze i wyraźnie górowało nad resztą. Tarkwiniusz podszedł, uśmiechnął się kazał posłać po syna. Ten zjawił się niemal natychmiast.
- Widzisz Synu- zaczął powoli - gdybym tylko zechciał, to wyrwałbym ten kwiat z korzeniami i na jego miejsce zasadził o wiele piękniejszy. Być może ten nowy nawet po jakimś czasie by zakwitł, ale tylko być może. Nie na każdej glebie kwiaty kwitną tak samo. No i przez długi czas nie moglibyśmy sycić oczu jego urodą, a nasze kobiety odwracały by wzrok oskarżając nas o zniszczenie piękna. Ale gdy przytniesz te wystające główki nikt nawet nie zauważy, kwiat będzie kwitł dalej, kobiety się będą przechadzać, a ja jak dawniej, będę do ogrodu zapraszał swych dostojnych gości. Pamiętaj nie jest sztuką zniszczyć swój ogród, sztuką jest dobrze przycinać kwiaty, zawłaszcza te najpiękniejsze i baczyć by z czasem nie zalęgły się chwasty.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)