A przecież skoro jak pisze Warzecha prawa człowieka doprowadzone są do statusu fetyszu i z tego punktu widzenia stanowią przeszkodę w prowadzeniu skutecznej polityki zagranicznej to znaczy, że wbrew temu co usiłuje wmówić nam Pana redaktor, powoływanie się na prawa człowieka nie jest powoływaniem się na bezsilną mgławicę, tylko na coś co jako fetysz może stanowić przeszkodę, czyli coś co jest w dzisiejszym świecie realną siłą.
Siła praw człowieka polega bowiem m. in. na tym, że AI, która się na nie powołuje, nie kieruje się doraźnym celem politycznym i nie chce służyć za parawan dla realizacji strategicznej wizji jakiegoś państwa, czy grupy państw. To jest właśnie kalkulacja uwzględniając relane siły, ta swoista realpolitik nr 1 Amnesty International. Gdyby bowiem działacze AI kierowali się logiką Łukasza Warzechy, przy pierwszym politycznym sporze daliby się wykorzystać jednej stronie i wówczas nie byliby wiarygodnie dla drugiej. A wiarygodność to podstawa działania każdego, kto chce pouczać w imię jakiś wyższych moralnych racji.
Redaktor Warzecha argumentem ad absurdum już widzi jak Kim Dzong Il wypuszcza kogoś z obozów koncentracyjnych, ja widzę np. że Magdalena Garcia Duran została uwolnionawłaśnie po interwencji Amnesty International. I teraz pojawia się kluczowe pytanie dlaczego w Meksyku, mimo tego iż twarda, realpolitik nie miała miejsce i żadne państwo nawet się o indiańskiej działaczce nie zająknęło, ta została uwolniona? Czyżby USA po cichu groziło atakiem atomowym? A może prezydent Sarkozy chciał przygalopować na koniu i ogłosić, że wstrzymuje eksport sera? Nie, sprawa jest nad wyraz banalna. Skuteczność AI w tej i podobnych sprawach polega na niezbyt wyszukanej strategii.
Otóż każdej sprawie AI nadaje rozgłos, tylko tyle i aż tyle. Czasami jakaś pikieta no i obowiązkowa pomoc prawna. Dzięki temu opinia publiczna dowiaduje się o sprawach, które nigdy by nie ujrzały światła dziennego. Teraz wystarczy tylko odpowiednio naciskać na władze. Jest to oczywiście o wiele łatwiejsze w krajach demokratycznych, gdzie władza liczyć się musi z obywatelami. A obywatele skutecznie informowani i zszokowani tym, że w ich kraju się kogoś torturuje, molestuje, zaczynają się na władzę oburzać i mogą dać wyraz niezadowolenia podczas wyborów. Do tego dochodzi wytykanie tego kraju palcami przez demokratyczne kraje sąsiednie (nikt tego nie lubi), no i oczywiście swoje robi też opozycja, która jak to opozycja wykorzystuje polityczną dla własnych celów. Przecież Tomasz Sakiewicz dokumentując swoje „męczeństwo” powołał się właśnie na organizację międzynarodową „Reporterzy Bez granic”, która odwołuje się właśnie do praw człowieka. Czy zrobiłby tak gdyby sądził, że powoływanie się na prawa człowieka nie przynosi żadnych korzyści?
Nieco inaczej sprawy się mają w przypadku krajów niedemokratycznych, tu presja z oczywistych względów nie może opierać się na protestach obywatelskich. Dlatego drugą areną gdzie AI stara się być skuteczna jest informowanie opinii publicznej o zbrodniach poszczególnych reżimów. Redaktor Warzecha twierdzi, że reżim się tym nie przejmuje, ja twierdzę coś zupełnie odwrotnego. Nie przypadkiem bowiem poszczególne reżimy wydają fortunę na własny PR, nie przypadkiem przed każdą wielką międzynarodową imprezą wypuszcza się część więźniów politycznych, nie przypadkiem najwięksi ludobójcy debatują z krajami Zachodu w tajemnicy, a nie na oczach opinii publicznej. Nie przypadkowo również, za przekazanie AI dowodów zbrodni grozi w wielu krajach kara śmierci, a świadków zbrodnie się na wszelki wypadek ucisza (polecam film „Ostatni król Szkocji”). Wreszcie nie przypadkowo działacze AI albo są zagłaskiwani przez lokalnych kacyków, albo się na nich poluje jak na zwierzynę.
Być może Sergiej Kowaliow żyje jeszcze tylko dlatego, że organizacje takie jak AI podniosły by niesłychany klangor, gdyby zginął w niejasnych okolicznościach. A przecież gdyby rozumować tak jak Warzecha to Kowaliow w kostnicy nie powinien robić żadnej różnicy.To wszystko zasługa tych pięknoduchów z AI, to oni bowiem sprawdzili, że Afryka jest postrzegana również nie tylko z punktu widzenia tego jak wiele fajek z kości słoniowej może pan redaktor kupić na miejscowym bazarku, ale także z punktu widzenia praw człowieka.
Jeżeli ogromną częścią świata rządzą kraje demokratyczne, to właśnie dzięki demokracji można dziś osiągnąć, to co kiedyś było nieosiągalne. Wystarczyło tylko/aż uczulić opinię publiczną na to co się dzieje gdzieś tam, gdzie Warzechy wzrok nie sięga i cisnąć własną władzę aby, choćby w zmian za pomoc gospodarzą zwolniono iluś więźniów politycznych. Dla Warzechy nie ma to zupełnego znaczenia, dla nich to sprawa życia i śmierci.
I to jest właśnie swoista "realpolitik" nr 2 AI, która nie robi nic innego jak uwzględniając siłę opinii publicznej i poprzez listy, protesty czy marsze wprowadza w obieg spraw medialnych, sprawy o łamanie praw człowieka w danym kraju, czy kraju sąsiednim. Istotą działalności jest wzbudzanie fermentu, skierowanie uwagi opinii publicznej, bo żyjemy w takich czasach, że to czym oburzona jest opinia publiczna można załatwić szybko, a to czego nie wie, nie załatwi się prawie nigdy. Na tym polega klkulacja i pragmatyzm.
Warzecha stoi na stanowisku, że tylko państwa mogą kogoś ratować, podczas gdy zapomina, że wiele tych państw, to nic innego jak organizacje które są współrządzone właśnie przez tych pięknoduchów co piszą listy. Zapominanie, czy też świadome odrzucanie roli opinii publicznej w kształtowaniu polityki zagranicznej jest więc właśnie niczym innym jak odwoływaniem się do XIX wiecznej koncepcji Realpolitik, która z dzisiejszą Realpolitik ma tyle wspólnego, co pogląd Warzechy, że AI nikomu nie udało się pomóc.
Choć może z drugiej strony 16 600 osób uwolnionych, które to dane przywołuje Amnesty International, to rzeczywiście zbyt mało. Tylko ilu niemordowanych i torturowanych spełniłoby wymóg skuteczności wedle definicji red. Warzechy?


Komentarze
Pokaż komentarze (26)