Wydawało się, że po szarży Janka Pospieszalskiego i zalewie konstruktywnej krytyki jakiej doznał Jerzy Jachowicz (siwy dziadu, mendo salonowa) nie będzie już fajerwerków w sprawie zaszczutej Pati Koti, a tu tymczasem taka niespodzianka.
Popularną Pati Koti wziął bowiem w obronę kolejny wolny (niepoprawny?) umysł z Rzeczpospolitej niejaki Piotr Gociek. Obrona jest dosyć subtelna, tym razem w formie głośnego zadawania pytań, przez co tym bardziej staje się ona miażdżąca:
Co to znaczy, że Kotecka potrafiła „odsunąć dziennikarza i napisać na nowo komentarz”, albo: „sama zasiada i pisze”? Czy do obowiązków szefa należy bicie brawa podwładnemu, gdy pisze bzdury, czy może ich poprawienie? Czy przełożeni dziennikarzy mają być niepiśmienni?
No właśnie, czy przełożony dziennikarza nie mogą zmieniać mu materiału, co w tym niestosownego? Być może takie dziwne zwyczaje panują choćby w mediach polskojęzycznych, ale w polskich, obiektywnych mediach pewnie nie raz, nie dwa, choćby naczelny Lisicki siadał i za Goćka artykuł poprawiał, kreśląc na czerwono, co może, a co nie iść do druku. Na tym przecież polega profesjonalizm szefa, on wie lepiej, które nazwiska idą do wykropkowania i co statystyczny czytelnik Rzeczpospolitej chciałby widzieć, a czego starannie unikać. W ostateczności zawsze można wyciąć kartki żyletką, jak swego czasu w „Sukcesie”. W świecie medialnym za spartaczoną robotę, nikt na wyrost bił brawa nie będzie.
Co to znaczy, że „podsuwała dokumenty”? Czy przełożony dziennikarza ma ukrywać przed nim informacje, czy raczej skłaniać go do ich sprawdzania i wyjaśniania?
Gociek znowu trafia celnie, więc tym bardziej boleśnie. Czy przełożony dziennikarza, ma przykładowo, nie zostawić na biurku podwładnego teczki z IPN, która przypadkowo wypadła z budynku na Towarowej, przylepiła się do tramwaju, a potem, na skutek przeciągu, wpadła do klatki schodowej przełożonego? Kompletny absurd i brak profesjonalizmu. Zresztą już sam fakt, że przełożony jest w zawodowej hierarchii wyżej świadczy o tym, że musi być lepszy i powinien słabszego podwładnego do pracy dopingować, ciągle wyznaczając mu nowe zadania i podrzucając pasjonujące materiały. Nie wiem kto jest mistrzem autora artykułu, ja widzę tu rękę samego Marka Króla, z czasów jego świetności, ale z pewnością ów mistrz niejedno Panu Piotrowi podrzucił. A potem ewentualnie siadał, poprawiał i dopisywał resztę, gdy Gociek, jeszcze nie wyrobiony, nie zrozumiał i napisał bzdury.
Skąd pomysł, by oskarżyć Kotecką, że „oferowała zeszyt pełen kontaktów” reporterowi? Czy autor tego zarzutu, kiedy sam pisze artykuł i potrzebuje wypowiedzi jednej ze stron, sięga do notesu po właściwy numer, czy raczej tak się brzydzi „zeszytami kontaktów”, że idzie pod Sejm i krzyczy „Niesiołoooowski!” tak długo, aż potrzebny rozmówca go usłyszy?
Tu jednak nie do końca się zgodzę z autorem, z pewnością niezależny dziennikarz z Rzepy albo Wprost nie musi prosić o naczelnego, aby ten oferował mu pełny zeszyt kontaktów, bo Panowie dzięki swej długoletniej karierze w mediach, mają już tak wyrobione kontakty, że często czytelnik po treści artykułu w ciemno potrafi zgadywać kto, do kogo, komu i za ile. Chyba, że chodzi o jakąś grubą intelektualną rybę, choćby marszałka Putrę. No numery komórek marszałka to raczej na drzewach nie rosną i trzeba się trochę postarać by dodzwonić się do tego sympatycznego tokarza. Najłatwiej jest uzyskać numer od ministra Piętka, sam wszędzie dzwoni i to nawet z Lazurowego Wybrzeża. Choć czasami dzwoni też jego syn albo żona, ale oni, to jak marszałek Komorowski, dzwonią ponoć do wszystkich.
Proszę uważnie przeczytać poniższy cytat: „sama otrzymuje instrukcje przez telefon i często je przez telefon wydaje”. Czy to znaczy, że w TVN „Fakty” planuje się przy użyciu tam-tamów, a w Polsacie „Informacje” dęciem w dudy? Czy może zdarza się, że do reportera zadzwoni wydawca, a do wydawcy naczelny?
Może się zdarzyć, że do wydawcy zadzwoni naczelny, jak najbardziej może się zdarzyć. A czy może się zdarzyć, że naczelny zadzwonił, bo do naczelnego zadzwonił inny naczelny, np. jakiś naczelny organ administracji? Chyba tak, ludzie listy piszą a naczelni dzwonią, po to przecież wymyślono telefony. Zwłaszcza, że skoro naczelnego, który jest przełożonym wydawcy, mianował inny naczelny, który jest z kolei podwładnym innego naczelnego, to tym bardziej trzeba telefony odbierać i instrukcje wydawać. Inaczej można być odwołany a tego nikt przecież by nie chciał, praca w gazecie z orłem na pierwszej stronie to wielki prestiż i zawieść nie można. Chyba, że instrukcje są sprzeczne i wówczas trzeba dzwonić jeszcze wyżej, do samego naczelnego naczelnych. Ale wtedy trzeba uważać, bo można naczelnego naczelnych taką sugestią jawnie obrazić i skopać. Zupełnie jak kopie się teraz św. Pati Koti.


Komentarze
Pokaż komentarze (31)