Kilka tygodni temu byłem w Krytyce Politycznej na premierze najnowszej książki Jacka Żakowskiego – „Nauczka”. Zadbane wnętrza, na ścianach fotosy na ścianach z gejowskim erotykiem (tytuł chyba prowokacyjny- Upadki i powstania warszawskie) no i szanowni goście: Żakowski, Walicki i Smolar. Na dyskusją ciągnął się duch Kaczyńskiego, ale nie tyko, przeważali emeryci i młodzież (wiadomo, ci w średnim wieku z socjalizmu już raczej wyrośli). Jak na każdej promocji, można było zadawać pytania, więc i ja się skusiłem, zwłaszcza, że jeszcze nigdy z Panem Jackiem nie było nam dane się spotkać. Spytałem co sądzi o tezie, jakoby kaczyzm karmił się histeryczną krytyką swych oponentów, których Pan Jacek jest jednak przedstawicielem. Pan Jacek bardzo się zdziwił, otworzył szeroko oczy i stwierdził, że nie sądzi aby w swej krytyce przesadzał, zresztą ta władza ma też krew na rękach i nie chodzi o Blidę (sorry Azrael), ale o przeszczepy.
Pogląd, że histeria to broń obosieczna nie jest, ani nowy, ani tym bardziej odkrywczy. Ostatnio całkiem rozsądnie pisał o nim czy to Ziemkiewicz, czy Igor Janke, wskazując, że jeżeli krytykuje się kaczym, za najdrobniejsze głupstwa czy małe potknięcia i wpada się w ton Rejtana rozdzierającego swe szaty, to wcześniej czy później opinia publiczna się uodporni, no bo ile można wieszczyć totalitaryzm, który wciąż nadejść nie może. Krytycy kaczyzmu tej tezy nie posłuchali, posłuchali jej za to jej zwolennicy, myśląc, że w cieniu nadętej histerii można sobie dowoli swawolić, a wyborcy i tak wszystko wybaczą. Tym razem nie wybaczyli.
I gdy patrzę teraz jak ochoczo, śliniąc się mlaskając, Donald Tusk jest przedstawiany jako zamordysta, dyktator czy wreszcie sam Kim Ir Sen (to nasza praktyczna ekonomistka na swoim), to momentami czuje de ja vu, tak wszystko idealnie nam się powtarza. Ale choć w głosy o tuskowy zamordyzm wierzą tylko jednostki do krwi niezależne, samodzielnie myślące i nie wierzące w medialną papkę, to wrogów Unijnej koegzystencji przewalają się przez salon miliony.
Gdyby dziś przeprowadzić referendum unijne tylko w salonie i tylko pośród blogerów, to wynik wydawałby się wręcz druzgocący i bynajmniej euroentuzjaści nie mieliby się z czego cieszyć. Tymczasem społeczeństwo na Unię spogląda okiem o wiele bardziej przyjaznym, a nie brakuje jednostek, które wprost Unią są zachwycone. Dlaczego? Przecież unijni sceptycy wychodzą niemal ze skóry, a obrzydzanie Brukseli to jakiś nowy sport prawicowy, gdzie porównania, może nie subtelnością, czy lotnością umysłu, ale na pewno swą siłą i dobitnością próbują Unię taranem nam zniszczyć. A może nie udaje się właśnie dzięki eurosceptykom, dzięki tym intelektualnym tyradom, dzięki temu gęstemu patosowi, którym smarują po wirtualnych murach ich właśnie rzeczywistości?
Euroscpetycy, celowo upraszczam i wrzucam wszystkich do jednego, wspólnego worka, nie zdali bowiem swego egzaminu z wiarygodności i jeżeli coś w Polsce naprawdę huknęło, to był to właśnie łoskot strącanych antyunijnych majaków. Tuż po akcesji mieli nas wykupić Niemcy, w wersji hard core skolonizować, pederaści mieli zawładnąć naszą duszą, a Holendrzy zabijać staruszków. Bruksela miała nam dyktować każdy przecinek w naszych ustawach, a Polska miała być dojona na sumy iście bajońskie, gdzie chłop i jego koza bidula miał być skazany na wieczną poniewierkę i zapomnienie. Tak to z grubsza wyglądało w teorii, a potem nadeszła ta straszna rzeczywistość, gdzie Polacy na własne oczy zaczęli najpierw ostrożnie, a potem głośno, z przytupem tarzać się po unijnych drogach, łakomie doić unijne fundusze, przecinać, wstęgi, odbierać dopłaty i wydawać. Wydawać pieniądze, które nakręciła nam Unia. Jak się we względnie dobrze zorganizowaną gospodarkę wpompuje dodatkowe miliardy, to nie ma siły i koniunktura przyjść musi. Każde euro spływające z Brukseli wrzuca się na wagę antyunijnych poglądów i opór maleje, z dnia na dzień maleje.
Eurosceptycy tego nie dostrzegają i nadal podbijają bębenek histerii i krzyczą o eurokołchozie, eurosojuzie i nowym Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Jednocześnie w innych dyskusjach z otwartą buzią, zapalczywie rozprawiają o tym, że ZSRR było gorsze nawet od Adolfa Hitlera, że to największa zaraza ludzkości, no i oczywiście lubują się podawać przykłady, zwłaszcza te z Che Guevarrą. A potem ktoś, kto się tego nasłucha wraca po pracy do domu, wsiada do samochodu i po nowym unijnym moście jedzie do rodziców na wieś, aby na wieczór zadzwonić przez Skype do syna, który na Wyspach zarabia coś koło 8 tys. zł. Taka jest rzeczywistość.
Eurosceptycy często powołują się na idee suwerenności, tak bliską sercu każdego Polaka. Ale jednocześnie bez większej żenady, potrafią otwarcie opowiadać się za amerykańską tarczą, amerykańską dominacją w dwustronnych stosunkach, a bywają i tacy, którzy wprost mówią, że chcieliby obecności amerykańskich wojsk w Polsce. Wszystko to dla naszego dobra rzecz jasna, a suwerenność staje się wówczas zidiociałym przeżytkiem pokrywanym politycznym relatywizmem.
Bo sprzeciw wobec Unii to sprzeciw przede wszystkim przeciwko unijnej lewicy, walka z pewnym paradygmatem z zalewem postmodernizmu, który dziś w Europie święci tryumfy i świeci po polskich gałach, które ledwo co nam odtajały po hibernacji fundowanej przez batiuszkę Stalina. Sprzeciw wobec Unii, staje się tym samym walką o polską tożsamość, która niestety lub „stety” w konkurencji z tym unijnym realem przegrać musi. Właśnie ze względu na unijny dobrobyt i lewicowe rozdawnictwo. Ale nie tyko.
Ostatnio pewna kobieta targana walkami z lokalnym układem, z nadzieją rzekła, że lokalnej sitwy się już nie boi, bo jesteśmy już w Unii Europejskiej i unijne sądy jej skrzywdzić nie dadzą. Bo to właśnie Unia symbolizuje porządek, a w Polsce, zdaniem większości nadal jest burdel. A jak się tego burdelu nie uporządkuje. to nie ma nawet po co startować do biegu. Tylko, że teraz porządkować będziemy miotłą unijną, więc wszelkie sukcesy i tak pójdą na konto Brukseli.
Stąd może trudno się dziwić rozpaczy eurosceptyków, bo sytuacja ich jest wręcz beznadziejna.


Komentarze
Pokaż komentarze (23)