Paweł Paliwoda nie wytrzymał długo w swym literackim celibacie i znów wspomniał coś o mnie na swym blogu. Wielce zasłużony to bloger, który swym humorystycznym kwiczeniem robi mi całkiem zgrabną reklamę, a są i tacy który wprost sugerują, że lewactwo którego jestem ponoć ikoną w salonie (copyright by ckwadrat), nawet Pana Pawła z salonu wygnało. Słowem cześć nam i chwała i uwielbienie.
Ale tym razem odpiszę Panu Pawłowi merytorycznie, gdyż ilość próśb, błagań i umizgów, naszego filozofa-cykliniarza, które wdzięcznie puszcza, niczym niegroźne bączki w moją stronę, rośnie w zastraszającym tempie, a dotyczą one właśnie pisania merytorycznego. A, że idą Święta to niech będzie to mój prezent. Zupełnie na marginesie, zdaje mi się, że post został przez Pana Pawła ocenzurowany i w pierwszej wersji brzmiał znacznie ostrzej (czyli standardowo). Jeżeli było inaczej to prosiłbym o wyprowadzenie mnie z błędu.
Ale do rzeczy. Otóż osobiście uważam, że kojarzenie art. 212 k.k. z zamachem na wolność słowa jest po prostu zwyczajnie bzdurne, więc te dziennikarskie lamenty jakoś niespecjalnie robią na mnie wrażenie i widać nie tylko na mnie. Co najciekawsze w momencie gdy art.212 k.k. poprzez surową sankcję zaczyna zagrażać dziennikarskiej braci, na bok idą wszelkie ich dotychczasowe apele: o surowe karanie, politykę „zero tolerancji”, tudzież o zachwyty nad retrybutywizmem i psioczenie na tzw. prawniczych liberałów. Jeszcze raz bowiem sprawdza się pogląd m.in. prof. Zolla, że liberałami w prawie karnym stajemy się zaraz po tym, jak się dostajemy w łapki wymiaru sprawiedliwości i wówczas znajduje się tysiące powodów, dlaczego akurat my lub ktoś nam bliski nie może być surowo karany.
Tyle tytułem wstępu, który jest tym bardziej ważny, iż wbrew jakiemuś dziwnemu dogmatowi, karanie za zniesławienie ma być nastawaniem na wolność słowa. Tymczasem aby dokładnie oddać istotę sprawy należałoby raczej powiedzieć, że chodzi o ograniczanie wolności do obrażania, a to już brzmi trochę inaczej, nieprawdaż? Czy gdybym oblepił osiedle Pana Paliwody zupełnie nierozpoznawalnym fotomontażem w którym uprawiałby seks z nieletnimi koleżankami jego córki, też stałby na stanowisku, że karanie za zniesławienie jest zbyt surowe? A gdyby któraś z tych koleżanek, na skutek tych fotek popełniła samobójstwo, to również bylibyśmy tacy wyrozumiali? Niedawno temu dziewczyna rzuciła się z okna, bo kolega rozesłał mms-ami zdjęcia gdy całowała się z jakimś chłopakiem. To oczywiście sytuacja skrajana, ale dobre prawo, to takie które i takie sytuacje potrafi przewidzieć.
Art.212 k.k. penalizuje bowiem czym naganny, jakim jest pomówienie, kłamliwe okrycie kogoś złą sławą. Nie wiem jak dla towarzystwa z tej demonstracji, ale dla mnie pomówienie to czyn zdecydowanie haniebny, choć jak patrzę nad taką blogerkę Śpiewkę w salonie, to rzeczywiście może nie dla wszystkich jest to tak oczywiste.
O tym czy ktoś zostanie za zniesławienie skazany zdecyduje niezawisły sąd a tzw. luz decyzyjny to elementarna podstawa działania wymiaru sprawiedliwości, gdzie sędzia odnosząc się do konkretnego przypadku wymierza rodzaj i wysokość kary, a przepisy w ten sposób są elastyczne. I wszystkim tym, którzy twierdzą, że sądy są w Polsce sprzedajne, przypominam argumenty jakie podnosili przy uchylaniu immunitetu posłance Ostrowskiej (że to niezawisły sąd postanawia o areszcie) oraz, to że większość z tych osób chciałaby w Polsce wprowadzenia kary śmierci. Trzeba więc się moi drodzy zdecydować, albo co do zasady ufamy sędziom dajemy im prawo aresztowania posłów, nawet skazywania na karę śmierci, albo nawet w przypadku zniesławienia sądom nie ufamy. Tylko w takim przypadku czekam na propozycję lepszych rozwiązań, których jak do tej pory ludzkość nie wymyśliła.
Przeciwnicy art.212 k.k. twierdzą, że wystarczająca jest ochrona jaką zapewnia procedura cywilna, gdyż nic tak nie boli jak ostre trzepnięcie po kieszeni. Czy aby na pewno? Czy Axel Spronger czy Agora, naprawdę będą płakać gdy zarobią majątek na publikowaniu odcinku "Dramatów w trzech aktach" z Panem Pineiro, albo fotosów z gejowskiego klubu, gdzie bracia Kaczyńscy tarzają w skórzanych obrożach. Czy rzeczywiście przebogate dziennikarskie wydawnictwa będą miały jakieś hamulce, skoro jedynym ograniczeniem będą tylko pieniądze?
Zwłaszcza, że w polskim systemie prawnym nie ma odszkodowań karnych. Sąd orzekając odszkodowanie kompensuje szkodę, zarówno tą materialną jak i niematerialną (krzywdę). Odszkodowanie wyliczane jest więc w granicach tej szkody i nawet przy wyrównaniu krzywdy sąd co prawda arbitralnie orzeka wysokość zadośćuczynienia, ale nigdy odszkodowanie nie może być orzeczone jako kara za dany czyn.
To właśnie nas różni od systemu anglosaskiego, gdzie odszkodowanie w procesie cywilnym może opiewać na grube miliony, gdyż oprócz realnej szkody Czy to materialnej czy niematerialnej, ma również na celu ukaranie sprawcy, wię kwoty jakie padają bywają astronomiczne (vide ponad miliard zasądzone koncernom tytoniowym). Dlatego Amerykanie mogą sobie rezygnować z art.212 k.k. bo gdy ktoś na poważnie napisze o Bushu, że spotkał się z Ałganowem, to już może się zacząć pakować i powoli ogłaszać bankructwo. U nas takiej ochrony nie ma. Zresztą to nawet dobrze, gdyż degeneracja tego systemu, gdzie karze się za to, że nie ma etykietki, iż sprzedawana kawa może być gorąca, doprowadza do sytuacji wręcz kuriozalnych.
Odrzucając więc art. 212 k.k. zostajemy więc z ręką w nocniku, gdyż ani procedura karna, ani cywilna nie są w stanie ochronić nas przed kimś kto jest na tyle bogaty, by tą realną szkodę spłacać nam niemal co miesiąc. A o potędze medialnej chyba nikogo przekonywać nie trzeba, wystarczy poszukać kto był pierwowzorem „Obywatela Kane’a”
Tymczasem groźba odpowiedzialności karnej, jest tym co może powstrzymać dziennikarza przed pisaniem kompletnych bredni, gdyż o ile wydawnictwo jest w stanie zapłacić za niego odszkodowanie, to Adam Michnik czy Stanisław Janecki za nikogo do więzienia iść nie mogą. To jest ten szczegół, który umyka przeciwnikom art.212.
Podsumowując osobiście uważam, że najlepiej byłoby stosować sankcję pozbawienie wolności tylko w przypadkach recydywy, gdzie sprawca któryś kolejny pomawia o czyny haniebne. W pozostałych przypadkach sama dyskomfort uczestniczenia w procesie karnym i wyrok grzywny (najlepiej wysokiej) tudzież ograniczenia wolności byłby wystarczające. W wielu zawodach świadectwo niekaralności jest świadectwem niezbędnym aby być zatrudnionym, a i fotel wójta, burmistrza czy prezydenta można stracić gdy jest się karanym (dlatego Kaczyński przepraszał Gudzowatego w ugodzie).
To tyle o art. 212, zgadzam się zaś z tym, że niepokazanie demonstracji było świństwem i głupotą wszystkich serwisów. Tak jak zdanie Pana Pospieszalskiego, że na tej demonstracji było tak jak w czasach zadym z okresu Solidarności.


Komentarze
Pokaż komentarze (44)