Jerzy Stachowicz miał kupę szczęścia w życiu. Robił to co lubił, a że robił to dobrze, wciąż awansował. Owszem, czasami zdarzało się, że musiał zostać po godzinach, szef okazał się świnią, a klienci mu pyskowali. Ale któż z nas nie miał w pracy takich kłopotów.
W pamiętnym roku 89 do pełni szczęścia brakowało mu tylko glejtu, który potwierdziłby jego służbę dla ukochanej Ojczyzny. Glejt owy wydawano w tzw. komisji weryfikacyjnej, w której weryfikatorzy (jak choćby Pan Fijak od Jana Rokity), z troską i zadumą zagłębiali się w teczki, studiując poszczególne przypadki. Ale jak się okazuje, teczek nie studiowali wszyscy, bo jeden z weryfikatorów, niejaki Wassermann, nie tylko w teczki Stachowicza nie zajrzał, ale nawet Stachowiczowi nie zadał pytań. Ba, nie tylko nie zadawał pytań, ale to jego pytano. Widać weryfikator Wassermann musiał tam robić za świadka, albo za faceta od parzenia kawy, co tylko potwierdza, jak użyteczny i wszechstronny potrafi być ten PRL- owski prokurator. I właśnie owa, swoista użyteczność Wassermanna, połączona z zadumą Fijaka, okazały się szczęściem dla Jerzego Stachowicza, gdyż upragniony glejt dostał.
Mijały lata, Jerzy Stachowicz znów robił to co lubił i znów był doceniany. Tym razem przez znanego i lubianego mecenasa Widackiego, asa nad asy krakowskiej palestry. Ale pech chciał, że jacyś źli ludzie, pewnie z zazdrości, mieli na Stachowicza donieść. Widać nie obce im są ubeckie zagrywki. Jak powiedział, znany z bystrości umysłu, poseł Mularczyk, opozycjoniści informowali szefa komisji sejmowej d.s. nacisków na służby specjalne – Andrzeja Czumę, o jakiś brzydkich sprawkach Stachowicza z przeszłości.
Pytanie tylko dlaczego nie informowali o tym samego Mularczyka? Przecież gdyby Pan poseł, usłyszał co robił Stachowicz, od razu za głowę by się wnet złapał, pobiegł do mediów i pisał kolejny wniosek o odwołanie eksperta komisji. Wszak swój pierwszy (i jedyny) wniosek o odwołanie Stachowicza, uzasadniał jedynie tym, że Pan Jerzy był pracownikiem aparatu bezpieczeństwa PRL, nie podając jednakże żadnych szokujących przykładów dawnej działalności naszego eksperta. Dlaczego więc opozycjoniści szczęśliwie nie trafili do gabinetu posła Mularczyka i w ogóle dlaczego wzgardzili wszystkimi politykami PiSu, szepcząc tylko do ucha Czumy, trudno odgadnąć. Fakt, faktem, że przez wiele miesięcy sprawa szczęśliwe nie docierała do żadnych mediów.
Choć może właśnie nieszczęśliwie i wszystko miało wypłynąć za parę tygodni, gdy przesłuchiwani będą coraz to ciekawsi świadkowie?


Komentarze
Pokaż komentarze (40)