Uff, nagrody Fikusa rozdane. Bałem się trochę, że po tym jak w zeszłym roku z kapituły nagrody odeszli członkowie rodziny Dariusza Fikusa, a Paweł Lisicki wyrzucił z niej dotychczasowych laureatów (poza ubiegłorocznymi – Skowrońskim, Młodkowskim) to prestiż nagrody może nieco ucierpieć. Wszak nie darmo niezależni publicyści przestrzegali przed kradzieżą nagrody Kisiela. Na szczęście nic się takiego nie stało i przykładowo w tym roku, pośród nominowanych publicystów gazetowych był pełen pluralizm. A mianowicie ks. Gancarczyk z „Gościa Niedzielnego” oraz Panowie: Magierowski i Rosiak z „Rzeczpospolitej”. Prestiż nagrody nie ucierpiał, ale też i naczelny postawił na swoim, to jest wprowadził, jeżeli nie nowe, to chociaż sprawdzone standardy. Tryumf dziennikarskiej odwagi – tak opisano to w dzisiejszej Rzepie, i rzeczywiście odwaga to była nie lada. Gdy swego czasu patrzyłem jak Wyborcza obrzydliwie boi się uznawać tylko swoich i wręcza Nike Jarosławowi Rymkiewiczowi, to pomyślałem sobie, że jednak ten bożek konfliktu interesów urósł już do monstrualnych rozmiarów. Redaktor Lisicki taki zachowawczy na szczęście nie jest i za film Trzech kumpli, oprócz reżyserek, uhonorował także… Bronisława Wildsteina, choć zdaje się, że wysoką oglądalność zapewnił akurat nie ten „kumpel”, tylko ten drugi.
– Jak to się dziwnie plecie. Bezpośrednim impulsem do zrobienia filmu stało się wyrzucenie Bronka z "Rzeczpospolitej", a teraz wspólnie dostajemy nagrodę – mówiła Ewa Stankiewicz. – czytamy w Rzepie. I rzeczywiście, jak to się dziwnie plecie, zmienia się minister Skarbu i zmienia się naczelny, zmieniają się kapituły i zmieniają się nagrodzeni, zmienia się Zarząd Radia, zmienia się dyrektor, zmienia się ramówka, dziennikarzy wyrzucają, przywracają, zwalniają, uzupełniają, spuszczają – zupełnie jak w jakimś Trzecim Świecie.
Rzekłbym nawet w Gabonie, gdyby nie fakt, że Gabon to (od wczoraj) brzmi dumnie. Dumnie, zwłaszcza dla posła Niesiołowskiego, który mógłby się nawet nazwać dumnym obywatelem Gabonu albo zakrzyknąć: jestem Gabończykiem, gdyby nie fakt, że to człek kulturalny, nie krzyczy, po murach nie skacze, a i rzadko się ślini. A swoją drogą prezes Kaczyński, który ową Gabon-aferę nam wywołał, miał nawiązywać kontakty z Afryką, mówił nawet o tym w swoim expose. Chyba nie kłamał i nie drwił z narodu. No więc jak miał nawiązywać, to nawiązuje - minister Ziobro twierdził, że w Zimbabwe grają w piłkę na klepiskach (widzieliście kiedyś Zbyszka na jakimś meczu?), a prezes Kaczyński porównuje Gabon do Marsa. Choć co do tego Marsa to do końca nie wiadomo czy chodzi, że Gabon to też czerwona planeta czyli same komuchy, czy że tam sami mężczyźni (kobiety są z Wenus), a więc homopropaganda. Nie wiadomo też czy zestawienie Polski z Gabonem jest uprawnione czy jednak nie jest. Ale obecny rząd na pewno już nad tym pracuje a minister Pitera raporcik smaży, jak nie przymierzając jakiegoś dorsza. Zwolennicy tezy, że Polska to postkolonialny Trzeci Świat, gdzie WSI robi za juntę, powinni rzec, że i owszem, Polska się od Gabonu niczym szczególnym nie różni. Tylko orzeszków (o rzesz ku…) trochę więcej w tramwajach i na ulicy. Ale przecież gdyby premier Wielkiej Brytanii rzekł, że groźba napaści na Wyspy jest tak samo prawdopodobna, jak napaść Gabonu, Polski, albo Marsa, to chyba notom protestacyjnym nie byłoby końca. Na szczęście, dziś już by tak nie powiedział, bo właśnie co Bank Anglii ma stymulować popyt inflacją, a dokładnie drukowaniem banknotów opiewających na miliardy funtów, więc się najazdu Gabonu nie muszą obawiać, bo mają Gabon, Polskę i cały Trzeci Świat właśnie u siebie.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)