To był jednak cud. Z początku nikt nie chciał uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Wprawdzie rok wcześniej Jan Paweł II zakończył swoją warszawską homilię zawołaniem: „Niech zstąpi duch Twój i odmieni oblicze ziemi, tej ziemi”, ale zgromadzonym na placu Piłsudskiego(wtedy Wolności) przesłanie to wydawało się raczej pobożnym życzeniem, piękną figurą retoryczną. A tu nagle stało się…
Wcześniej nie było w nas wiary i nadziei na to, że stłamszeni i uwikłani w codzienną, szarą stabilizację i na swój sposób demoralizowani przez komunę, w zasadzie pogodzeni ze swoim losem, jesteśmy zdolni do wspólnego buntu. Że chcemy i potrafimy ze sobą rozmawiać, i co więcej, że w sprawach zasadniczych myślimy i czujemy podobnie. To było odkrycie Sierpnia. A gdy podnieśliśmy się z kolan i wyprostowali, to zobaczyliśmy, że są nas miliony. Wtedy poczuliśmy siłę i moc. I w zbiorowym uniesieniu i zachwycie uznaliśmy, że wspólnie możemy zmienić Polskę w kraj idealny, na miarę naszych marzeń. Dominował duch prometejski i niepotrzebny był nam Tytan - sami go stworzyliśmy i nazwali Solidarnością.
Chodziło nam o sprawy proste, ale podstawowe. O Polskę i jej suwerenność, która – wtedy dla wszystkich było to oczywiste - jest przecież najważniejsza. Chodziło nam o prawdę, również tę historyczną, żeby wyparła z przestrzeni publicznej wszechobecne kłamstwo. Chodziło nam o respektowanie praw człowieka, o demokrację, o prawo do godnego życia, o pochylenie się nad człowiekiem skrzywdzonym, o uczciwość i zwykłą przyzwoitość. I o solidarność (już z małej litery), która połączyła w ciągu tych pamiętnych 16 miesięcy większość Polaków i uczyniła z nas - kto wie, czy nie po raz pierwszy w tysiącletniej historii - świadomy swojej podmiotowości i wspólnego celu naród.
Wszystko co napisałem brzmi z obecnej perspektywy nieco patetycznie, ale - tu będę bronił swoich wspomnień – tamten czas był, co tu dużo gadać, przesiąknięty patosem. A nawet pewną zbiorową egzaltacją. Spodobało się nam, że skoro wokół jest tylu odważnych, mądrych, szlachetnych i wspaniałych ludzi, a my działamy razem z nimi - to też tacy jesteśmy. Wiedzieliśmy, że zajmujemy się sprawami dla Polski najważniejszymi i racja jest po naszej stronie. Specjalnie nie przejmowaliśmy się marudzeniem malkontentów, że komuna łatwo nie odpuści i może nam skoczyć do gardła.
13 grudnia okazało się jednak, że to malkontenci mieli rację. Komuniści nie zawahali się wypowiedzieć wojny praktycznie całemu narodowi, a my, ludzie Solidarności, nie byliśmy ani organizacyjnie, ani mentalnie przygotowani na taki atak. Stan wojenny pokazał, że komunistyczny tyran okazał się silniejszy od 10-milionowego tytana, choć byli wśród nas i tacy, którzy w obronie Solidarności zgodnie z ideą prometejską „rzucili swoje życie na stos”. Większość jednak rozeszła się do domów, a zbudowane ad hoc struktury podziemne Solidarności, z początku w miarę liczne, z czasem zaczęły się kruszyć. Ludzie wrócili do szarego życia. Generał Jaruzelski odniósł pełną victorię. Udowodnił, że wcale nie jesteśmy - jak jeszcze niedawno o sobie myśleliśmy - tacy wspaniali, tacy odważni, tacy solidarni. A także wierni. Natomiast marzenia o wolnej Polsce powinniśmy sobie raz na zawsze wybić z głowy, bo oni władzy zdobytej nigdy nie oddadzą.
Po paru latach na szczęście stało się inaczej, ale to już całkiem inna historia.
Gdy teraz młodzi ludzie pytają mnie, czym była tamta Solidarność, przekazuję im krótką informację. Wiosną 1981 roku warszawscy kierowcy autobusów ogłosili pogotowie strajkowe z jednym tylko postulatem: podniesienia uposażeń pielęgniarkom. I już własne wspomnienie, dobrze ilustrujące klimat tamtych miesięcy: któregoś dnia zepsuł mi się w łazience kran. W sąsiedztwie budowali blok, znalazłem tam starszego wiekiem hydraulika i poprosiłem, żeby wpadł do mnie po pracy. Obejrzał, stwierdził, że potrzebna jest jakaś część. Umówiliśmy się, że wpadnie za dwa dni, ja objechałem wszystkie możliwe sklepy w poszukiwaniu zepsutej części – bezskutecznie. Gdy się ponownie pojawił, w akcie rozpaczy zasugerowałem, że przecież skoro pracuje na budowie, to może jakoś „zorganizuje” ową część, zapłacę każde pieniądze. W tym momencie spojrzał na mnie i wskazując na maleńki przypięty do ubrania roboczego znaczek, powiedział jakby się usprawiedliwiając: „ja już więcej fuchów robić nie będę, ja jestem z Solidarności”...
Obydwie historyjki brzmią dziś jak bajki o żelaznym wilku. A ja się zastanawiam, co stało się z milionami wielbicieli Sentymentalnej Panny S. Dlaczego niektórzy dzisiaj wypowiadają się o niej wrogo, inni bez jakiegokolwiek sentymentu, a największa grupa po prostu milczy? Czy jest to reakcja na własną postawę w stanie wojennym? A ci, którzy po roku 1989 wkroczyli na polityczny Parnas ze znaczkiem Solidarności w klapie, by potem jak najszybciej go zdjąć - czy chcą zresetować ze swojej pamięci śladową choćby myśl, że w niemałym stopniu dzięki „S” zrobili karierę? I dlaczego jakże piękne słowo „solidarność” praktycznie zniknęło z obiegowej polszczyzny i pojawia się jedynie wtedy, gdy w telewizji przekazywana jest informacja, że sponsorem nagród w programie „Jaka to melodia” jest Spółdzielnia Cukiernicza „Solidarność” ? ..
Wyszło na to, że rację miał Jacek Kaczmarski w swojej piosence, że „Panna S do swych amantów nie ma szczęścia”.
Jednak na szczęście nie do wszystkich.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)