Do obiektywnej oceny minionych wydarzeń – tak twierdzą historycy – potrzeba dystansu i chłodnej analizy, pozbawionej emocji. Nie jestem historykiem i nie zamierzam zakładać takiego gorsetu, gdyż to co się wyczynia, również z udziałem historyków, wokół „stanu wojennego”, a co ma ogromny wpływ na tzw. zbiorową pamięć dotyczącą tego wydarzenia, budzi mój sprzeciw.
Ponieważ mamy do czynienia ze szczególnie zatrutą miksturą - mieszanką hipokryzji i amnezji – zacznijmy od przypomnienia faktów. Otóż przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego zaczęły się zanim jeszcze wysechł atrament na podpisie wicepremiera Jagielskiego złożonym na Porozumieniach Gdańskich. Jest na to nieskończona ilość dowodów, dokumentów, wśród nich oświadczenia płk Ryszarda Kuklińskiego, który był członkiem wąskiej grupy wysokiego stopnia oficerów przygotowujących logistykę tej tajnej operacji. Dziś po latach możemy bez popełnienia błędu stwierdzić, że władze komunistyczne w Polsce podpisały Porozumienia Sierpniowe pod presją okoliczności, ale potraktowały to jako taktyczne, czasowe cofnięcie, nie zamierzając bynajmniej tolerować istnienia niezależnej i rosnącej w siłę organizacji, jaką bardzo szybko stała się Solidarność. Gdyby prześledzić całe 16 miesięcy „solidarnościowego karnawału”, to widać jak na dłoni strategię komunistów: nękanie (kryzys związany z rejestracją Związku), prowokacje (Bydgoszcz), zmasowana propaganda mająca wywołać strach (puszczane w TVP jesienią 1981 r. filmy dokumentalne o masakrze w Budapeszcie w roku 1956) – wszystko, żeby osłabić i zmęczyć przeciwnika. Jaruzelski czekając na dogodny moment do ataku, wysłał wcześniej jak Polska długa i szeroka swoisty zwiad - tzw. wojskowe grupy operacyjne mające na celu spenetrowanie krajowej prowincji. Szykując się do wojny z narodem, Jaruzelski wiedział, że niezbędny będzie jakiś przekonujący pretekst do takiej operacji. I wymyślił: uchronienie Polski przed groźbą wojny domowej. Ponieważ jednak Solidarność przyjęła jako zasadę, metodę walki bez stosowania przemocy (non violence) i w czasie wspomnianych 16 miesięcy nie wyleciała ani jedna szyba, a w używanej przez Solidarność retoryce – aż łza się w oku kręci – nie było języka nienawiści, należało podgrzać atmosferę. Do akcji wkroczyli „nieznani sprawcy” i na framugach drzwi do mieszkań tysięcy członków PZPR, funkcjonariuszy milicji i wojska po=jawiły się tajemnicze „czerwone krzyżyki”.
To na te właśnie „krzyżyki” powoływał się Janusz Przymanowski na pierwszej po wprowadzeniu stanu wojennego sesji sejmowej mającej „klepnąć” dekret o stanie wojennym. -Solidarność szykowała nam krwawą łaźnię – grzmiał wymachując jakimiś kartkami z trybuny sejmowej autor „Czterech pancernych i psa”. - Na listach znaleźli się nie tylko członkowie naszej partii, ale również ich rodziny, a w instrukcji o ich likwidacji Solidarność prześcignęła w swoim okrucieństwie nawet Dżyngis-chana. I zaraz wyjaśnił. – Dżyngis-chan kazał zabijać dzieci płci męskiej, jeżeli były wyższe od kół rydwanów używanych przez Mongołów, co odpowiadało mniej więcej czternastolatkom. Solidarność zamierzała mordować dwunastolatków. Generał Jaruzelski uratował kraj przed wojną domową – zakończył wśród oklasków. Tych słów jakoś nikt nie chce dzisiaj pamiętać.
Po roku 1989 gen. Jaruzelski, który został pierwszym prezydentem III Rzeczpospolitej, już nie wracał do wojny domowej – zaczęła obowiązywać nowa legenda. Tym razem generał miał nas rzekomo uchronić przed jeszcze gorszym kataklizmem: wkroczeniem do Polski Armii Czerwonej z wszystkimi trudnymi do wyobrażenia konsekwencjami. Tylko, że tak jak wcześniej nie udało się choćby na jotę udowodnić zbrodniczych zamiarów Solidarności, tak również i teraz teza, a raczej hipoteza generała zaczęła się pruć pod naporem faktów. Bo ujrzały światło dzienne dokumenty z posiedzeń Biura Politycznego KPZR, stenogramy z rozmów Z Breżniewem, Andropowem i innymi, z których jednoznacznie wynikało, że Jaruzelski otrzymał jednoznaczne stwierdzenie, iż Związek Sowiecki w Polsce interweniować wojskowo nie będzie. Co więcej - z dokumentów tych dowiadujemy się, że Jaruzelski wręcz usilnie zabiegał o otrzymanie zapewnienia, że jeżeli będzie miał kłopoty w rozprawieniu się z Solidarnościa, to Sowieci przyjdą z pomocą. I na taką prośbę otrzymał odpowiedź wymijającą. Wydawałoby się, że jednoznaczność dokumentów z archiwum kremlowskiego, a także wypowiedzi marszałków i generałów sowieckich udzielone dwie dekady później, potwierdzające, iż w grudniu 1981 roku nie groziła Polsce sowiecka interwencja, uczynią z zapewnień generała pustą gadaninę. A jednak tak się nie stało i do dzisiaj wielu polityków (nie tylko z SLD), a także, o dziwo, historyków, poważnie traktuje zapewnienia generała, że dokumenty, dokumentami, ale on doskonale znał „radzieckich” i wiedział, że musi wprowadzić stan wojenny, żeby uratować Polskę.
Te – jak by powiedział Tyrmand – niechlujne brednie wciąż traktowane są na poważnie. A przecież wyjaśnienie jest banalnie proste: w roku 1981 Jaruzelski i jego kamaryle wprowadzili stan wojenny w obawie, że większość Polaków zorganizowanych w Solidarności zakwestionuje monopol komunistycznej władzy. To, że 8 lat później, w zupełnie innych już okolicznościach w Europie środkowo-wschodniej, zaczęły się przemiany, nie może w najmniejszym stopniu podważyć sformułowanej tezy, natomiast szczęście czy intuicja Jaruzelskiego wyrażającego zgodę na Okrągły Stół uratowała go być może przed losem Nicolae Ceausescu.
x x x
Są w naszej historii wydarzenia, z których jesteśmy dumni: zwycięstwa militarne(Grunwald, Wiktoria Wiedeńska, Bitwa Warszawska), Unia Polsko-Litewska, tolerancja religijna, podwaliny systemu demokratycznego epoki jagiellońskiej, Konstytucja 3 Maja, osiągnięcia II Rzeczpospolitej(COP, Gdynia). Są również wydarzenia, które powodują skurcz serca, budzą grozę: rzeź Pragi, los powstańców styczniowych, Powstanie Warszawskie, Holocaust, Katyń i ostatnio – tragedia smoleńska. Ale są również wydarzenia, które budzą wstyd. Takim najbardziej utrwalonym w świadomości zbiorowej Polaków wstydem jest Targowica. Słowo to nawet weszło do języka potocznego i stało się synonimem zdrady. A przecież ci, którzy przystąpili do Konfederacji Targowickiej mieli też swoje argumenty (wystarczy sięgnąć do materiałów źródłowych), co więcej – nie wszyscy byli renegatami i niektórzy działali w swoim przekonaniu z pobudek patriotycznych. A jednak pozostali po wsze czasy – zdrajcami. I na taką ocenę nie trzeba było czekać aż trzydzieści lat (polecam XII księgę „Pana Tadeusza”)
Wspominam o argumentach i motywach targowiczan, bo one – acz bardziej spójne i logiczne od argumentów Jaruzelskiego – nie tylko nikogo z potomnych nie przekonały, ale nie uznano ich za okoliczności łagodzące.
Tekst z czasopisma "Prawda jest ciekawa"
Inne tematy w dziale Kultura