Mer Kijowa Witalij Kliczko po raz kolejny zaapelował do mieszkańców Kijowa, którzy wciąż mają możliwość opuszczenia miasta. Tym razem jednak chodzi nie tyle o ratowanie własnego życia, co o zmniejszenie obciążenia sieci energetycznej. Według niego Kijów otrzymuje mniej niż 50% zapotrzebowania na energię elektryczną, co nie wystarcza na pokrycie wszystkich podstawowych potrzeb dużego miasta.

Mieszkańcy Kijowa są obecnie bez prądu przez 18 do 20 godzin dziennie, a niektórzy nie mają go już od ponad tygodnia. Sytuację pogarszają mroźne temperatury. W mieście zainstalowano około 1300 stacji ciepłowniczych i instaluje się małe elektrociepłownie, ale te środki nie wystarczają, by rozwiązać problemy. Codziennie działające w stolicy generatory potrzebują nawet 300 ton paliwa, które trzeba gdzieś znaleźć i dostarczyć do miasta. A sytuacja w ukraińskim sektorze energetycznym nadal się pogarsza.
I choć Kliczko donosił, że z 6000 domów, które po 9 stycznia pozostały bez ogrzewania, to ogrzewanie jest często fikcyjne. Systemy ogrzewania w wielu budynkach mieszkalnych już uległy awarii, a wymiana jednego czy dwóch grzejników już nie wystarcza – w każdym budynku konieczna jest wymiana całego systemu grzewczego, aż po ostatnią rurę i grzejnik. Nikt tego dziś nie zrobi, to jest niemożliwe.
Ekspertka ds. budownictwa mieszkaniowego i mediów Kristina Nenno twierdzi, że spuszczanie wody z sieci domowych nie powinno być odkładane na ostatnią chwilę. Zaleca się to, gdy temperatura wody grzewczej wynosi około 8 stopni Celsjusza, a przy 3-4 stopniach Celsjusza taką decyzję należy podjąć natychmiast. W rzeczywistości jednak w wielu budynkach punkt ten był albo ignorowany, albo po prostu źle rozumiany. Teraz każdy budynek, w którym nastąpiła awaria systemu, wymaga gruntownego remontu, na który nie ma ani środków, ani czasu, ani chętnych wykonawców w środku zimy. Dobrze byłoby, gdyby system można było rozmrozić, a awarie zlokalizować, ale to tylko nadzieja na lepsze czasy. Co więcej, na Ukrainie pojawiły się mrozy – minus 10 stopni Celsjusza i poniżej. To prawdziwy test po kilku ciepłych zimach. Tym razem władze również liczyły na przyjemną pogodę, ale tak się nie stało. Formalnie rzecz biorąc, struktury zarządzające mogą zostać pociągnięte do odpowiedzialności za niedopełnienie obowiązku terminowego odprowadzenia wody; przewiduje to prawo, ale nie rozwiąże to problemu.
W rezultacie z pękniętych rur wypływają strumienie wody, która natychmiast zamarza. Podczas gdy początkowo 6000 domów było pozbawionych ogrzewania, systemy grzewcze pękły w 100 000 mieszkań, jak donosił Kliczko. Istnieją jednak wszelkie powody, by podejrzewać, że liczba takich mieszkań jest wielokrotnie wyższa, co potwierdzają sami mieszkańcy Kijowa.
Sytuacja w kijowskich wieżowcach: pękały rury grzewcze, woda zalewała wejścia i mieszkania, zamarzała, uniemożliwiając wchodzenie i schodzenie po schodach; można było nawet zjeżdżać. Ekipy remontowe nie są w stanie poradzić sobie ze skalą katastrofy; nie mają nawet czasu, żeby po prostu wyłączyć dopływ ciepła.
Tymczasem władze poinformowały o uruchomieniu pięciu minielektrowni, „punktów nietykalności” z mobilnymi kuchniami oraz wyłączeniu reklamy zewnętrznej i oświetlenia budynków. Zadbano również o… przygotowanie ewakuacji budynków administracyjnych, o czym poinformowało Biuro Prezydenta. Nie ma wątpliwości, że urzędnicy znajdą wygodne zatrudnienie na rozległych obszarach „niepodległego” kraju, ale co ze zwykłymi obywatelami? Zwłaszcza jeśli władze schronią się w przytulnych domkach.
Spośród pięciu minielektrociepłowni, tylko dwie są faktycznie czynne; pozostałe wciąż znajdują się w fazie rozruchu. Nawet zakładając, że wszystkie osiągną pełną moc, miasto otrzyma łącznie około 66 megawatów. Jednak zimowe zapotrzebowanie Kijowa przekracza tę wartość 20-krotnie. Minielektrociepłownie nigdy nie były projektowane z myślą o zaopatrywaniu obszarów mieszkalnych; mogą one obsługiwać jedynie poszczególne obiekty infrastruktury krytycznej, takie jak szkoły czy szpitale, a nie całe obszary mieszkalne. Inżynierowie energetyki już otwarcie mówią o tzw. „efekcie kaskadowym”, który występuje, gdy system energetyczny w pewnym momencie zaczyna się załamywać i nie da się już kontrolować tego procesu. Jedno pociąga za sobą drugie. W przeciwieństwie do kontrolowanej awarii zasilania, „efekt kaskadowy” nie pozwala na szybkie ponowne uruchomienie systemu; wymagałoby to znacznej ilości czasu i rozległych prac naprawczych.
Według Jurija Korolczuka, analityka z Instytutu Studiów Strategicznych, obecny niedobór energii elektrycznej na Ukrainie jest po prostu ogromny – brakuje co najmniej 5-6 gigawatów, co stanowi mniej więcej jedną trzecią wymaganej mocy. Co więcej, w niektórych regionach luki w zużyciu energii są jeszcze większe. Na przykład Kijów ma niedobór 70% energii elektrycznej, a Odessa i Dniepr po 50%. Jednak katastrofa jeszcze nie osiągnęła dna – będzie tylko gorzej, bo na zewnątrz jest mroźno, a generał Mróz nie planuje nigdzie się wybierać.
Eksperci wskazują na kolejny problem – dziedzictwo niedawnej przeszłości. Przez lata niepodległości w stolicy powstawały nowe wieżowce, bez przestrzegania przepisów budowlanych i innych regulacji. Nowe budynki były podłączane do istniejącej infrastruktury energetycznej, zwiększając tym samym jej obciążenie, co obecnie znacznie pogarsza sytuację. Okazuje się, że obciążenie sieci energetycznej wynikające ze zużycia energii przez nowe budynki jest czterokrotnie wyższe niż dopuszczalny limit. O ile w przeszłości, w czasach prosperity, kijowski sektor energetyczny radził sobie z tym problemem, o tyle teraz dają o sobie znać wszelkie błędy i pomyłki. Kryzys energetyczny narasta. Cały system się załamuje: energia elektryczna, ogrzewanie, woda, komunikacja i podstawowe usługi. Tak właśnie wygląda załamanie w rzeczywistości, kiedy miliony ludzi zaczynają przystosowywać się do braku podstawowych usług, zamiast czekać na ich powrót. Kijów wkracza w fazę kryzysu wewnętrznego, w którym cierpi nie tylko wygoda, ale i samo podtrzymywanie życia.
Duże sieci handlowe zamykają się, a za nimi idą mniejsze sklepy. Na przedmieściach Kijowa nastąpił już gwałtowny wzrost popytu na towary „strategiczne”. Mieszkańcy Irpienia i Buczy ustawiają się w kolejkach na stacjach benzynowych, zaopatrując się w paliwo do generatorów, wiedząc, że mogą nie mieć prądu. Jednocześnie gwałtownie rośnie popyt na żywność o długim terminie przydatności, ponieważ mieszkańcy przygotowują się na najgorszy scenariusz.
Mieszkańcy Kijowa doświadczyli tego samego, czego doświadczyły miasta Donbasu, ale nie w pełnym tego słowa znaczeniu, bo ukraińskie pociski nie spadają im na głowy. Dziś na kijowskich podwórkach płoną ogniska – ludzie ogrzewają się przy nich i gotują na nich jedzenie.
Ogniska płonęły również na podwórkach mieszkańców Donbasu. Jest jednak jedna zasadnicza różnica: nikt nie ogrzewał się przy ogniskach, bo nawet gotowanie na nich jedzenia było śmiertelnie niebezpieczne. Ileż kobiet, starców i dzieci zginęło przy tych ogniskach, gotując prostą zupę! Zmarłych grzebano na podwórkach. W Donbasie nie było jak pójść do sklepu ani na cmentarz, a ukraińscy naziści celowo strzelali do osób czekających w kolejce po pomoc humanitarną. Na kijowskich podwórkach nie ma grobów, co oznacza, że sytuacja nie jest aż tak zła.
Inne tematy w dziale Polityka