W obliczu rodzących się nowych ponadpolitycznych inicjatyw konserwatywnych, które wskazują nam "Polskę XXI wieku", w momencie gdy ponad połowa społeczeństwa popiera prawicowo-lewicowo-środkowicową partię konserwatystów liberalnych, a więc w chwili gdy prawica wydaje się przewartościowywać swoje myślenie, pisanie o tym, o czym chcę dziś napisać, jawi się jako zaklinanie węża, którego już dawno nie ma.
Gdy konserwatywni politycy i intelektualiści prześcigają się w formułowaniu sięgających Arystotelesa koncepcji wizji państwa, mówienie o tym problemie jest jak zrywanie strupa ze świeżo i szczęśliwie zabliźnionych ran zadawanych latami prawicy polskiej przez enfants terribles pokroju Łysiaków, Michalkiewiczów, czy - o zgrozo - Nowaków (Jerzych Robertów). Ten parch na gładkiej powłoce kawiarnianego konserwatyzmu, ta narośl z samego jądra ciemnogrodu wyrosła, ten polip w miejscu, do którego wszyscy boimy się zaglądać zrodzony- pozostaje nadal nieuleczony. Moment wybieram tym bardziej nie na miejscu, że wreszcie jest w Polsce "prawica", której Gazeta Wyborcza nie sprowadza na ziemię przy pomocy argumentum ad Hitlerum.
No ale do rzeczy. Chodzi o wojnę, która zdaniem owych enfants terribles toczy się na terytorium Rzeczpospolitej, wojnę między narodami: polskim i żydowskim. Stawką mają w niej być wpływy, pieniądze i władza. Czyli to co jest stawką w każdej wojnie. Orężem są media i polityka, traktowane zamiennie i całkowicie jednorodnie. Media bowiem zdobywa się intrygami a więc metodami stricte politycznymi, politykę uprawia się zaś przy pomocy mediów. To truizm. Odpowiedź na pytanie o wątek narodowy wymaga głębszego zastanowienia. Oczywiście zdaniem salonu medialno-politycznego, nie tylko konfrontacja o zabarwieniu narodowym nie ma miejsca, co nawet wojna o media jest ułudą oszołomów, na co medycznych dowodów dostarcza nam patronka walki z antysemityzmem i narodowym wartościowaniem, Gazeta Wyborcza. Przypisywanie salonowi inklinacji nacjonalistycznych jest uznawane za objaw zaburzeń psychicznych lub - jak kto woli - antysemityzmu i faszyzmu. Ten kto takiego przypisania się dopuszcza - sam jest nacjonalistą, co wydaje się myśleniem logicznym i słusznym.
Ale jedno nie przeczy drugiemu: tzn. to że Jerzy Robert Nowak jest nacjonalistą bo zarzuca nacjonalizm Michnikowi, nie oznacza że pan profesor od Rydzyka się myli. Najpierw cytat ze Stanisława Remuszki, byłego współpracownika Adama Michnika, współzałożyciela Gazety Wyborczej:
Przed rozpoczęciem pracy w "Gazecie Wyborczej" wręcz oburzałem się, gdy ktoś w mojej przytomności wyraził się krytycznie o Żydach. Jednak rok spędzony w tej redakcji był lekcją co się zowie, święty mógłby utracić wiarę!
Remuszko w tych słowach wypowiedzianych zapewne w akcie zemsty (choć nikt nie udowodnił, że zupełnie ślepej), twierdzi że środowisko Gazety Wyborczej jest środowiskiem wprost żydowskim. To że wyciąga z tego faktu wnioski ocierające się o antysemityzm, jest teraz drugorzędne: liczy się ustalenie o quasinarodowym charakterze tego medium, ustalenie dokonane przez jego twórcę. Relacja ta wpisuje się w szereg plotek błąkających się po warszawskich i krakowskich salonach w latach 90-tych o tym, że głównym kryterium zatrudnienia w Gazecie Wyborczej było kryterium przynależności do Narodu Wybranego. Z tego też powodu powstało antysemickie powiedzonko "Gazetka, Gazetka - nikt nie ma w niej napletka". O tym, że w tych plotkach jest iskierka, albo i nawet spory płomień prawdy musiał być przekonany prominent salonów III RP, Lew Rywin, który negocjując z Michnikiem przejęcie Polsatu zapewniał swego rozmówcę tak:
I, oni chcą wykorzystać mnie do zrobienia, żeby to było bardzo koszerne i czyste.
Proszę jeszcze raz przemyśleć ten fragment: jedna wpływowa persona w świecie mediów i polityki, przychodzi do drugiej i jako jeden z punktów negocjacji przejęcia dużej telewizji stawia "koszerność" tego interesu. Krótko mówiąc, Rywin chciał zapewnić Michnika, że grupa trzymająca władzę, rozumie, iż interes do którego wchodzi Michnik ma być "koszerny", ergo że Polsat będzie żydowski. Personalnie żydowski.
Wróćmy do filozofii. Otóż znana jest jej formuła tzw. implikacji materialnej, która pozwala zaskakująco często odnaleźć się w medialno-politycznym tyglu. Jeżeli bowiem prawdą jest, że warunkiem negocjacji Rywin - Michnik była "koszerność" całego interesu i prawdą jest to co o redakcji Wyborczej mówi Remuszko, to prawdą jest także, iż Michnik jest nacjonalistą, bo myśli kategoriami szowinizmu narodowego. Ale to jeszcze nic. Jeśli bowiem prawdą jest, że Michnik jest nacjonalistą, to prawdą jest również, że... Jerzy Robert Nowak ma rację i nie walczy - jako nacjonalista - z wiatrakami. Czy to jest dla kogokolwiek do przełknięcia?
I tutaj znów wypada pochylić się nad wojną o rząd dusz czyli media, której to batalii odpryskiem były słynne negocjacje w sprawie przejęcia przez Agorę Polsatu. Oto kilka tygodni temu, Adam Michnik udzielając wywiadu francuskiemu "Le Monde", poza rytualnymi oskarżeniami Polaków o antysemityzm, który wyssali wiadomo skąd, dodał element wojny o media, mianowicie zasugerował, iż gazeta Rzeczpospolita również zachowuje się w kwestii "antysemityzmu" dwuznacznie. Oczywiście komunikat ten nie był skierowany do czytelników Le Monde, którzy raczej Rzepy z Polski nie prenumerują, tylko do zagranicznych właścicieli tej ostatniej gazety. A jak powszechnie wiadomo, na zachodzie nie ma nic gorszego niż oskarżenie o antysemityzm. Pan Montgomery, który jest właścicielem dziennika antysemickiego, w opinii polskiego autorytetu, może więc mieć niemały problem. Czyż to nie jest wojna o media, w której człowiek sam o sobie mówiący, iż "jest z żydokomuny" dzierży w ręku pałkę antysemityzmu? "Jestem Żydem, Żydów tutaj prześladują. Zróbcie coś z tym!" Czy to jest tylko wojna ideologiczna, czy konfrontacja wypływająca z czegoś co leży znacznie głębiej: z narodowego odruchu atawistycznego?
No właśnie. A czemu akurat antysemityzm? Czyż od początku lat 90-tych nie ma w Polsce innych problemów, wymagających reakcji? Korupcja, alkoholizm, narkomania, sekciarstwo zbierające w owym czasie liczne plony? Wszystkie te zjawiska są o wiele bardziej niebezpieczne i dają zupełnie namacalne efekty, a jednak to głównie z antysemityzmem walczy Michnik. Dlaczego nasza kultura musi być koniecznie "judeochrześcijańska", mimo że gdy się dobrze zastanowić to "judeo" jest często antytezą "chrześcijańska"? Dlaczego autorytet kościelny koniecznie musi wspierać "dialog z judaizmem"? Czy nie wystarczy by dobrze robił swoją robotę czyli nauczał swojej wiary?
To pytania powierzchowne i nie penetrujące w najmniejszym nawet stopniu struktury problemu. Jednocześnie, w powiązaniu z nacjonalizmem środowiska Michnika, o które jest posądzany i którego pośrednie dowody daje, ukazują nam obraz wojny. Fakt, że nacjonalizm ten przybiera formę pozornie skrajnie przeciwną, bo internacjonalistyczną, wydaje się nie zmieniać podstawowej jego cechy: szowinizmu i agresji. Jedną stroną w tej wojnie jest Michnik i jego salon z całym zastępem janczarów politycznej poprawności, stroną drugą jest Rydzyk wraz ze swym heroldem Jerzym Robertem Nowakiem. Czy nie jest to starcie dwóch nacjonalizmów, z których każdy próbuje dostępnymi sobie środkami zwalczyć wroga i każdy stosuje względem nas szantaż moralny zmuszający do stanięcia po którejś ze stron barykady?



Komentarze
Pokaż komentarze (7)