dr Jarosław Tomasiewicz
Chińska Republika Ludowa błyskawicznie przeistoczyła się z cierpliwie czekającego na swą kolej pretendenta do mocarstwowości w globalnego gracza, o którego względy wszyscy zabiegają.Sukces Chin, choć imponujący, nie powinien jednak przesłonić cieni modelu chińskiego.
Dokładnie dziesięć lat temu, gdy rozpoczynała się bushowska Global War on Terror, napisałem o Chinach, że "z pewnością wykorzystają osłabienie Pierwszego Supermocarstwa do wytargowania ustępstw i umocnienia własnej pozycji. Rezultatem może być uformowanie się nowego [...], policentrycznego ładu międzynarodowego" [1]. Nie spodziewałem się, że nastąpi to tak szybko. Chińska Republika Ludowa błyskawicznie przeistoczyła się z cierpliwie czekającego na swą kolej pretendenta do mocarstwowości w globalnego gracza, o którego względy wszyscy zabiegają. Niall Ferguson opisał ten okres jako "Dekadę, w której świat przechylił się na wschód",stwierdzając autorytatywnie: "dobiegamy oto końca 500-letniego okresu zachodniej dominacji" [2]. Tu nie chodzi o fakt, że Chiny rzucają wyzwanie Zachodowi zarówno w kosmicznych zbrojeniach jak w ekspansji gospodarczej na obszarze Afryki [3]. Nie chodzi o to, że to Unia Europejska prosi Chiny o wsparcie finansowe a H. Clinton przyznaje (jak donosi Wikileaks), że Stanom niewygodnie negocjuje się z "własnym bankierem" [4]. Istotą problemu jest wypracowanie przez Chiny modelu rozwoju alternatywnego wobec euramerykańskiego "Konsensusu Waszyngtońskiego", modelu ochrzczonego już mianem "Konsensusu Pekińskiego" [5]. To Azja zaczyna wyznaczać kierunek przemian. Być może przyszłość to świat, w którym rywalizować będą supermocarstwa Indii i Chin, a kraje Europy i Ameryki Północnej sprowadzone zostaną do roli ich drugorzędnych sojuszników.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)