A może tak z innej beczki zająć się "sprawą Wojciecha Sumlińskiego"? Może odłożyć na chwilę analizę decyzji sądu, zachowania Tuska i Ćwiąkalskiego, odliczanie kolejnych kroków powracającej "razwiedki", a zająć się postawą dziennikarzy w całej sprawie?
Bo "sprawa Sumlińskiego" nie zaczęła się w środę, gdy opublikowano jego wstrząsający list, nie zaczęła się we wtorek, gdy sąd zdecydował o areszcie dla niego. Sprawa zaczęła się 13 maja.
Czym wtedy dziennikarze się zajęli? Zajęli się "skandalem u Piotra Bączka". Wałkowano ten temat na wszystkie strony. Antoni Macierewicz przez kilka dni krążył między mediami, a sejmem, gdzie domagał się co najmniej komisji śledczej. A głównymi (i w zasadzie jedynymi) ofiarami ABW i WSI byli Piotr Bączek i Filip Rdesiński, którego ABW śmiała zatrzymać i przeszukać. SDP prosiło w piśmie do RPO o spowodowanie wyjaśnień ABW o powodach i podstawach prawnych zachowań ich agentów. Dziennikarze analizowali, gdzie i jak złamano prawo, gdzie tylko je naruszono, a gdzie została naruszona godność osobista i czyja bardziej. Zorganizowano manifestację w obronie sponiewieranego kolegi z "Misji specjalnej". Wojciech Sumliński, po spędzeniu dwóch nocy w areszcie, posłużył redaktorowi Pospieszalskiemu do oskarżania rządu Tuska o bezprawne działanie ABW, a mecenasowi Giertychowi o oskarżanie służb o zagarnięcie materiałów dotyczących książki o śmierci księdza Popiełuszki. I te kilka wzmianek dotyczących dziennikarza, które pojawiły się na jego temat w maju, właśnie tego wątku dotyczyły.
A nie, przepraszam, była jeszcze jedna wzmianka, na którą nikt nie zwrócił uwagi, a która może być kluczem do milczenia dziennikarzy. To list Piotra Woyciechowskiego, w którym znalazło się zdanie sugerujące, że Wojciech Sumliński był zmanipulowany przez agenturę byłej WSI.
Później była cisza w temacie "Sumliński" trwająca dwa miesiące.
We wtorek sąd wydał decyzję o zastosowaniu aresztu wobec Wojciecha Sumlińskiego. Poza krótkimi wzmiankami w mediach brzmiała cisza.
Burza wybuchła dopiero w środę, gdy dziennikarze od swojego kolegi dostali list. Niedługo później próbował popełnić samobójstwo.
List okazał się listem pożegnalnym.
Sumliński opisał w nim swoje przypuszczenia, kto chciał go zniszczyć, kto mógł chcieć wrobić. Opisuje sprawy, którymi się zajmował, ludzi, którym mógł zagrozić (i chodziło nie tylko o jego śledztwo w sprawie śmierci Jerzego Popiełuszki). Napisał też o pogróżkach, które otrzymywał od wysoko postawionych funkcjonariuszy służb...
Dziennikarze, począwszy od Tomasza Sakiewicza, zaczęli grzmieć o próbie zniszczenia ich kolegi, o zamachu na wolność słowa. Powstał dramatyczny list żądający od rządu wyjaśnień. Robert Mazurek wezwał kolegów po piórze o sprawdzenie informacji zawartych w liście Wojciecha Sumlińskiego.
A ja pytam - gdzie byliście szanowni dziennikarze przez dwa miesiące? Dlaczego dopiero teraz się obudziliście?
Co zrobiliście dla swojego kolegi, o którym wiedzieliście, że jest w depresji, że próbował popełnić samobójstwo? W jaki sposób próbowaliście go wesprzeć? Tak zwyczajnie, po ludzku.
Czy dopiero w środę, z jego dramatycznego listu, dowiedzieliście się o pogróżkach ze strony funkcjonariusza ABW? Może nie wiedzieliście, że mu grożono, bo wasz dzisiejszy przyjaciel widział wokół siebie pustkę? Bo nie było przy nim dzisiejszych przyjaciół i obrońców. Nie było komu go wspierać. Nie miał z kim podzielić się swoim strachem. A może któremuś z was się zwierzył, ale woleliście tematu nie ruszać - nie pytać, nie drążyć, nie nagłaśniać?
Gdzie przez dwa miesiące byliście - wy - dziennikarze, w tym dziennikarze śledczy, i wy - redaktorzy naczelni - podpisani pod listem otwartym w sprawie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego?
Myślę, że odcięliście się od kolegi, bo baliście się, że odium współpracy z 'ludźmi o marnej reputacji', jakim jest niewątpliwie Aleksander Lichocki, a z którym - według słów Sławomira Latkowskiego - chętnie rozmawialiście i współpracowaliście, spadnie na was. A zaczęliście się odcinać tak naprawdę już chwilę po zatrzymaniu Wojciecha Sumlińskiego "zapominając", że współpracował z Gazetą Polską, tygodnikiem Wprost, TVP. Pamiętaliście jedynie, że kiedyś współpracował z "kontrowersyjnym Latkowskim".
Myślę też, że odrzucicie swojego 'odzyskanego' przyjaciela równie szybko, jak się nim zaopiekowaliście. Gdy przestanie być wam potrzebny.
Współczuję zupełnie szczerze panu Wojciechowi Sumlińskiemu. Współczuję takich "przyjaciół".
PS. Do tych, którzy analizują ilość sekund czy pozycję informacji o Wojciechu Sumlińskim w mediach - zapytajcie Tomasza Sakiewicza - ile czasu poświęcił sprawie kolegi w swojej wczorajszej godzinnej audycji w "strefie wolnego słowa" i dlaczego było to zero minut.
Bo "sprawa Sumlińskiego" nie zaczęła się w środę, gdy opublikowano jego wstrząsający list, nie zaczęła się we wtorek, gdy sąd zdecydował o areszcie dla niego. Sprawa zaczęła się 13 maja.
Czym wtedy dziennikarze się zajęli? Zajęli się "skandalem u Piotra Bączka". Wałkowano ten temat na wszystkie strony. Antoni Macierewicz przez kilka dni krążył między mediami, a sejmem, gdzie domagał się co najmniej komisji śledczej. A głównymi (i w zasadzie jedynymi) ofiarami ABW i WSI byli Piotr Bączek i Filip Rdesiński, którego ABW śmiała zatrzymać i przeszukać. SDP prosiło w piśmie do RPO o spowodowanie wyjaśnień ABW o powodach i podstawach prawnych zachowań ich agentów. Dziennikarze analizowali, gdzie i jak złamano prawo, gdzie tylko je naruszono, a gdzie została naruszona godność osobista i czyja bardziej. Zorganizowano manifestację w obronie sponiewieranego kolegi z "Misji specjalnej". Wojciech Sumliński, po spędzeniu dwóch nocy w areszcie, posłużył redaktorowi Pospieszalskiemu do oskarżania rządu Tuska o bezprawne działanie ABW, a mecenasowi Giertychowi o oskarżanie służb o zagarnięcie materiałów dotyczących książki o śmierci księdza Popiełuszki. I te kilka wzmianek dotyczących dziennikarza, które pojawiły się na jego temat w maju, właśnie tego wątku dotyczyły.
A nie, przepraszam, była jeszcze jedna wzmianka, na którą nikt nie zwrócił uwagi, a która może być kluczem do milczenia dziennikarzy. To list Piotra Woyciechowskiego, w którym znalazło się zdanie sugerujące, że Wojciech Sumliński był zmanipulowany przez agenturę byłej WSI.
Później była cisza w temacie "Sumliński" trwająca dwa miesiące.
We wtorek sąd wydał decyzję o zastosowaniu aresztu wobec Wojciecha Sumlińskiego. Poza krótkimi wzmiankami w mediach brzmiała cisza.
Burza wybuchła dopiero w środę, gdy dziennikarze od swojego kolegi dostali list. Niedługo później próbował popełnić samobójstwo.
List okazał się listem pożegnalnym.
Sumliński opisał w nim swoje przypuszczenia, kto chciał go zniszczyć, kto mógł chcieć wrobić. Opisuje sprawy, którymi się zajmował, ludzi, którym mógł zagrozić (i chodziło nie tylko o jego śledztwo w sprawie śmierci Jerzego Popiełuszki). Napisał też o pogróżkach, które otrzymywał od wysoko postawionych funkcjonariuszy służb...
Dziennikarze, począwszy od Tomasza Sakiewicza, zaczęli grzmieć o próbie zniszczenia ich kolegi, o zamachu na wolność słowa. Powstał dramatyczny list żądający od rządu wyjaśnień. Robert Mazurek wezwał kolegów po piórze o sprawdzenie informacji zawartych w liście Wojciecha Sumlińskiego.
A ja pytam - gdzie byliście szanowni dziennikarze przez dwa miesiące? Dlaczego dopiero teraz się obudziliście?
Co zrobiliście dla swojego kolegi, o którym wiedzieliście, że jest w depresji, że próbował popełnić samobójstwo? W jaki sposób próbowaliście go wesprzeć? Tak zwyczajnie, po ludzku.
Czy dopiero w środę, z jego dramatycznego listu, dowiedzieliście się o pogróżkach ze strony funkcjonariusza ABW? Może nie wiedzieliście, że mu grożono, bo wasz dzisiejszy przyjaciel widział wokół siebie pustkę? Bo nie było przy nim dzisiejszych przyjaciół i obrońców. Nie było komu go wspierać. Nie miał z kim podzielić się swoim strachem. A może któremuś z was się zwierzył, ale woleliście tematu nie ruszać - nie pytać, nie drążyć, nie nagłaśniać?
Gdzie przez dwa miesiące byliście - wy - dziennikarze, w tym dziennikarze śledczy, i wy - redaktorzy naczelni - podpisani pod listem otwartym w sprawie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego?
Myślę, że odcięliście się od kolegi, bo baliście się, że odium współpracy z 'ludźmi o marnej reputacji', jakim jest niewątpliwie Aleksander Lichocki, a z którym - według słów Sławomira Latkowskiego - chętnie rozmawialiście i współpracowaliście, spadnie na was. A zaczęliście się odcinać tak naprawdę już chwilę po zatrzymaniu Wojciecha Sumlińskiego "zapominając", że współpracował z Gazetą Polską, tygodnikiem Wprost, TVP. Pamiętaliście jedynie, że kiedyś współpracował z "kontrowersyjnym Latkowskim".
Myślę też, że odrzucicie swojego 'odzyskanego' przyjaciela równie szybko, jak się nim zaopiekowaliście. Gdy przestanie być wam potrzebny.
Współczuję zupełnie szczerze panu Wojciechowi Sumlińskiemu. Współczuję takich "przyjaciół".
PS. Do tych, którzy analizują ilość sekund czy pozycję informacji o Wojciechu Sumlińskim w mediach - zapytajcie Tomasza Sakiewicza - ile czasu poświęcił sprawie kolegi w swojej wczorajszej godzinnej audycji w "strefie wolnego słowa" i dlaczego było to zero minut.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)