Pupilla Libertatis
Jestem sarmatolibertarianinem. Myślę, politykuję, rozważam, polemizuję, szukam, prowokuję, dyskutuję, dociekam, analizuję, filozofuję.
150 obserwujących
1829 notek
2324k odsłony
  899   0

Sto pięćdziesiąt - cz.3

To jest kolejna notka z serii dotyczącej różnych aspektów liczności ludzkich grup.
Wciąż rozważam liczbę 150. Tu są dwie poprzednie części:
Oczywistym jest, że każdy człowiek ma ograniczoną ilość znajomych. Nawet mieszkańcy małych miasteczek nie znają się wszyscy nawzajem. Ale jak zbadać ilu znajomych mają średnio statystyczne ludzie? A co to w ogóle jest znajomy?
Najlepiej byłoby sprawdzić ile każdy ma znajomych na facebooku. Ilu macie? A ilu mają ci wasi znajomi? A znajomi znajomych? Nie wychodzi Wam średnio 150?
Ale to nie jest dobra metoda, bo mamy przecież wielu znajomych, których nie ma na facebooku, a i ci znajomi facebookowi też nie są naprawdę znajomi, bo często ludzie się dodają nie znając się nawet osobiście.
Naukowcy wymyślili lepszą metodę. Otóż w latach 80 XX wieku, gdy jeszcze facebooka nie było, przeprowadzono w USA badania polegające na tym, że poproszono różne osoby o przesłanie wiadomości do jakiejś fikcyjnej osoby, ale takiej, której istnienie jest możliwe. Ale nie mamy adresu tej osoby, a tylko takie przykładowo dane: jest to 36-letni urzędnik bankowy o imieniu Jim mieszkający w Sydney. Osoba, którą prosimy o przesłanie wiadomości przeszukuje zbiór swoich znajomych, by znaleźć kogoś, kto mógłby mieć jakiś kontakt z kimś, kto mieszka w Sydney, albo pracuje w dużym międzynarodowym banku itd.. tak by dotrzeć jakoś do adresata wiadomości. Osoba biorąca udział w eksperymencie dostaje setki takich zadań, aż wyczerpie wszystkie swoje kontakty. W ten sposób można policzyć ile tych kontaktów ma, a to są jej prawdziwi znajomi, bo są to osoby, do których może się zwrócić z prośbą o przysługę.
Z tych badań wyszło, że średnia ilość znajomych to 135. Z kolei wg badań przeprowadzonych niedawno przez Kościół Anglikański idealny rozmiar kongregacji kościelnej wynosi maksymalnie 200 członków.
Ale najwięcej doświadczalnych danych co do liczebności grup ludzi, którzy się dobrze znają daje wojsko. Najmniejszą jednostką zdolną do samodzielnego działania jest kompania. To jest jednostka, która wchodzi w skład większych jednostek bojowych. W kompanii wszyscy żołnierze się nawzajem znają - gdy wojują dłużej stają się nawet przyjaciółmi. Najlepsi kumple, to kumple z wojska, nie?
Znane z historii kompanie wojska miały różną liczebność. Biorąca udział w bitwie warszawskiej w 1656 roku przyboczna kompania rajtarii szwedzkiej Karola Gustawa liczyła 145 żołnierzy. Na przełomie XVII i XVIII wieku saska kompania piechoty liczyła 150 żołnierzy. Potem ta liczba rosła. Podczas II wojny światowej kompania ustabilizowała się na średnio 170 żołnierzach – kompania brytyjska liczyła 130, a amerykańska 223 ludzi.
W Polsce w XV wieku taka kompania nazywała się rotą i liczyła przeciętnie od 100 do 200 żołnierzy, a pod koniec XVI wieku rota liczyła 266 ludzi.
W XVII wieku w Rosji formowane były pułki rajtarii złożone z 12 rot. Rota rajtarska liczyła 167 koni. Równolegle tworzono pułk dragonii także złożony z 12 rot. Rota dragonów liczyła 120 żołnierzy.
W Polsce rodzajem kompanii była też chorągiew. W okresie od XV do XVI wieku chorągiew liczyła około 500 żołnierzy. W XVII wieku liczyła już tylko od 50 do 200 żołnierzy - najczęściej nieco ponad 100. W 1608 roku chorągwie Chodkiewicza liczyły średnio 112 osób, a po 1717 roku liczebność chorągwi wahała się od 30 do 70 żołnierzy. W okresie XVII-XVIII wieku były takie chorągwie: husarska - 100-200 koni, pancerna - 100-150 koni, lekka - 60-100 koni.
Cały czas oscyluje to dookoła liczby 150.
A teraz cytat z książki, w której przeczytałem o tej liczbie 150:
Wyniki te sugerują, że społeczności ludzkie zawierają naturalne grupy liczące około 150 osób. Grupy te nie mają specjalnej funkcji: w jednym społeczeństwie służą jakiemuś celowi, w drugim mogą mieć inne przeznaczenie. Są one raczej konsekwencją tej okoliczności, że umysł ludzki jest w stanie utrzymać jednocześnie tylko ograniczoną liczbę stosunków o danej intensywności. 150 to najprawdopodobniej maksymalna liczba osób, z którymi jesteśmy w stanie utrzymywać prawdziwie społeczne stosunki, to znaczy wiedzieć, kim są i w jaki sposób są z nami związane. Innymi słowy, jest to liczba ludzi, do których bez skrępowania przysiadłbyś się nieproszony, gdybyś ich spotkał przypadkowo w piwiarni.
Tak więc wydaje się, że nawet w wielkoskalowych społeczeństwach zakres naszej sieci społecznej nie jest dużo większy niż w społeczeństwach myśliwsko-zbierackich. Możemy żyć w samym centrum wielkich, nowoczesnych metropolii, jak Nowy Jork czy Karaczi, ale w dalszym ciągu znamy mniej więcej tylu ludzi, ilu znali nasi odlegli przodkowie wędrujący po stepach Ameryki lub sawannach Afryki. Psychologicznie rzecz biorąc, jesteśmy wciąż plejstoceńskimi myśliwymi i zbieraczami uwięzionymi w polityczno-gospodarczym systemie XX wieku.
Grzegorz GPS Świderski
PS. Plecam też inne notki dotyczące liczebności ludzkich grup:

Ciąg dalszy jest tu: Sto pięćdziesiąt

Sto pięćdziesiąt - cz.2 <- poprzednia notka
następna notka -> Marsz Niepodległości

 

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Technologie