Imperializm jako wspólny mianownik
W debacie o normalizacji z Rosją trzeba zacząć od prostego faktu: Trump, Netanjahu, Biden, von der Leyen, Mertz, Bushowie i Putin grają w tę samą grę — grę imperiów. Jedni robią to pod sztandarem demokracji i praw człowieka, inni pod hasłem obrony tradycyjnych wartości czy ruskiego miru, ale dla zwykłych ludzi efekt jest podobny: podatki, przymus, wojny, pogarda dla jednostki.
To, że globalistyczny projekt USA-UE jest destrukcyjny, nie rehabilituje rosyjskiego imperializmu, tak jak brutalność Busha w Iraku nie czyni z Putina pragmatycznym partnerem, mniej uwikłanym w globalizm — to tylko inny styl tego samego odruchu: podporządkować sobie cudzą przestrzeń.
Rosja to nie trudny sąsiad, lecz strukturalne zagrożenie
Historia Polski pod rosyjskim butem to nie suma incydentów, ale spójna linia: rozbiory, zsyłki, operacja polska NKWD, Katyń, powojenne represje, rabunek majątku — systemowe niszczenie polskiej elity i podmiotowości. Niemcy zrobili więcej w liczbach bezwzględnych, ale po 1945 r. RFN przeszła jednak proces rozbrojenia, integracji i przynajmniej częściowej rewizji pamięci historycznej — została wklejona w struktury, które ograniczają jej militarne imperialne odruchy.
Rosja takiego procesu nie przeszła. Po ZSRR nie powstało pokajane, zdemilitaryzowane państwo, tylko federacja kontynuująca stare wzorce: gigantyczne terytorium z koloniami wewnętrznymi, centrum oparte na służbach i armii, święta strefa wpływów i mit dziejowej misji od Kijowa po Warszawę. Z jej punktu widzenia Polska nie jest sąsiadem z historią, tylko geopolitycznym problemem: jeśli jesteśmy silni i suwerenni, blokujemy ich projekt, jeśli jesteśmy wasalem, ułatwiamy jego realizację.
Normalizacja vs. rozpad imperium
Niektórzy stawiają dylemat: albo nie normalizujemy z Rosją i wchodzimy w federalizację UE pod niemieckim dyktatem, albo normalizujemy z Moskwą (najlepiej przez Chiny), żeby uniknąć roli eurolandu. Problem w tym, że w obu wariantach zakładamy wieczność rosyjskiego imperium — albo jako wroga, albo jako partnera.
Ja widzę inne opcje:
- Opcja A: uznajemy imperium rosyjskie za nieusuwalne i próbujemy minimalizować koszty jego istnienia (normalizacja).
- Opcja B: uznajemy je za strukturalnie nieakceptowalne i traktujemy jego deimperializację — rozpad na mniejsze byty, dekolonizację — jako cel strategiczny.
- Opcja C: udajemy, że problemu nie ma, licząc na sprytne lawirowanie między USA, UE, Chinami i Rosją.
Z perspektywy paleolibertariańskiej sens ma tylko opcja B. Państwo‑imperium z definicji musi być pasożytem: żyje z przymusu, ekspansji i zasysania zasobów z podmiotów słabszych. Pasożyt może chwilowo nie gryźć, może nawet udawać symbionta — ale jego funkcją jest żerowanie. Trwały pokój z pasożytem wymaga po prostu braku pasożyta.
Chiny jako protektor — wymiana pana, nie emancypacja
Rozważmy taką propozycję: zmiana elit w Polsce → zakulisowe rozmowy → pośrednictwo Chin → pokazanie Polski jako kluczowego ogniwa Jedwabnego Szlaku → uzyskanie chińskiej protekcji wobec Rosji. Geopolitycznie brzmi kusząco, ale filozoficznie oznacza jedno: świadome wejście w orbitę innego imperium.
Chiny nie są wolnościową alternatywą. To własny typ imperialnego Leviatana: technokratycznego, kolektywistycznego, z obsesją kontroli społecznej. Jeśli uciekamy od euro‑globalistycznego i rusko‑służbowego kolektywizmu po to, by oddać się protekcji Pekinu, to nie jest ucieczka od imperializmu — to tylko zmiana zarządcy kolonii. Taktyczne balansowanie jest ok, strategiczna kotwica suwerenności — stanowczo nie!
Smoleńsk jako symptom, nie wyjątek
Smoleńsk 2010 i późniejsze bezczeszczenie ciał to nie wypadek przy pracy, tylko konsekwentne rozwinięcie tego, czym rosyjskie państwo jest w praktyce: aparatem, który traktuje ludzkie życie jak materiał polityczny i nie ma większego problemu z zabijaniem własnych obywateli ani cudzych, jeśli wymaga tego interes władzy.
W takim kontekście pragmatyzm wobec Rosji ma bardzo ostre granice: można rozmawiać, gdy trzeba ugasić konkretny pożar, ale nie budować na tym wizji normalnych relacji opartych na zaufaniu strukturalnym. Zaufanie do podmiotu, który zabił twoich obywateli w operacji politycznej, a potem latami kłamie o szczegółach, jest nie tyle pragmatyzmem, ile polityczną naiwnością.
Co zamiast normalizacji?
Jeśli odrzucamy zarówno euro‑federalizację, jak i rosyjską czy chińską protekcję, to pozostaje trudniejsze, ale uczciwsze zadanie:
- Dekolonizacja i deimperializacja przestrzeni post‑rosyjskiej: wspieranie prawa narodów do samostanowienia, kwestionowanie naturalnych stref wpływów, wspieranie procesów, które rozszczelniają rosyjskie centrum.
- Budowa odporności Polski: energetyczna niezależność od Moskwy, wielokierunkowy handel, realne zdolności obronne, odbudowa kultury wolności odpornej na wszystkie odmiany kolektywizmu — czy to w wersji brukselskiej, moskiewskiej, czy pekińskiej.
- Polityka wielu wektorów bez wasala: taktyczne granie z różnymi ośrodkami (USA, UE, regionalne układy, punktowo Chiny), ale bez decydowania się na jednego protektora, który ma wziąć Polskę pod skrzydła.
Nie jestem przeciw kontaktom z Rosją jako takim — handel, dyplomacja, gaszenie pożarów są konieczne. Jestem przeciw temu, by w imię realizmu uznać, że celem jest normalizacja z państwem, które w swojej strukturze widzi nas jako naturalną strefę podporządkowania.
Jeśli Polska ma być podmiotem, a nie wieczną strefą wpływów, to powinna myśleć nie o tym, jak się ułożyć z obecnym imperium, tylko o tym, jak wygląda świat po jego rozpadzie — i jak już dziś wzmacniać się pod ten scenariusz.
Za czasów PRL-u bez sensu było myślenie jak znormalizować stosunki z ZSRR, jedyne co można było wtedy rozważyć z korzyścią dla Polski, to jak należy się politycznie zachować po rozpadzie ZSRR, jak wtedy odzyskać suwerenność i ją utrzymać z korzyścią dla Polaków. To samo powinniśmy dziś myśleć o Rosji.
__________________
Odrzucenie AI ogłupia ludzi <- poprzednia notka
następna notka -> Xenia w „Odysei” — starożytny protokół nieagresji
__________________
Tagi: gps65, Rosja


Komentarze
Pokaż komentarze (17)