Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki
196
BLOG

O religii

Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki Rozmaitości Obserwuj notkę 6

Gdzieś spotkałem takie oto zdanie - "filozofowanie to tylko pisanie autobiografii intelektualnej". Być może nie cytuję dokłanie, ale sens zachowuję na pewno, a nie mam specjalnej ochoty sprawdzać, jakie owoż zdanie literalnie było.
Ze zdaniem tym łączę dośc ambiwalentne odczucia. Z jednej strony bardzo mi się nie podoba; zawsze chciałem, by filozofia była jak najbardziej naukowa, obiektywistyczna. Z drugiej jednak chcąc powiedzieć coś niebanalnego najwygodniej jest mi
powolać się na osobiste doświadczenie.
Tak własnie robię myśląc o religii.

1) Religia - co to takiego?

Rozumień religii jest bardzo wiele. Próby zdefiiowania tego zjawiska sięgaja czasów starożytnych - od tamtej pory jego definicji powstało całe multum. Nie mam teraz przy sobie żadnej literatury dlatego zapodam tylko kilka, i to akurat tych, które jakoś
utkwiły mi w pamięci. Sofista Prodikos z Keos, nauczał, że religia to czczenie tego, co ludzie uwazają za ważne dla siebie, dla swego życia. Najpierw ludzie dostrzegają to, co ma szczególne znaczenie dla nich potem, to sobie antropomorfizując w postaci bogów.
Tak właśnie zrodził się na przykład bóg wód Posejdon, czy zjawisk atmosferycznych Zeus.
Augustyn Aureliusz, święty chrześcijanski, słowo "religia" wiązał z łacińskim słowem "relegere" co oznaczało "łączyć" - religia bowiem, wedle niego, to łączenie się ze światem transcendentym. Nie jestem pewien, czy jakichś związek genetyczny łączy tomistów lubelskich
z Augustynem, ale ich definicja religii, o ile pamiętam, jest bardzo podoba, uczyli oni, iż religia o 'związek człowieka z bogiem". Bogusław Wolniewicz z kolei upatruje genezy i chyba tez istoty religii w wielkiej problematyce śmierci.
To ona ma powodaować, że ludzie zaczynają wierzyć w Boga, w nadprzyrodzony "inny świat". Wittgenstein, którego pan Wolniewicz tłumaczył na polski, powiedział natomiast takie zdanie o religii - "być religijnym to wierzyć, że życie ma sens'.
Tak też powtarza Leszek Kołakowski. Były też inne definicje - jako opium ludu (bodaj Marks), opium dla ludu (Lenin). Feuerbach pisał, że człowiek stworzył sobie boga na swój obraz i podobienstwo.

Ani powyżej wymienione, ani żadne inne definicje, mnie osobiście nie zadawalają; żadna bowiem nie zgadza się z moim - i nie tylko - doświadczeniem. Choć chyba to, co sam na ten temat powiem już było jakoś tam antycypowane.

Dla mnie religia to takie "coś", co głosi jakąś wizję Boga, a co ma moc radykalnego przemienienia życia człowieka.


świadom jestem, że na pewno nie mogę generalizować i nie każdy - nawet wierzący - się z tym zgodzi. Ja jednak własnie za takim rozumieniem się opowiadam.

Słowa otwierające dekalog "Ja jestem pan Bóg Twój, który Cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli" to najważniejsze przesłanie, jakie związane jest z religią. W nich zawarta jest definicja religii, jaką proponuję.
Opowiem teraz pokrótce, w jaki sposób doszedłem do takiego religii rozumienia.

Najwazniejsze było doświadczenie, którego tylko fragment tu opiszę. Pamiętam, że w szkole podstawowej zawsze brakowało mi motywacji do zdobywania wiedzy. Każdy motyw, o jakim mówili mi starsi był dla mnie nieprzekonujący. "Ucz się, żeby być w życiu kimś", "ucz się, żeby zdobyć dobry zawód" - słyszałem to
na okrągło. Ale zawsze, gdy to słyszałem przez myśl przychodziły mi takie mysli: "elvis presley się nie uczył, a był kimś", "sąsiad mój tylko po zawodówce a tak się dorobił". Tymczasem stałe nieuczenie się musialo dac efekt w postaci potwornych zaległości.
czas mijał, a zaległości się nawarstwiały. W pewnym momencie stałem się zapóźniony w stosunku do kolegów z klasy; oni oczywiście nie potrafili sobie odmówić okazywania mi tego na każdym kroku w niewybrednych słowach.
Mówili mi w oczy, że jestem głupi. To byla wielka frajda poczuć się lepszym intelektualnie od innego - jak pokazaly mi kolejne lata frajda to nie tylko dla podrostków, ale nawet dla doktorów habilitowanych co niektórych.
co może czuć dziecko, gdy jest odrzucone przez równieśników - łatwo sobie wyobrazić. Odrzucenia boją się dorosli, uczeni: na przykład niejaki Głowiński, językoznawca, pisał - jak sam mówi - swoje teksty pod pseudonimem, bo bał się własnie
tego, że społeczność przestanie go akceptować. Ja zyjąc w takim stanie - nieakceptowania - zacząłem w pewnym momencie inaczej postrzegać wszyskie te opowieści chrześcijańskie o męczenikach, świętych postaciach, które znałem ze słyszenia. Opowieści te
stały mi się jakoś bliskie - korespondowały bowiem ze wszystkim, co sam przeżywalem. Opowieść o chrystusie lżonym i obrażanym bohaterze, o świętym Aleksym, na którego wylewano pomyje, sympatia Jezusa do wszystkich, którzy są ubodzy i na nizinach
społecznych, nabrała dla mnie nowego sensu. Postanowiłem zatem, że zostanę chrześcijaninem, wierzącym. Ale niestety nie okazało się to takie proste - bo kiedy tylko zapragnałem nim być, narzuciła mi się trudność uzasadnienia wyznawania akurat tej, a nie
innej religii. Po prostu - stwierdzaiłem - ż swoj akces do chrześcijaństwa nie mogę oprzeć tylko na tym, że pomoże mi on w mojej trudnej sytuacji życiowej. By być chrześcijaninem naprawdę trzeba - tak czułem - czegoś znacznie więcej:
jakiegoś argumentu, dzięki któremu będę mógł powiedzieć innym: "oto dlaczego wyznaję włąsnie tę religię". Po dziś dzień borykam się z tą trudnością.
Ale - jak się okazało - była ona (i jest wciąż) dla mnie zbawienna. Własnie dzięki niej bowiem znalazłem motywcję do nauki, której nie miałem ngdy wczesniej. Potrzeba poradzenia sobie z tą trudnością sprawiła, że zacząłem na własną ręke studiować
Biblię i nauki biblijne, religioznawstwo, a potem filozofię - czemu jestem wierny do dzis. Dla mnie nie ma konfliktu rozum - wiara; własnie bowiem potrzeba religijna sprawiła, że zaczałem używać rozumu.
Nic mnie nie mogło przekonać do uczenia się i myślenia - dopiero ta idea przekonała: "dzięki mysleniu stanę się wierzącym". Dzięki usilnym studiom i umysłowemu wysiłkowi stało się tak, że maturę zdałem, jako druga osoba w klasie.

Nie znalazłem rozwiązania trudności, z jaka zacząłem się zmagać. Ale nic nie miało nigdy tak pozytwnego wpływu na moje życie, jak owo zmaganie. Dzięki niemu mogę o sobie powiedzieć, że motyw religijny przemienił gruntownie moje życie.

Pewnego razu słuchałem Radia Maryja - dokładnie piątkowej audycji dla młodzieży "czas wzrastania". Słuchałem uwaznie, co mówią dzwoniący do tej radiostacji młodzieńcy; nagle stwierdziałem, że ich (wierzących chrześcijan) i mnie (w gruncie rzeczy niedowiarka)
łączy coś bardzo ważnego. Każdy z nich również doświadczł radykalnej przemiany życia dzięki chrześcijaństwu. W jednym z tych telefonów słyszałem, jak młodzian opowiada o tym, iż upodlenie w jakie wpędził sam siebie uzależniając się
od narkotyków w jego życiu minęło, gdy - jak się wyraził - spotkał Chrystusa. Również inni wypowiedzieli się ukazując stale ten sam proces - przemiany życia.


2) Dowód - brak dowodu
Wiara - rozum

Czy  młodzież, której wyznań słuchałem wtedy w Radiu Maryja postępuje racjonalnie czy nie?
Jak się domyślam nikt z nich nie dysponował jakmiś "naukowym" czy filozoficznym wyrobieniem, argument "z przemiany życia" był jedynym jaki mieli.
Na pewno też nie potrafiliby odpowiedzieć na żaden z zarzutów, jakie przez wieki wysuwano przeciw chrześcijaństwu. Nie odpowiedzieliby nic na zarzut, że istnieje zło, że istnieją inne religie, że ewangelie dają sprzeczne opisy różnych
wydarzeń, nawet tak podstawowych, jak zamrtwychwstanie Chrystusa.
A jednak ich decyzji o akceptacji chrześcijaństwa nie można odmówić elementarnego stopnia racjonalności; racjonalności nie naukowej, rzecz jasna, ale takiej życiowej. W życiu Korzystamy z narzędzi, które się w sprawdzają - nie bylibyśmy
racjonalni, gdybysmy z takich narzedzi zrezygnowali.
Religia to też takie narzedzie, które się sprawdza w życiu wielu. Dziwnie - przyznaję - brzmi to stwierdzenie: "religia to narzędzie"; religia jest przecież królestwem tego co absolutne. Związana jest z nią absolutna etyka, a nawet rości sobie pretnesje
to posiadania prawdy absolutnej.

Tutaj dotykam tego, co najbardziej fascynujące dla mnie w wierzeniach religijnych. Filozoficznym językiem można to wyrazić tak: religijni ludzie operują prgmatycznym kryterium prawdy, ale samą tę prawdę traktują (i muszą traktować) absolutnie.
Religijni przyjmując za prawdziwą opowieść o Jezusie zapisaną w ewangeliach nie prowadzą żadnych badań, takich jak się prowadzi chcąc ustalic prawdę o Józefia Piłsudskim. Akceptują prawdziwość historyczą ewangelii, bo jej treść dała im coś ważnego, egzystencjalnie
przełomowego, istotnego.
Wiadomo jednak, że co najmniej od XVIII wieku historyczność ewangelii jest podważana, za pomocą nauk, takich, jak historia, czy archeologia. Znam bardzo dobrze (no, powiedzmy, dobrze) wyniki tych nauk, które przeczą temu, co w ewangelii stoi.
Na przykład wedle ewangelii po smierci Jezusa naptąpiło zaćmienie słońca - jednak jakoś głucho o tym w pisamch przyrodników antycznych, żyjących na przełomie er. Żadne świadectwa nie potwierdzają też, że gdy Jezus umierał, zmarli wstawali z grobów.
Wypada się więc zgodzić, że nie wszystko w relacji ewangelicznej jest historyczne. Do tego dochodzi jeszcze krytka wewnętrzna tych pism - zwraca ona uwagę na przecząće sobie opisy na przykałd rezurekcji, czyli zmartwychwstania.
Jednak ten argument tylko pozornie jest przekonujący. Z tego, że opisy jakiegoś wydarzenia nie do konca są spójne nie można wnosić - jak czesto robią nawet teologowie, ścislej teofanaści - , że danego wydarzenia po prostu nie było.
Czytałem niegdyś sporo książek historycznych, napisanych przez profesonalnych historyków. Wielką trudnością dla mnie było to, że każdy z nich nieco, a cześto i mocno inaczej opowiadał o jednym i tym samym fakcie. Nierozsądnie byłoby
jednak ogłosic, że w związku z tym ten fakt to wymysł.
Mam nawet pewną hipotezę dlaczego tekie sprzeczności się zdarzają w ksiązkach dziejopisów. Po prostu leży to w naturze opowiadania o zjawiskach, że jedne elementy się w nich pomija, inne podkreśla, że raz opowiada się o nich
ujmując ich przyczny, innym razem je pomijając. Takie niespójności pojawiaja się nawet w chronologii. Kiedy wybuchło Powstanie Listopadowe? Niektóre książki podają, że w 1830, inne , że w 1831. Kiedy zaczęła się Druga Wojna Światowa?
Dla jednych 1 września 1939, dla innych 22 VI 1941. A Kiedy się skończyła? Mówi się zazwyczaj, że w roku 1945, ale słyszałem takich, co twierdzą, że dopiero w 1989.
Jeśli w nauce, jaką chyba jest historia pojawiają się takie rozbieżności, to czemu się dziwic, że pojawiają się one też w relacjach autorów ewangelii, którzy historykami nie byli.
Dodać tu muszę jeszcze jedno zagadnienie, którego wagę ujrzałem całkiem niedawno. Mianowicie nie jest wcale pewne, że nauka ze swym żądaniem i ukazywaniem racji zawsze oferuje prawdę, a inne poznania, w których dowody nie grają aż tak wielkiej roli
są zawsze fałszywe. Nie jestem nawet przekonany, czy w razie konfliktu między nauką a tymi "innymi poznaniami" należy zawsze przyznać prymat nauce.
Wyobrażam sobie na przykład dwie wersje mojego życiorysu - jedną (a) opracowaną na na zasadach  naukowej biografistyki i drugą (b) taką, którą ja sam opracowałem, na podstawie tego, co pamiętam. Na pewno obie wersje byłyby różne.
Zobaczmy - załóżmy, że zostałem pisarzem, napisałem kilka beletrystycznych książek. Jakiś historyk literatury  chce napisać moją biografię. Jak będzie on postepował?
Tak, że napierw zapyta moich kolegów i nauczycieli, czy byłem dobry w szkole z polskiego. Oni odpowiedzą, twierdząco, pokazując niezłe stopnie, wspominajc aktywność na lekcjach. Biograf ów napisze na bazie tych twardych danych, że przejawiałem
skłonności polonistyczne już w liceum i będzie to opis udokumentowany, nie tylko dobrze, ale nawet bardzo dobrze. Moja osobista "nienaukowa" biografia zupelnie inaczej to ujmie. Zgodnie z nią było tak: wiedziony religijną potrebą zacząłem
dużo czytać (oczywista nie Mickiewicza, Słowackiego etc), dzięki temu uzyskałem sporą sprawność językową oraz wiedzę ogólną o kulturze. To z kolei na zasadzie odprysku czy odbicia sprawiło, że moje wypracowania stały się całkiem dobre; że mogłem sie wypowiedzieć
w wielu kwestiach poruszanych w lekturach licealnych zupełnie ich nie czytając.
Moja biografia naukowa jest świetnie udokumetowana, jest częscią wiedzy - każdy musi zgodzić się, że dowody mówią o mnie akurat tak, jak mówią, koniec dyskusji. Mojej autobiografii można co najwyżej wierzyć; kto mi zaufa, ten ją przyjmie, kto
nie, ten ją odrzuci. Mam jednak nieodparte wrażenie, że to moja autobiografia jest prawdziwsza, niż biogram sporządzony przez historyka literatury.
Jestem przekonany, że nie tylko ja, ale każdy mając do wyboru autobiografię i biografię naukową wybrałby tę pierwszą - mimo że tylko ta druga jest elementem wiedzy.
Na tym przykładzie widać, że jest - choćby ten jeden - taki wypadek, gdzie za racją i dowodem wcale prawda nie stoi. To własnie wiara w tym wypadku - zupełnie niereligijnym - jest prawdzie bliższa.

Zawsze raziły mnie argumenty w stylu: "jestem niewierzący, bo ksiądź proboszcz to zły człowiek". Uptrywałem w nich kompletne pomieszanie spraw moralnych i logicznych: przecież - mniemałem -  może być tak, że to
właśnie człowiek mierny moralnie, za którym nie przepadam, głosi prawdę. Nie widziałem tu żadnej trudności.
Od jakiegoś czasu zaczynam tę kwestię postrzegać inaczej. Wiara - jak słyszę - jest wejściem w przestrzeń nadprzyrodzoną. Wierzący to ktoś, kto naprawdę - np. poprzez sakramenty - dotyka Boga.
Jeśli jednak w sakramentach i rytuałach naprawde jest prawdziwy Bóg, to czemu ci, kórzy w nich uczestniczą niczym, najdoslowniej niczym, nie różnią się od tych, którzy w nich nie uczestniczą? Nie są od nich ani bardziej moralni,
nie przejawiają większych tęsknot do tego, co duchowe (jak prawda, dobro, piekno). Przbywałem w szkole wyznaniowej, chrześcijańskiej; chrześcijanie, których tam spotkałem różnili się od niewierzących dwoma rzeczami
(a) odebrali staranne wychowanie katolickie (b) mieli nadzieję, że Bóg - jesli czcić go będą - będzie rozwiązywał ich życiowe trudności. To było wszystko! Żadnej wyższej idei, poświęcenenia, zrozumienia drugiego. Rozmowy, jakie prowadzili w wolnym czasie
dotyczyły spraw damsko-męskich, tego, kto zdał ezamin, a kto nie, kto mądry, kto głupi, przystojny, szpentny. Debat "duchowych" nie było.
Gdyby rytuały i sakramenty naprawdę "zawierały" w sobie Boga prawdziwego, to oni - którzy przecież partycypowali w nich szczerze - bylibli choć minimalnie więcej uduchowieni, niż przecięty człowiek. Tymczasem - jak się rzekło - uchudownieni nie byli wcale.
Ta właśnie myśl spowodowała, że sinusoida - jaką jest moje życie religijno-duchowe - ostatio wskazuje na spadek sympatii do religii. Z doświadczenia wiem jednak, że zawsze po okresie spoadku, następuje okres, w którym ta sympatia rośnie.
Może i tym razem tak będzie.
Bo mój stosunek do religii jest taki własnie, trochę płynny, szargany srzecznościami. Jakoś nie podpada on pod żadną z takich kategorii, jak "wiara", "niewiara", "sceptycyzm".
Nie mogę ostatecznie i całkowicie odrzucić wiary - bo przecież tak wiele jej zawdzięczam, prawdziwą egzystencjalną przemianę (intelektualną. o której już pisałem, ale i moralną). Motywy religijne są podstawowym "napędem"
całego mojego życia umysłowego. Gdyby nie one nie szukałbym odpowiedzi, nie stawiałbym pytań. Z drugiej strony tak wiele jest trudności i przeszkód najróżniejszej natury w przyjęciu wiary, że niespsób ich przezwyciżyć, przynajmniej mnie.


3) Kłopoty debat o religii


Największym takim kłopotem, z tego co udało mi się zauważyc jest nieodróżnianie najważniejszych, ważnych i drugorzednych elementów, z jakich się religia składa.
Zdarza się to wszyskim - wierzącym, niewierzącym, centrystom. Często na przykład czytam takie zdanie:
(a) katolicyzm ma tendencje politeizujące, jako że prócz Boga czci on Maryję i cały panteon świętych.

(b) wizje mistyczne świętych

W przypadku (a) zapomina się o pierwszorzednym i drugorzednym przedmiocie kultu w katolicyzmie. Pierwszorzednym jest Bóg - otaczanie go (i tylko Go
!) kultem jest bezwzględnym obowiązkeim katolika. Jeśli zaś ktos odrzuca kult MAryji i świętych to nie oznacza to wcale, że przestaje być katolikiem. Ani Maryja, ani święci nie są wymienieni w głównych prawdach wiary - dlatego, krytykowanie katolicyzmu
za ciągoty ku wielobóstwu jest nieporozumieniem. Podkreślić też trzeba, że nie tylko krytycy, ale również sympatycy tej konfesji powinni o tym pamiętać i jasno uświadomić sobie, że przez uśilny kult samej Maryjii - co się zddarza -
nie stają sie jeszcze katolikami tak do końca.

Analogicznie należy spojrzeć na (b). Pod żadnym pozorem nie wolno, a zdarza się coś takiego - opierać swej wiary na czymś takim, jak wizje Siosty Faustyny, czy objawienia w Fatimie. Wszystkie te objawienia, mistyczne wizje,
mają wyłącznie pomocniczy charakter - są dopuszczone do kultu przez kościół, jesli tylko nie przeczą jego podstawowemu korpusowi dogmatycznemu, oraz oczywiście Biblii i Tradycji.
Tymczasem debaty wierzących z niewierzącymi często właśnie opierają się na takich drugorzednych czynnikach. Akatolicy mówią - na przykład - , że religia katolicka jest jak mitologia grecka: politeistyczna. Z kolei katolicy często po prostu nie
wiedzą tego, że wielobóstwo katolickie to tylko pozór i brną w emocjonalne debaty, z których niestety niewiele - nic - nie wynika.
By dialog wierzących z innymi był owocny trzeba wyraźnie ustalić i ograniczyć się tylko do essencjalnych składników religii; oraz rozmawiać o tym, dlaczego przy nich, a nie przy akcedentach, należy trwać bądź nie.

Warszawa, 6 VII 2009r.















 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Rozmaitości