Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki
826
BLOG

Filozofia Kołakowskiego

Grzegorz Kicki Grzegorz Kicki Rozmaitości Obserwuj notkę 23

 

 

Filozofia Kołakowskiego

 

Śmierć Leszka Kołakowskiego to jeden z dominujących tematów na salonie24 i w ogóle w wszelkich mediach. Spotkać można głosy różne na jego temat, co nie powinno dziwić. Tak to już jest, że każda postać publiczna ma zwolenników i antagonistów (nawet Adolf Hitler po dziś ma tych pierwszych, a Jan Paweł II - drugich). Sprawą, o którą spierają się te dwa „obozy” w odniesieniu do Kołakowskiego jest na przykład to, kim on właściwie był - filozofem (wielkim, największym) czy historykiem filozofii i popularyzatorem idei?

Ze swej strony mogę w tej sprawie powiedzieć tak: książki Kołakowskiego (te, które znam) rzeczywiście zapisane są w zasadzie wyłącznie tym, co już inni przemyśleli i napisali.  Jednak jeśli porównać takie teksty, jak „Jeśli Boga nie ma…” czy „Husserl i poszukiwanie pewności” z „Historią filozofii” Tatarkiewicza czy „Filozofią wieku XIV” Swieżawskiego to różnice staną się od razu widoczne i wyraźne. Dwie ostatnie książki to tylko rekonstrukcje cudzej myśli, tylko takie odtworzenie mniej lub bardziej udane tego, co myślał Platon, Arystoteles etc. Stwierdzić wypada, że teksty Kołakowskiego (choć żywią się wyłącznie myśleniem innych) mają w sobie coś znaczenie więcej. Zawierają ocenę pod kątem słuszności, ale przede wszystkim ukazują konsekwencje takiego a nie innego stanowiska filozoficznego.

Jeśli jakąkolwiek pracę z historii filozofii przypominają książki Kołakowskiego to moim zdaniem tylko jedną – Alfreda Ayera „Filozofię w XX wieku”. Właśnie Ayer – którego nawiasem mówiąc nie cenię – opisywał myśli innych, ale robił to nie jak dziejopis, którego obchodzą doktryny filozoficzne jako pewne fakty kultury, ale właśnie jak filozof. Słowa ze wstępu do wspomnianej książki Ayera znakomicie pasują też jako charakterystyka twórczości Kołakowskiego – przeczytajmy:

„(…) istnieją dwa podstawowe podejścia do historii filozofii: podejście kronikarza i podejście filozofa. Powstają więc historie filozofii – (…) – obserwatorów filozofii i historie filozofii filozofów. Te pierwsze biorą swój materiał – pojęcia, koncepcje, doktryny i wizje filozoficzne – za przedmiot opisów, uporządkowań i wyjaśnień. Te drugie idą dalej (…) biorą bowiem swój materiał, czyli zagadnienia filozoficzne i ich rozwiązania, za przedmiot bezpośrednich dociekań, traktują je jako żywe propozycje badawcze, rozpatrują je ze względu na ich wartości poznawcze, ujmują je jako ogniwa rozpostartego czasie ogniwa poszukiwań” (B. Chwedeńczuk, Wstęp, [w:] A. J. Ayer, Filozofia w XX wieku, str. X, Warszawa 2003).

Kołakowski, jeśli już uprzemy się, że był historykiem filozofii, to musimy pamiętać, że był właśnie takim historykiem filozofii o podejściu filozofa, a nie kronikarza (trzymając się wyrażeń z cytatu).

Weźmy jeszcze jeden fragment ze wspomnianego Wstępu – tym razem podkreślający wielką różnicę, jaka zachodzi między kronikarskim a filozoficznym podejściem do historii filozofii:

„Różnicę między historykiem filozofii kronikarzem a historykiem filozofii filozofem można, ryzykując uproszczenie, oddać sięgając do przenośni. Ten pierwszy jest w muzeum, ten drugi zaś - na rynku. Historyk kronikarz traktuje poglądy filozoficzne niczym obiekty muzealne, opisując je, wyjaśnia rozmaite ich osobliwości, znajduje zależności między nimi, śledzi ich początki, rozwój i następstwa. Filozof w roli historyka filozofii traktuje idee filozoficzne niczym produkty na rynku, bada ich wartość (słuszność, konkluzywność wspierających je argumentów), ich skuteczność roli narzędzia rozstrzygania zagadnień ich atrakcyjność porównaniu z rozwiązaniami konkurencyjnymi – i bierze je lub odrzuca” (tamże, str. X).

Takie teksty, jak Kołakowskiego „Jeśli Boga nie ma…”, „Obecność mitu” tu wręcz najczystsze przykłady wyniku pracy takiego „historyka filozofii o podejściu filozofa”.

Czym dokładnie jest filozofowanie tego historyka filozofii – oto kwestia, którą teraz przybliżę. Jest ono ukazaniem dwóch spraw: (a) żaden pogląd filozoficzny nie jest całkowicie uzasadniony. Kołakowski zdaje się uświadamiać czytelnikowi, że jakiekolwiek są idee, które wyznaje, to w zasadzie tylko je wyznaje, ale nic więcej (żadnych dowodów, ostatecznie przekonujących racji nie ma). (b) zawsze coś zyskujemy, ale również coś tracimy dokonując takiego a nie innego wyboru ideowego; i właśnie o tym, co dokładnie zyskujemy a, co tracimy wybierając te a nie inne idee traktuje znaczna ilość książek Kołakowskiego. Na przykład  „Jeśli Boga…” to w znacznym stopniu opowieść, o tym co konkretnie dostajemy, a co żegnamy akceptując lub negując tezę „Bóg istnieje”. For exemple: Kołakowski stwierdza, że tylko akceptując tę tezę możemy zachować przekonanie, że wyrażenie „prawda to zgodność myśli i rzeczy” ma sens (choć w samego Boga możemy wyłącznie wierzyć). Tylko opowiadając się za wspomnianą tezą możemy mówić, że istnieje coś takiego „dobro moralne” i „zło moralne”. Autor ten doszedł do tych konkluzji w taki oto sposób: Relatywiści i sceptycy jasno ukazali, że to, co nazywamy „prawdą” jest raczej naszym określonym przez ludzką biologię i kulturę mniemaniem niż poznaniem samej rzeczywistości. Każda „prawda” jest zawsze prawdą na miarę tego albo tamtego człowieka ewentualnie zwierzęcia. Prawda obiektywna to wynik poznawczy powstały poza procesami poznania – czyli rzecz wewnętrznie sprzeczna, absurdalna najdosłowniej. Prawdę obiektywną może poznawać tylko doskonały podmiot poznania, to znaczy Bóg (jego poznania dają prawdę obiektywną ponieważ boski punkt widzenia nie obciążony żadną skazą to jedyny taki punkt, z którego widać „jak jest naprawdę”). Nie jest jednak tak, że przyjmując Boga ludzie zapewniają sobie dostęp do wiedzy na temat tego jak jest naprawdę – oni tego nie wiedzą! Wiedzą jednak, że coś takiego jak „poznanie prawdziwe” w ogóle jest; wiedzą, że jakaś „prawdziwa prawda” istnieje i są nie wszystkie poglądy równie prawdziwe.

Odrzucając Boga odrzuca się jednocześnie „boski punkt widzenia” – coś takiego, jak „zgodność myśli i rzeczy” to pusty „slogan”, jak wyraził się Richard Rorty.

Podkreślić muszę, że powyższa interpretacja tezy Kołakowskiego „Albo Bóg, albo nihilizm poznawczy” nie jest jedyną – inne (tomistyczne) zaproponował na przykład ojciec Kłoczowski (egzegezą tego poglądu zajmowali się też: A. Nowaczyk, H. Eilstein).

„Albo Bóg, albo nihilizm moralny” to, jak wspomniałem, inna teza Kołakowskiego. Punktem wyjścia do jej uzasadnienia jest sławna uwaga Hume’a, że nie jest tak, że z „jest” wynika „powinien”. Stwierdzamy zawsze co najwyżej to, że coś jest. Moralność wymaga uzasadnienia powinności. Jednak liczne próby zawsze zawodziły. Religia zaś to jest właśnie ta domena, gdzie to, co jest i co być powinno zlewa się w jedną harmonijną całość. Jeśli jakieś przykazanie „jest” nakazane przez Boga, to akceptując jego istnienie nie można powiedzieć, że „nie powonieniem postępować tak, jak ono nakazuje”. Nie istnieje zatem moralność poza wiarą w Boga.

To jest „zysk” płynący z uwierzenia. Ale jest też „strata” – przyjmując Boga robi się to zawsze na zasadzie irracjonalnego aktu wiary. Nie potrafimy też w żaden czytelny sposób wyjaśnić, co właściwie przyjmujemy – doktryna religijna jest w znacznej mierze niezrozumiała.

Sytuacja egzystencjalna człowieka, jak wynika z tekstów Kołakowskiego, jest zatem naprawdę trudna. Czego się człowiek nie czepi w sferze ducha to zawsze robi to na zasadzie do końca nieuzasadnionej. Zawsze przy tym coś ważnego zyskuje, a coś innego, a też ważnego traci. Kołakowski nie był, oczywista, „największym polskim filozofem” ale choćby po to, żeby lepiej uświadomić sobie tę smutną, chyba nawet tragiczną sytuację, warto czasem sięgnąć po jego teksty i może spróbować poszukać jakiegoś z wyjścia z niej.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (23)

Inne tematy w dziale Rozmaitości