Samce mają dziś ode mnie międzyświąteczną, swoistą 'dyspensę' od rachunku sumienia, że są winne całemu złu tego świata. Ja dziś jestem oświecona i pod natchnieniem, że winne są samice. Zaraz udowodnię jakie one są głupie a nawet wredne!
Definicja samicy na potrzeby tej notki:
Baba - kura domowa, u której na pierwszy plan wysuwają się atawistyczne instynkta obrabiania jadła nad paleniskiem, które upolował lub naznosił jej do jaskini samiec.
Otóż celem życia takiego gatunku samic jest poddawanie obróbce wszelkich produktów żywnościowych tego świata - pochodzenia zwierzęcego jak i roślinnego - w zatrważających ilościach i najróżniejszych konfiguracjach. Ponieważ jednostka taka boi się wyjść z jaskini, żeby jej jakiś lew nie pożarł i nic więcej nie potrafi, zatem międli tą żywność i podstawia pod nos samcowi łudząc się, że trafi mu przez żołądek do serca, czyli mówiąc wprost - łudzi się, że jak mu naładuje kałdun po same dziurki w nosie, to się zrobi ciężki, rozpłaszczy zadek w jaskinii i jej nie rzuci, bo nie będzie miał siły wyleźć.
Ponieważ napchać nieprzyzwyczajonego samca z nierozciągniętym żołądkiem to nie prosta sprawa - zaczynają już od najmłodszych lat ich życia.
Od lat obiaduję w przedszkolach i przyglądam się jak wygląda atawistyczny proceder. Małe dzieci nie lubią mięsa i surówek. Przepadają w umiarkowanych ilościach za produktami mącznymi - makarony, naleśniki, leniwe, racuchy z prażonymi owocami, idą też kartofle, a w mniejszych ilościach ryż i kasza. Chętnie jedzą gotowane jarzynki. Jednak dzieci uczy się jeść wszystkiego i dużo, bo taka jest tradycja, że człowiek nie prosię - wszystko zje. Pod przykrywką wzniosłych teoryjek naukowych o białkach, witaminach i innych wynalazkach - gwałci się potrzeby kulinarne dzieci i wpycha na siłę mięso - karkówkę, od szynki, piersi z kur, uda indycze, na widok których dzieci wyrzyma. A całą resztę żarcia - w ilościach większych niż mogą przetrawić. Tresuje się je jak misie w cyrku:
- jak zjesz to i to, to dostaniesz w nagrodę po obiedzie cukierka
- jak nie zjesz, to nie będziesz się po obiedzie bawił
- jedz, jedz, bo jak nie będziesz jadł, to nie urośniesz i nie będziesz miał siły bawić się
- zjadaj, zjadaj za zdrowie babci, dziadka, mamusi i tatusia... etc.
Od małego zmusza się dzieci do jedzenia produktów żywnościowych w proporcjach, zestawieniach i ilościach jakie uznaje społeczeństwo, czyli kultura i tradycja, a nie w jakich domaga się człowiecza natura. Bo dorosły to przecież najmądrzejszy jest i drugim potrzebuje rządzić, a małym dzieckiem to w ogóle ma bezwględne prawo.
Ja w wieku przedszkolnym byłam krnąbrnym i upartym niejadkiem społecznym. Nikt nie był w stanie mnie złamać, żebym jadła co mi kazali. Najlepiej czułam się kondycyjnie jedząc Milupy - czyli kaszkowate odżywki będące zmieloną pszenicą, kukurydzą lub ryżem. Od wielkiego dzwonu lubiłam zjeść serdelka drobiowego, których skład to w przeważającej części kasza manna i soja no i odrobina skórek z kurczaka. Wszystko resztę co we mnie pchali trzymałam w buzi jak chomik od rana do wieczora aż mi się w końcu zęby popsuły i wyleciały. A przy nadażającej się okazji - to co nachomikowałam w polichach wypluwałam do sedesu.
Po prostu po zjedzeniu tego wszystkiego, co we mnie ładowali - czułam się źle. Ociężała, z gniotem na żołądku, bez energii do życia. A na pszenicy, kukurydzy i ryżu frygałam jak dzikie źrebię.
Z żalem patrzę, kiedy kobiety za wszelką cenę chcą złamać dziecka naturę i faszerują je wedle społecznego widzimisię, a nie wedle tego, co potrzebuje organizm dziecka. I z żalem patrzę jak dzieci łamią się pod presją i szantażem dorosłych.
Kolejnym etapem złamania natury jest nawyk, czyli przyzwyczajenie. Pożeramy w nadmiernej ilości posiłki o niewłaściwym dla naszego organizmu składzie i proporcjach z podświadomym lękiem, że jak zrobimy coś inaczej, to będzie źle. Bo człowiek ma taki wgrany przez naturę mechanizm, że boi się zmian. W dodatku kolejny mechanizm adaptacyjny człowieka - jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma - powoduje, że zaczynamy uwielbiać to, czym nas za dzieciństwa gwałcili i rozpychamy żołądki do granic możliwości.
Efektem naszej kultury jest fakt, że masowo żremy jak nigdy w historii świata, samice podstawiają nam pod nos coraz więcej i więcej - mięcho, kiełbachy, tłuste sosy, węglowodanów jak dla chorej krówki, czyli pół kubełka, ciasta, desery...
A potem, gdy już człeku z przeżarcia w drzwi się nie mieścisz, dopada Cię nadciśnienie, cukrzyca, udar, zawał, to wredne samice z kpiarskimi minkami dopiekają:
- No i co? Trzeba było tyle nie żreć i ruszać się więcej. Kto to widział, żeby wyhodować sobie kałdun z 25 kg kamieni kałowych w środku?
Potem Cię drogi samczyku pochowają, popłaczą nad grobem i za odziedziczoną po Tobie większą emeryturę rozpychają kolejne pokolenia - swoje wnuki.
NA POHYBEL TRADYCJOM KUR DOMOWYCH !!!
Weźcie idźcie samce po rozum do głowy, wygońcie samice kijem z kuchni i sami weźcie się za gotowanie. Może dzięki temu da się jeszcze coś uratować z tej naszej przeżartej, ociekającej zwałami tłuszczu cywilizacji.
P.S.
Jakby komuś poszły domysły nie w tę stronę co potrzeba, to wyjaśniam, że notka nie ma nic wspólnego ze świętami i moimi odwiedzinami u mamusi. Moja mamusia prawie nic nie gotuje, bo wie, że ja prawie nic nie jem. I wie, że mnie nie złamie, bo męczyła się ze mną całe dzieciństwo. Napisałam notkę, bo tak mnie naszło ni z tego ni z owego. O!


Komentarze
Pokaż komentarze (48)