Dziś jedna z moich jedenastoletnich korkowiczówien przybiegła na lekcję i z zadowoleniem oznajmiła:
- Nic nie mamy zadane z matematyki, bo byliśmy w kościele i nie było przyrody i matematyki.
- Taaak? - zapytałam z ciekawością - A co robiliście w kościele?
- A nic. Oglądaliśmy obraz.
- Tylko oglądaliście obraz? Tak długo? Aż przez dwie lekcje?
- No nie tylko. Ksiądz jeszcze długo gadał.
- A co gadał?
- A nie wiem.
- Nie słuchałaś?
- Nie.
- No tak - udałam, że rozumiem moją uczennicę - Księża na ogół długo gadają. I nudnie. Nie da się słuchać - pokazałam grymasem twarzy w pół uśmieszku, że znam sprawę i mrugnęłam do dziewczynki okiem.
- Noooo, oj tak ciociu, oj tak - dziewczynka również wykrzywiła buźkę półuśmieszkiem i przewróciła oczami do góry.
- A jaki to był obraz? - pytałam dalej ciekawa.
- Yyyy... mmm... chyba Matki Bożej. Tak, Matki Bożej. Kopia. Bo oryginał jest bardzo cenny i nie wystawiany na widok publiczny. A tą kopię wożą po całym kraju i pokazują. I musieliśmy iść dzisiaj, bo jutro już zabierają ją z naszego kościoła i przewożą gdzieś dalej.
- Aha. No dobra. To powtórzymy cały materiał. Zobaczymy ile pamiętasz z działu o czworokątach. Do pracy.
********
Jak dobrze, że mamy Kościół Katolicki. Wiosna, słoneczna pogoda, ciepło. Dzieci nie muszą dusić się i krzywić kręgosłupów w czterech ścianach ciasnej klasy. Mogą przejść się po świeżym powietrzu, dotlenić, złapać trochę słońca... witamina D3 przyswoi wapń do kości, dzieci będą silne i zdrowe...
A matematyka? Matematykę zrobi z nimi ciocia Ola na korepetycjach. W końcu od czego ma się ciocię Olę?
;)))


Komentarze
Pokaż komentarze (121)