Chodzi o początek ostatniej wojny w Gruzji. Gdy wojska Micheila Saakaszwilego najechały Osetię Południową, doszło także do wymiany ognia z rosyjskimi siłami pokojowymi stacjonującymi w zbuntowanej prowincji. Dla Moskwy był to casus belli.
Teraz swoje zrozumienie dla działań Kremla wyraził amerykański ambasador - John Beyrle. Jego wywiad dla rosyjskiego dziennika "Kommersant" cytuje izraelski portal Debka.
Ambasador stwierdził, że Waszyngton w żaden sposób nie sankcjonował początkowych posunięć Gruzji, gdy jej siły po serii incydentów granicznych, zaatakowały Osetię Południową, uruchamiając zmasowaną odpowiedź Rosji. - Nie chcieliśmy, by [Gruzja] użyła siły i stwierdziliśmy to jasno - powiedział Beyrle. - To, że próbowaliśmy przekonać władze Gruzji, by nie podejmowały takich kroków, świadczy o tym, że nie chcieliśmy, by to się stało.
To pierwsza pozytywna dla Rosji wypowiedź przedstawiciela amerykańskiej administracji po wybuchu wojny w Gruzji. Według analityków portalu Debka - który donosił także o ostatnich zakulisowych negocjacjach Moskwy z Waszyngtonem - decydenci w obu stolicach doszli do wniosku, że napięcie między mocarstwami jest zbyt duże.
Dlatego - jeśli Rosja powstrzyma się od dalszych agresywnych kroków, np. rozmieszczenia rakiet w Syrii, czy potyczek w Gruzji - USA nie będą dążyły do międzynarodowej izolacji Moskwy. Poparcie Stanów Zjednoczonych dla członkowstwa Rosji w WTO jest nadal aktualne. Zimna wojna - na razie - odwołana.
Ale kolejna próba sił między Moskwą a Waszyngtonem zapewne już niedługo. Tylko, co na to wszystko Warszawa? Prezydent i premier będą twardo trzymać stronę Ameryki?
To pewne.
Ciekawe, czy USA zapewni nam bezpieczeństwo energetyczne, czym chwalił się Tusk i Prezydent.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)