Ambasada Chin ostrzega premiera i polski MSZ: rondo Wolnego Tybetu na warszawskiej Woli
"mogłoby wywołać nieobliczalne reakcje społeczeństwa chińskiego".
"Realizacja rzeczonej inicjatywy byłaby wydarzeniem bezprecedensowym nie tylko w skali Polski, ale i całości kontaktów Chin ze światem" - usłyszał szef departamentu Azji i Pacyfiku MSZ Tadeusz Chomicki podczas spotkania z panem Ma Taotao, II sekretarzem wydziału politycznego ambasady ChRL.
Chińską dyplomację postawiła na nogi błyskawiczna akcja stołecznych samorządowców. Wybrali skrzyżowanie ul. Kasprzaka i al. Prymasa Tysiąclecia i 11 grudnia chcą je nazwać rondem Wolnego Tybetu.
W tym dniu do Warszawy przyjeżdża Dalajlama, by wygłosić na Torwarze wykład dla kilkutysięcznej publiczności.
Wiadomość o proteście ambasady Chin dotarła wczoraj do komisji nazewniczej, która opiniowała nazwę ronda na Woli.
Radni czytali na głos notatkę MSZ z groźnym przesłaniem: "Przedostanie się informacji o tej formie poparcia Polski dla niepodległości Tybetu do chińskich mediów mogłoby wywołać nieobliczalne reakcje społeczeństwa chińskiego".
Dlatego ambasada ma nadzieję, że "rząd RP podejmie właściwe działania zapobiegawcze". Zauważa, że rady Woli i Warszawy "są kontrolowane przez przedstawicieli partii rządzącej, na której czele stoi obecny premier RP".
W kwietniu w MSZ pojawiła się pani Yu Ruilin, by zaprotestować w imieniu rządu Chin. Poszło o zaproszenie dla Dalajlamy i stanowisko Rady Warszawy "przeciwko łamaniu przez władze chińskie praw człowieka, w tym w szczególności przeciwko brutalnemu pacyfikowaniu pokojowych i wolnościowych manifestacji Tybetańczyków".
Pani Yu Ruilin chciała, by MSZ wpłynął na "instytucje samorządowe w celu unikania działań potępiających rząd chiński w przyszłości".
MSZ odpowiedziało krótko: nie jest władne udzielać wskazówek niezależnemu samorządowi i radnym wybranym w wyborach bezpośrednich.
Kolejny raz ambasada Chin przypomniała się jesienią. Podczas przygotowań do stołecznej wizyty Dalajlamy na biurku jednej z urzędniczek gabinetu prezydenta miasta zadzwonił telefon. Pytanie brzmiało tak:
"Czy ten Chińczyk planuje przyjazd na zaproszenie prezydent Warszawy?".
Potem była próba zaproszenia przedstawicieli Ratusza na rozmowę o stosunkach polsko-chińskich. Na pytanie urzędniczki, dlaczego chińska dyplomacja chce debatować nad polityką międzynarodową z samorządowcami, padła odpowiedź:
"Bo przyjeżdża tu taki jeden Chińczyk".
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna


Komentarze
Pokaż komentarze