Dwóch zwycięzców i jeden skazaniec, który tym razem nie uniknie stryczka (Napierniczak). Sondażowe wyniki są zaskakujące. Przede wszystkim wielki, nadspodziewany triumf Donalda Tuska, który na finiszu kampanii przez moment znalazł się przecież w defensywie. Zaskakuje duża różnica głosów między PO a PiS, prawie identyczna jak w poprzednich wyborach. Wtedy ten wyniki był efektem pospolitego ruszenia wyborców, pod hasłem pogrzebania projektu IV RP, co znalazło odzwierciedlenie w relatywnie wysokiej frekwencji – 53,9%. Teraz stało się to samo, już bez takiej mobilizacji elektoratu (prognozowana frekwencja 47,7%). W dodatku po udanej kampanii wyborczej PiS i marnej, bezbarwnej PO. Jarosław Kaczyński ma nad czym się zastanawiać.
1. Podział mandatów w Sejmie wskazuje, że do uzyskania większości, PO potrzebuje tylko jednego partnera. Nawet mariaż z SLD, które uzyskało niewiele mandatów, daje minimalną większość.
2. W dodatku PSL, RPP, SLD przebierają nogami by znaleźć się w tej koalicji. Dla PSL, urzędy i stołki są racją bytu w polityce, dla SLD koalicja może być szansą na zahamowanie marginalizacji, a dla Palikota to spełnienie politycznych ambicji. Nawet jeśli stery rządu wciąż dzierżyć będzie dotychczasowa koalicja (a tak zapewne się stanie), to siła przetargowa Waldemara Pawlaka znacząco spadnie. Wciąż będzie czuł na plecach oddech Janusza Palikota wiedząc, że rezerwowy koalicjant czeka w przedpokoju gabinetu premiera.
3. Zwycięstwo partii rządzącej w kolejnych wyborach to siłą rzeczy znacznie silniejszy mandat od wyborców.



Komentarze
Pokaż komentarze