„Tysięczny tłum spija słowa z mych ust, kochają mnie”. Już na początku lat 80-tych, zespół Perfect antycypował wiekopomną rolę Jarosława Kaczyńskiego w polskiej polityce. Nic dziwnego, to w końcu był band Zbigniewa Hołdysa, człowieka który zna się na wszystkim i nie waha się o tym mówić. Mówiąc o szczególnej atencji, jaką cieszy się prezes PiS wcale nie ironizuję ani nie pokpiwam. Wystarczyło, że w przemówieniu, które wygłosił tuż po ogłoszeniu wyników wyborów wspomniał o Budapeszcie i od razu podniosła się fala ogólnonarodowej dyskusji. Jedni, zgodnie z intencją prezesa, dostrzegli w tym nadzieję na cudowną odmianę złego losu, innym skojarzyło się źle, bo z krwawą rewolucją węgierską 1956 roku. Media wnet rzuciły się w wir poszukiwań analogii do rządów Viktora Orbana i rozmaitych odniesień historycznych. Internet huczy od żartów, dowcipów, anegdot o bratankach co do szabli i do szklanki nadają się jak nikt inny, o papryce i węgierskiej kuchni. Istna promocja kraju nad Dunajem. Szaleństwo.
Innym razem zacytował Jarosław, fragment wiersza, o „zdradzonych o świcie” i z miejsca lud wpadł w histerię. Wszyscy nagle ujawniają się jako znawcy i wielbiciele poezji, z półek księgarń znikają tomiki wierszy Herberta. Huczy dyskusja kto, kiedy, dlaczego, i pod jakim warunkiem może cytować poetów. Głos zabiera wdowa (a jakże) po zmarłym wieszczu, protestuje i zabrania. Normalnie paranoja jakaś.
I tak jest zawsze. Czy wobec powyższego należy dziwić się, iż Jarosław Kaczyński jest kosmitą? Gdyby moje słowa miały taką siłę, dawno już wylądowałbym u czubków.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)