Kiedy 11 listopada patrzyłem na podpalony wóz techniczny TVN-u, z miejsca zdałem sobie sprawę, że dopiero ten płomień rozgrzeje dyskusję wokół ulicznego bandytyzmu. Pobicie dziennikarza Polsatu, po niedzielnej demonstracji w Poznaniu dolało tylko oliwy do ognia. Różne rzeczy uchodzą u nas na sucho, ale nie zadzieranie z mediami. Tak było kiedy pojawił się pomysł lustracji dziennikarzy, a także wtedy gdy ujawniono podejrzenia w sprawie inwigilacji kilku przedstawicieli mediów. Takie sprawy natychmiast zyskują wysoki priorytet. Teraz też już podjęto inicjatywę, dotyczącą zmiany w ustawie o bezpieczeństwie imprez masowych, w myśl której dziennikarz byłby chroniony w taki sam sposób jak policjant na służbie. Agresję wobec przedstawicieli mediów należy bezwzględnie potępić (podobnie jak przemoc kierowaną do wszystkich innych ludzi i środowisk), ale nie może być tak, żeby w debacie toczonej na ten temat, dziennikarze usadowieni w wygodnych fotelach recenzentów, zajmowali się wyłącznie wskazywaniem drzazgi u innych, nie widząc belki we własnym oku.
Prawdą jest, że agresją zioną politycy rzucając się sobie do gardeł przy każdej nadarzającej się okazji. Jest faktem, że przed wyborami, dla doraźnych korzyści politycznych, Jarosław Kaczyński otworzył puszkę Pandory legitymizując kiboli jako środowisko patriotyczne. Chciał ich instrumentalnie wykorzystać i porzucić, ale oni poczuli się pełnoprawnym bytem politycznym i dziś są jak wstydliwa kochanka z przeszłości, która wszczyna pijackie burdy w najmniej odpowiednich momentach. Ale bez wątpienia agresję prowokują też niektóre środowiska medialne. Z jednej strony media ojca Rydzyka głosząc ksenofobiczny katolicyzm, z drugiej Gazeta Wyborcza i Krytyka Polityczna organizując blokadę legalnej demonstracji, zapraszając zadymiarzy z zagranicy, tworząc atmosferę zbrojnej konfrontacji i lekką ręką przyklejając łatkę faszystów swoim oponentom politycznym. Inne media też nie są święte.
Największy wpływ na kształtowanie ocen i modelowanie postaw mają media elektroniczne. Bożkiem, medialnych decydentów są dziś wskaźniki oglądalności i to one ich zdaniem rozgrzeszają miałkość przekazu i odpowiadają za stabloidyzowaną wizję rzeczywistości. W myśl tej zasady, newsem godnym zainteresowania jest przede wszystkim mord, gwałt, mordobicie, strzelanina, stek inwektyw rzucany z mównicy sejmowej etc. Dokładnie według tej recepty relacjonowano obchody Święta Niepodległości. Do dziś trwa dyskusja o marszu, którego - gdyby chcieć opierać się na przekazie mainstreamowych mediów - w ogóle nie było. Tylko kibole naparzali się płytami chodnikowymi na placu Konstytucji i palili samochody na placu Na Rozdrożu. Dziesięciu tysięcy ludzi, którzy w spokojnym pochodzie przeszli pół miasta już dziennikarze nie zauważyli. Czy taki sposób prezentowania rzeczywistości jest uczciwą relacją czy może jednak napędza spiralę agresji? W ten sposób tworzy się przecież błędne koło. Nierzetelny przekaz formuje rzeczywistość zamiast ją relacjonować. Politycy, ale też bandy kiboli, chcąc zaistnieć dopasowują swoje zachowanie do oczekiwań mediów, a to tylko potęguje agresję. Potem Jarosław Kaczyński, z pianą na ustach, próbuje się odegrać mówiąc o polskojęzycznych mediach, co jeszcze bardziej nakręca krytykę dziennikarzy i polityków. I tak w kółko, aż do momentu, w którym wszystkich połączy narodowe nieszczęście, takie jak śmierć polskiego papieża albo katastrofa smoleńska. Wtedy na chwilę milkną inwektywy i pojawia się przesłanie miłości, szacunku i zrozumienia. Kiedy pierwsza trauma mija, podziały okazują się głębsze niż były a błędne koło toczy się dalej.
Media są czwartą władzą, a dziennikarze niczym święte krowy, upojeni fetyszem własnej potęgi są tak samo aroganccy jak przedstawiciele wszystkich trzech jej pozostałych organów. Nawet ci, których szanuję, nie są w stanie przyjąć krytyki postępowania własnego, ani swoich kolegów. Nie jeden raz trafiał mnie szlag, kiedy arogancko, ex cathedra, Grzegorz Miecugow odpowiadał na zarzuty telewidzów w „Szkle kontaktowym”, nawet wtedy, gdy krytyka była chłodną, merytoryczną oceną. Przewaga redaktora jest tu oczywista, można powiedzieć „nie sportowa”. Wiadomo, że do niego będzie należało ostatnie słowo i puenta. Niestety w Polsce wciąż funkcjonuje mit rzetelnego, obiektywnego dziennikarstwa. I prawie każdy dziennikarz uważa, że to on jest tym obiektywnym i rzetelnym. To bzdura, widać przecież gołym okiem, kto do której partii „się zapisał”. Ale ja nie jestem aż tak wymagający. Rzetelność rzeczywiście by się przydała, ale obiektywizm bym dziennikarzom odpuścił. Mają prawo mieć własne poglądy i trudno oczekiwać, żeby pracowali wbrew sobie. Tylko darujmy sobie wreszcie tą hipokryzję.
Komentarze
Pokaż komentarze (5)