Od czasu do czasu chodzą słuchy, że Aleksander Kwaśniewski zamierza pomajstrować przy montażu ZLewu, czyli objąć patronatem projekt zjednoczenia lewicy. Zarówno SLD, jak i Ruch Palikota zwisają mi kalafiorem, mogę więc chłodnym okiem przyjrzeć się tej inicjatywie. Z Kwaśniewskim sprawa jest prosta. To taka cyniczna gra na osłabienie groźnego konkurenta SLD, ale co z tego politycznego mezaliansu miałby mieć Janusz Palikot?
Fundamentem sukcesu Palikota jest świeżość, jaką jego ruch wpuścił w zatęchłą atmosferę polskiej sceny politycznej. Radykalne hasła obyczajowe i antyklerykalne, pociągająca młodzież bezkompromisowość, formuła politycznego happeningu czerpiąca pełnymi garściami z dorobku Pomarańczowej Alternatywy, antyestablishmentowość i mit wejścia spoza układu politycznego. Nawet sam Janusz Palikot, jako wieczny kontestator rzeczywistości, jest postrzegany w ten sposób mimo, że odcisnął wyraźne piętno w polityce, często głosząc poglądy sprzeczne z tymi, które dzisiaj wypisane są na sztandarach jego partii. To co może zaoferować SLD, to zneutralizowanie wszystkich wymienionych atutów. Partia z wyraźnym stygmatem na czole, która nigdy nie zdołała pozbyć się piętna formacji komunistycznych aparatczyków. Ugrupowanie przegrane, obciążone błędami sprawowania władzy, skompromitowane aferami, nie wyraziste i bez pomysłu na siebie, które próbuje licytować się na europejskość z Platformą Obywatelską. Ekipa, za którą czają się zmartwychwstałe upiory przeszłości: Dyduch, Janik, Waniek, Oleksy et consortes. Zamiast paktowania, przydałby się tu raczej osinowy kołek. Alians z tą wesołą czeredą to kierunek samobójczy. Doprowadziłby jedynie do zamazania różnic między tymi ugrupowaniami. Znacznie lepszą strategią jest przejęcie niektórych działaczy SLD, ale tutaj też trzeba uważać, żeby dawka nie okazała się zbyt ciężko strawna i nie odbiła się czkawką



Komentarze
Pokaż komentarze (5)