Upojny smak zwycięstwa często bywa zwiastunem porażki. Wódz, który w geście triumfu stawia stopę na torsie pokonanego wroga i ma dość siły by skazać na wygnanie głównego konkurenta do władzy, traci czujność. To właśnie z powodu pychy, starożytni władcy ogłaszali swoją boskość i stawali się podmiotem kultu poddanych. W sprawie ACTA, Donalda Tuska poniosła arogancja i buta. Na własne życzenie zapędził się do narożnika. Wpadka tym bardziej bolesna, że z punktu widzenia rządu, gra nie toczyła się o wysoką stawkę. Początkowo, głównie chodziło o prestiż, związany z faktem, że z przyjęcia ACTA przez Radę Europy, uczyniono jeden z sukcesów polskiej prezydencji. Wobec skali protestów, prestiż przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, ale upór premiera zrobił z tego sprawę honorową. Dlatego kluczył, miotał się, parował ciosy, ale i tak musiał w końcu ustąpić.
Donald Tusk potrafi być zręcznym graczem. Wbrew nadziejom wielu oponentów, nie doszło do istotnego rozprężenia w szeregach władzy. Premier zarządził odwrót z pola walki, w zwartym szyku, z bronią i ze sztandarami. To co zaprezentował na piątkowej konferencji prasowej, to naprawdę kawał udanego piaru. Chmurny Tusk, zamienił się znów w sympatycznego gościa. Skrócił dystans, posypał głowę popiołem, wyznał grzechy i obiecał poprawę. Takiego faceta nie sposób nie lubić. W końcu, kto z nas jest bez wad? Jednocześnie, meritum dotyczące ochrony własności intelektualnej w internecie, umiejętnie przeniósł poza sferę sporu. Co więcej, z gorliwością neofity, odział się w szaty czołowego lobbysty, na rzecz zatrzymania ACTA na gruncie europejskim. Kto wie, czy ta zuchwała zagrywka nie okaże się skuteczna wizerunkowo. W końcu, mimo całej niechęci do polityków, przeciwnicy ACTA potrzebują zinstytucjonalizowanego orędownika swojej sprawy. A urzędujący premier, w roli sojusznika może być nie do pogardzenia. Wydaje się, że Donald Tusk zaczął powoli odzyskiwać grunt pod nogami.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)