Marcin Horała Marcin Horała
95
BLOG

Trochę o trybie życia i szanowaniu czasu

Marcin Horała Marcin Horała Rozmaitości Obserwuj notkę 5

Zabawne jak ze zmianą wieku i sytuacji życiowej zmieniają się przyzwyczajenia człowieka. Kiedyś na przykład wczesne poranne wstawanie było dla mnie rzeczą bliską niemożliwości. W liceum notorycznie się spóźniałem a często i opuszczałem pierwsze lekcje. Na studiach również byłem rzadkim bywalcem na zajęciach zaczynających się o 8 rano (bo musiałbym wówczas wstawać ok. 6:40).

 

Nieskończoną ilość razy powtarzał się ten sam schemat:

 

Dzwoni budzik powiedzmy o 7. Szybka analiza – jak pośpię o 15 minut dłużej to jeszcze się wyrobię. Przestawiam i zasypiam. Dzwoni budzik o 7.15. Szybko myję zęby, ubieram się i stwierdzam że jest 7:23 a chyba dam radę zdążyć jak wyjdę z domu 7:40. Więc ubrany KŁADĘ SIĘ PONOWNIE nastawiając budzik na 7:37. Dzwoni budzik o 7:37 a ja zaspany stwierdzam „a co tam, i tak na wykładzie nie sprawdzają obecności” i śpię dalej, w ubraniu, przestawiając budzik na za godzinę.

 

A teraz? Teraz budzik dzwoni 6:13 a ja od razu wyskakuję z łóżka i zaczynam poranne czynności i od wielu lat nie zdarzyło mi się zaspać na jakąkolwiek okazję. Jedyne co mi zostało z dawnych lat to maksymalizowanie czasu porannego spania. Wszystkie poranne czynności mam ograniczone do minimum (np. nie jem śniadania w domu a kanapki do pracy czekają w lodówce zrobione poprzedniego wieczora) i czas na owe czynności dokładnie co do minuty wyliczony (stąd ta 6:13), tak żeby nie zmarnować nawet kilku minut które mógłbym jeszcze przespać.

 

I aż mam ochotę powiedzieć mojej Mamie, która pewnie przeczyta te słowa bo śledzi mojego bloga: HA, WYSZŁO NA MOJE. W czasie liceum i studiów (w czasie studiów też mieszkałem w domu rodzinnym) narzekała na moje podejście do wstawania (i idące za tym przesiadywanie do późnych godzin nocnych) twierdząc że potem w życiu będzie mi przez to ciężko jak będę musiał wstawać do pracy i będę miał różne inne obowiązki. Odpowiadałem na to: lubię sobie posiedzieć w nocy i pospać rano. Zmuszanie się do rannego wstawania kiedy nie muszę tylko dlatego że kiedyś będę musiał to jakby sobie celowo złamać rękę po to żeby przyzwyczajać się do bólu bo kiedyś pewnie rękę złamię. Oczywiście teraz nadal jestem sową, mój naturalny rytm to chodzenie spać o 2-3 w nocy i spanie do 10 rano (rok wymuszonego pracą spania w godzinach 22-23 do 6 jakoś mi nie „przestawia biologicznego zegara” i już po dwóch trzech dniach wolnych wracam do trybu 2-3 do 10 jeżeli ma do tego warunki) – ale pomimo naturalnej sowowatości wstaje codziennie bez problemu o tej sakramenckiej 6:13 i o ile pamiętam przez 6 lat pracy zawodowej nie zdarzyło mi się zaspać do pracy (w szkole i na studiach zdarzało mi się to kilka razy w tygodniu).

 

Godzenie pracy zarobkowej, pracy radnego, kilku innych zaangażowań społecznych i bycia mężem i ojcem dwóch maluchów po prostu wymaga sprawności organizacyjnej, punktualności i tym podobnych (choć pewnie żona powiedziałaby że mam jeszcze pole do poprawy). Nie wspominając już o tym, że na przykład moje córki drugi raz nie będą miały dwóch lat i każda chwila którą mógłbym z nimi spędzać a nie spędzam jest dla nas stracona bezpowrotnie. Błyskawicznie nauczyłem się więc szanować czas jako najcenniejszy zasób, do pewnego stopnia cenniejszy od pieniędzy (na przykład pomysł żeby poświęcić godzinę więcej na zakupy po to, żeby zaoszczędzić na nich mniej niż 10 złotych jest dla mnie absurdalny)

 

I tu coś, co mnie w miarę jak się starzeję coraz bardziej wkurza – mam potęgujące się wrażenie życia w kulturze marnowania czasu. Jakbym był jedynym pracującym, zaangażowanym społecznie rodzicem w mieście rencistów, wczesnych emerytów, singli, bezrobotnych i rentierów.

 

Przykład:  wpadam przypadkiem na znajomego którego jedynym zajęciem jest 40 godzin pracy w tygodniu i obowiązki domowe singla żyjącego u rodziców, a który prosi czy nie mógłbym go podwieźć na zakupy bo PADA DESZCZ (nie ma samochodu). Dzięki temu że nie będzie jechał trolejbusem zakupy mu zajmą godzinę zamiast półtora i nie zmoknie. Za to ja właśnie skończyłem pracę, nie jadłem jeszcze obiadu, jestem w drodze do domu – z którego za dwie godziny musze wyjść na posiedzenie komisji, z którego z kolei wrócę późnym wieczorem gdy córki będą spały a mi pozostanie kilka domowych obowiązków i pójście spać. Znajomy jest wyraźnie zawiedziony że odmawiam (i w ogóle cieszę się opinią lekko zadzierającego nosa i nieużytego bo np. odmawiam niemal wszystkich propozycji zajmujących czas na które się choć kilka dni wcześniej nie umówiłem). A przecież znajomy żąda żebym poświęcił 50% mojego wolnego czasu tego dnia po to, żeby on mógł zaoszczędzić jakieś 7-8% swojego. Analogicznie żeby mu zająć tyle samo jego wolnego czasu musiałbym wpadnąwszy na niego przypadkiem zaproponować mu coś, co by zajęło 4-5 godzin.

 

Inny przykład: członek rodziny prosi mnie o pomoc w pewnej domowej pracy, której sam ze względów fizycznych nie jest w stanie wykonać. Ponieważ w tygodniu w dokładnie WSZYSTKIE dni jestem zajęty do 20-21 (od 7 rano) umawiamy się w pewien dzień na 21 (ma świadomość że tego dnia cały dzień byłem zajęty i pomagając mu poświęcam ostatnią wolną godzinę w ciągu dnia plus pozbawiam się trochę snu). Przyjeżdżam i co widzę – że ów krewny właśnie się zabiera do prac przygotowawczych, które mógł spokojnie wykonać sam, które są niezbędne żeby zacząć właściwą pracę – i opóźnią ją o jakieś 30-45 minut. Przez tydzień (o tyle wcześniej się umówiliśmy) nie znalazł na nie czasu (a jest pasywny zawodowo i ma dorosłe mieszkające samodzielnie dzieci). Nie pomyślał również żeby zadzwonić i powiedzieć żebym przyjechał pół godziny później (dzięki czemu mój wolny czas tego dnia wzrósłby o nieskończoność procent bo od zera)…

 

Oczywiście mógłbym powiedzieć, że jest coś nie tak akurat z moimi znajomymi i rodziną i pewnie byłoby coś na rzeczy z rodziną (ta, z którą utrzymuję w miarę stały kontakt to gdzieś w 80% ludzie mający z definicji nadmiar wolnego czasu – emeryci, single, bezdzietni lub z dawno odchowanymi dziećmi itp.) ale obserwuję podobne zjawiska nagminnie u zupełnie obcych ludzi. Dlatego na przykład unikam robienia zakupów na rynku, mimo iż są tam zazwyczaj lepsze produkty niż w markecie – bo w markecie jadę z wózkiem, rachu-ciachu wrzucam co mam liście, i jedyne co mnie może spowolnić to kolejka do kasy. Tymczasem na rynku muszę odstać kilka kolejek (do budki z warzywami, do budki z mięsem, do budki z nabiałem i tak dalej) za każdym razem słuchając dialogów typu:

 

  1. „a ta rzodkiewka (czy tam łotewer) to aby świerza/dobra?” I - co za zdziwienie - na setki takich pytań wszystko zawsze okazuje się świerze i dobre. Ludzie, czy wy naprawdę uważacie że sprzedawca wam sam powie że ma nieświeży i niedobry towar którego lepiej nie kupować?
  2. „pani pokaże ten schab od spodu, a może tamten kawałek co tam leży, a nie nie ten tylko tamten, tak ten, no nie wiem, może jednak ten pierwszy, a może ten, ale ten to taki poprzerastany jakiś”. Czy żyję wśród jakichś superbohaterów z tajemną mocą liczenia żyłek w mięsie? Dla mnie wszystkie kawałki wyglądają tak samo, a jak się zdarzy że się różnią to od razu wiem który wolę bardziej…
  3. „o złociutka tak sobie myślę że może bym jutro zrobiła mielone to by mi się tak z pół kilo przydało, albo no nie wiem może jednak schabowy, w końcu to niedziela to może schabowe lepsze choć w sumie czy mi się chce je tłuc”. Czy nie można tego rodzaju refleksji doświadczać w drodze na zakupy lub stojąc w kolejce, po to żeby doszedłszy do kasy powiedzieć po prostu „pół kilo mielonego proszę”?

 

Ale i w markecie bywa nieciekawie. Stoję w kolejce do kasy i widzę jak kilka osób przede mną delikwent/delikwentka stoi i patrzy jak wół na malowane wrota na kasjerkę skanującą kody na produktach (zamiast je od razu pakować) po czym jak pada cena zaczyna obszukiwać kieszenie w poszukiwaniu portfela (jakby nie mógł go sobie przygotować wcześniej stojąc w kolejce) po czym powolnymi pełnymi godności ruchami zaczyna pakować zakupione produkty (a kolejka stoi i zapuszcza korzenie). Nie mówiąc o kasjerkach ruszających się jak muchy w smole dzięki czemu mają wiecznie nie rozładowaną kolejkę – i jednej kasie na trzy czynnej z dłuugą kolejką podczas gdy reszta personelu niespiesznie przestawia towar z półki na półkę albo kręci melancholijnie kółka z mopem po raz enty wycierając ten sam kawałek podłogi.

 

Ostatnio zdarzył mi się ewenement stania w kolejce do bankomatu (był w centrum handlowym w godzinach zakupowego szczytu) i oczywiście na pięć osób przede mną cztery zaczęły szukać po kieszeniach portfela i wyłuskiwać z niego kartę dopiero gdy już stały przy bankomacie.

 

Nie wspominając o całych tabunach osób dla których „szanowanie swojej pracy” jest synonimem do celebrowania z namaszczeniem każdej drobnej czynności obowiązkowo przerywane kilka razy dziennie przerwą na kawę, papierosa, kanapkę itp.

 

Mam poczucie że gdyby marnowany czas zmaterializować w formie gazu i pokolorować na czarno wszędzie dookoła biłby w niebo gęste kłęby dymu, ulatujących nam przez palce minut i godzin w których moglibyśmy zarobić na lepsze życie, zrobić coś polepszającego naszą wspólnotę, spędzić wartościowy czas z naszymi ukochanymi/bliskimi/przyjaciółmi, nauczyć się czegoś pożytecznego. Zamiast tego stoimy w kolejkach za ślamazarami i czekamy na spóźnialskich – po to żeby kiedy przyjdzie nasza kolej samemu się spóźniać i kazać na siebie czekać (ale za to spokojnie jak człowiek wypijemy sobie w pracy trzy kawy dziennie).

Z wykształcenia prawnik i politolog. Z zawodu specjalista organizacji zarządzania procesowego i zarządzania projektami. Z zamiłowania samorządowiec i publicysta. Radny miasta Gdyni, ekspert Fundacji Republikańskiej, przewodniczący Zarządu Powiatowego PiS w Gdyni. Zamierzam kandydować na urząd prezydenta miasta Gdyni.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Rozmaitości