Boję się myśleć ile jeszcze notek opublikuję w nawiązaniu do pierwszej części.
Trzeci etap zaogniania się konflitu osiąga właśnie swoje apogeum (dla przypomnienia 1 etap - ośmieszanie, 2 - lincz, 3 - konfrontacja fizyczna). Mamy już lecące w stronę tablicy słoiki z fekaliami i straszenie zgromadzonych pod krzyżem atrapą (?) granatu. Ładunek nienawiści i agresji w stosunku do obrońców krzyża osiąga masę krytyczną. Co stanie się po jej osiągnięciu? Wybuch?
W międzywojennym Krakowie spory polityczne przyjmowały nieraz bardzo drastyczną formę. W starciu endeków z pepeesowcami potrafiło dojść do rękoczynów, a w spotkaniu syjonistów ze zwolennikami Bundu nawet do walki na noże. Na właśnie taki obrót spraw czekam. Aż ktoś wreszcie pchnie jednego z zebranych pod Pałacem Prezydenckim nożem. Aż nie wystarczą przepychanki i w ruch pójdą pięści. Aż skończy się to tragicznie.
Naturalnie policja nic w tej sprawie nie robi. No to co, że konfikt się zaostrza? Nasi biedni stróże prawa mają jak zwykle związane ręce. Czekają. Czuwają. Trwają na posterunku. Tylko po co? Po co w ogóle są tam potrzebni, skoro nie gwarantują zgromadzonym pod smoleńskim krzyżem bezpieczeństwa? Żeby, gdy wreszcie coś się stanie, zapewniać, że zrobili wszystko, co było w ich mocy? Przecież każdy wie, że to bujda. Nawet oni sami.
Prezydent też naturalnie nie zrobi nic. Przecież Tomasz Nałęcz mu to odradza. A prezydent niczego, naturalnie, nie robi sam. Bo jeszcze palnie coś o "kaszalotach". I znowu feministki się oburzą, a lewicowe poparcie jest mu teraz pilnie potrzebne. Niby co tam robi wyżej wspomniany gołąbek pokoju, doradca prezydenta w sprawach historii (skądinąd niezły historyk), który oburza się w sprawie Ossowa. Dba swoją obecnością o lewicowy wizerunek. I broni pojednania z Rosjanami*. Bo z Polakami nie ma co się jednać. "Zgoda buduje." Że niby prezydent ma być mediatorem, łączyć podzielonych? Jest problem - jest i wymówka. Przecież to właśnie gdyby zabrał głos, to to by ich podzieliło dopiero! Więc prezydent Komorowski znowu może usiąść wygodnie w fotelu i udawać, że problem go nie dotyczy.
Problem też nie dotyczy Kościoła, jak mogliśmy dzisiaj usłyszeć z ust jednego z najpopularniejszych księży pokazywanych przez TVN. Wierni szarpią się o krzyż? Co tam, to nie nasza sprawa. Gdyby szarpali się o biskupa, no to może... No, ale Pan Jezus biskupem nie jest, to niech się o niego szarpią. Bo każdy ma swoje zdanie. I prymas, i biskup... Polski Kościół już dawno przestał mówić jednym głosem. Dawniej od tego był prymas, żeby hierarchia kościelna była zjednoczona, ale gdy słyszymy w mediach, że jest obecnie tylko ozdobą to widać tak już jest. Ta słabość polskiego Kościoła stanie się przyczyną jego rozkładu. Gdy nie będzie mógł zająć jednego stanowiska we własnej obronie.
Ale co tam, nie wybiegajmy tak bardzo w przód. Dzisiaj każdy może założyć ręce i udawać, ze to go nie dotyczy. "Cyrk się udał".
W starożytnym Rzymie cyrk był miejscem zabawy. I śmierci. Niejednokrotnie lała się w nim krew. A co, jeśli i ten leżący na arenie piach przesiąknie krwią?
Tym lepiej. Gawiedź się ucieszy, telewizji znowu skoczy oglądalność.
Więc ja czekam na krew.
* Jestem pełen obaw co do polityki historycznej w wydaniu Komorowskiego i Nałęcza. Szczególnie ten drugi wydaje się hołdować ckliwej pokusie dotykającej każdego historyka, żeby oderwać historię od teraźniejszości. Tylko po co nam wtedy historia? Żeby żyć w krainie elfów i wróżek?


Komentarze
Pokaż komentarze (3)