Gdy wstałem dzisiaj z łóżka i włączyłem telewizję miałem dziwne uczucie, że obudziłem się w innym świecie.
Do niedawna wydawało mi się, że żyliśmy trochę w świecie Alicji z Krainy Czarów, albo raczej Szalonego Kapelusznika. Jak dogmat obowiązywała teza o winie pilotów. Fakt, po przeprowadzeniu próbnego lądowania ten argument stał się o wiele słabszy i znikł z nagłówków i telewizyjnych komentarzy, ale wciąż jednak pobrzmiewał w mainstreamowej świadomości. Druga spiskowa teoria propagowana przez zadeklarowanych pogromców spiskowych teorii (ale tylko ze strony przeciwników ideowych i politycznych) to sprawa rzekomych nacisków na pilotów. Trzeba przyznać, że w porównaniu z mitem o niemalże samobójczych skłonnościach i skrajnym braku wyszkolenia, które rzekomo cechować miały pilotów występowała nieco rzadziej i miała za zadanie eskalować nienawiść w stosunku do PiS. Insynuowano że albo to generał Błasik, albo sam złowrogi Kaczor mieli zmuszać pilotów do lądowania. Po jakimś czasie TVN z dużym zdziwieniem odkrył, że wina może także leżeć po stronie Rosjan (choć Gazeta Polska przytaczała twarde argumenty na ten temat o wiele wcześniej, co jakoś umknęło ich czujnej uwadze), jednak zawsze po tym argumencie musiało paść powtarzane jak mantra hasło o polskiej odpowiedzialności. Może piszę za ostro. Może zbyt łatwo potępiam dziennikarzy, opiniotwórcze ośrodki i „autorytety”. Mimo to należy jednak przyznać, że powyższe hipotezy miały do niedawna w polskim dyskursie publicznym rangę dogmatu, w który uparcie należało wierzyć, a jakiekolwiek zanegowanie go stawiało w jednym szeregu z wyznawcami teorii sztucznej mgły.
A dzisiaj? Szok! Nacisków nie było. Generał wcale nie musztrował w kabinie Bogu ducha winnych pilotów, wieża źle naprowadzała samolot, lotnisko nie nadawało się w zasadzie do tego, żeby na nim lądować, a lot był źle zabezpieczony. Nie da się już nawet obronić tezy, że BOR robił co do niego należy. Nie uważam bynajmniej, że raport był idealny. Z przyczyn politycznych jest bez wątpienia nieco rozmyty i komisja wyraźnie unikała formułowania zdecydowanych sądów. Trudno jest ad hoc mówić o jego merytorycznej wartości, która zostanie zapewne wkrótce zweryfikowana. Jak wspomniał prof. Marek Żylicz, z pewnością dałoby się ustalić więcej gdyby komisja miała więcej czasu (i nie było łatwych do przewidzenia nacisków politycznych). Moglibyśmy też więcej wiedzieć, gdyby wrak samolotu nie został z premedytacją zniszczony. Że też dzisiaj można było o to zapytać premiera! Jeszcze nie tak dawno ten, kto podniósł tą kwestię zostałby zjedzony żywcem za niszczenie stosunków polsko-rosyjskich.
Naturalnie, raport nie zadowala wszystkich. Już wstępne zapoznanie się z treścią czołowych notek na Salonie wskazywało, że jest w nim sporo braków i nie dość jasno sformułowanych sądów. Tylko czego się spodziewać po raporcie pisanym na polityczne zamówienie? Zdaniem mec. Rafała Rogalskiego komisja nie miała podstaw prawnych dla swojej działalności. Jest więc de facto organem politycznym. Mimo to obok jej ustaleń nie da się przejść obojętnie.
Każdy widzi w niej to, co przede wszystkim chce widzieć. Raport został oczywiście skrytykowany przez PiS. Niby nie ma w tym nic dziwnego i można to było przewidzieć (poza tym raport i biała księga w wielu miejscach nie są ze sobą zgodne, co niemalże wymusza spór), ale w pierwszej chwili miałem jednak nadzieję, że PiS doceni go za obalenie niektórych mitów dotyczących np. osoby śp. Lecha Kaczyńskiego. Jak widać, przeliczyłem się. Cóż, kampania wyborcza tak naprawdę dawno się już zaczęła, a od wieków znakiem rozpoznawczym tej partii jest radykalna retoryka (ale nie radykalne działania), więc najwyraźniej chce obronić własną markę. PO robi to, co było do przewidzenia i co zawsze robi w sytuacji, gdy zderza się z rzeczywistością. Kluczy. Unika odpowiedzialności i jasno sformułowanych opinii bo czuje, że plecy rządu (a więc i Platformy w ogóle) znalazły się niebezpiecznie blisko ściany. I widać ma nadzieję, że wszystko się jakoś rozejdzie po kościach, media i elity o wszystkim zapomną, a ogarnięte przedwyborczą gorączką ponownie złożą prawdę o katastrofie na ołtarzu walki z ciemnogrodzko-nienawistnym PiS. Najciekawsza jest postawa mediów. Dawno nie widziałem tak niewygodnych pytań serwowanych zarówno komisji, jak i samemu premierowi, który swoim zwyczajem wił się jak piskorz i na pytanie złożone z kilku wyrazów recytował zazwyczaj istny esej licząc że sprawę po prostu przegada, a słuchacz zgubi wątek gdzieś w połowie. Co prawda, jak akcentuje to wielu blogerów, dziennikarze wciąż skupiają się na polskich błędach i niedopatrzeniach. Niektóre portale podważają nawet w tym zakresie ustalenia komisji. Grubą przesadą jest jednak powtarzanie za Antonim Macierewiczem, że Miller zrzucił całą winę na Polaków. Jeśli popełniliśmy błędy, a były one z całą pewnością karygodne (funkcjonowanie 36. pułku specjalnego), to prędzej czy później będziemy musieli się z nimi zmierzyć. Media nigdy nie lubią przyznawać się do błędów. Wolą przemilczeć sprawę, albo brnąć dalej w ślepy zaułek.
Niemniej lepiej jest się najpierw rozliczyć z samymi sobą zanim postawimy zdecydowane zarzuty Rosji. A te będą musiały w końcu wypłynąć, to nieuniknione. Biorąc pod uwagę ich przewidywalny charakter będą one niezwykle poważne, a walka z Kremlem o prawdę nigdy nie należała do najłatwiejszych. Dowiodła tego dzisiejsza konferencja. Rosyjscy dziennikarze za każdym razem starali się dowieźć winy Polaków podsuwając wnioski, które od dawna znamy z rosyjskiej propagandy (czy, jak kto woli, publicystyki). Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że w trochę podobny, choć bez wątpienia znacznie łagodniejszy sposób, postępowali dziennikarze Gazety Wyborczej nieustannie powracający do kwestii nacisków na pilotów, czy nawet „samej atmosfery” lotu.
Prof. Żylicz twierdzi, że nigdy nie poznamy całej prawdy o katastrofie smoleńskiej. Cóż, przewidywanie przyszłości nigdy nie było mocną stroną człowieka. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że ta sprawa niesie za sobą zbyt duży ładunek emocjonalny i ciągnie się za nią zbyt wiele kłamstw i zmanipulowanych opinii, aby było to łatwe. Tragedia smoleńska nigdy nie stała się kwestią zgody narodowej, ale przede wszystkim zarzewiem politycznego i medialnego sporu w wydaniu PiS vs reszta świata. Istnieje kilka komisji i kilka dochodzeń, a przede wszystkim z kilkadziesiąt różnych wersji nad którymi się nie dyskutuje, ale broni się ich na śmierć i życie. To zapewne nie przybliża nas do prawdy. „Zwykli Polacy” są tą sprawą po prostu znużeni. Wiele dowodów zostało zniszczonych, w tym najważniejszy – wrak Tupolewa. Zbyt duży jest też strach przed szukaniem winnych (głównie z ich strony), czego dowodzi potwierdzająca doniesienia Rzeczpospolitej dymisja ministra Klicha – raczej symboliczna i, bądźmy szczerzy, do przewidzenia. Poza tym zbyt wiele osób powielało bezmyślnie propagandowe hasła o których wspomniałem na początku notki i zapewne nie przyznają się one do błędu. Czy przeżywamy obecnie 5 minut prawdy o Smoleńsku? Czy z powrotem zagłębimy się w powielanie do znudzenia tych samych argumentów, które nie mają oparcia w rzeczywistości? Za wcześnie, aby o tym mówić. Dotychczasowe doświadczenia pozwalają jednak stwierdzić, że nie można tego wykluczyć.
Jakiś czas temu Bronisław Wildstein zastanawiał się, czy katastrofa smoleńska może być dla Polaków sprawą Dreyfusa, która wstrząśnie naszymi sumieniami. Na pewno rozpaliła ona polityczne namiętności podobnie jak kwestia francuskiego Żyda. W obu przypadkach proces dochodzenia do prawdy był jednak niezwykle trudny i bolesny. Podobne były także okoliczności poznawania zbrodni katyńskiej, co podkreśla zasadność mówienia o tragedii jako o Drugim Katyniu. Niemniej przekroczyliśmy dzisiaj magiczną barierę dzielącą obie strony lustra i wrócić nie będzie już tak łatwo.


Komentarze
Pokaż komentarze