Realia polityczne naszego państwa zaczynają w pewnym zakresie przypominać czasy II Rzeczypospolitej. Czy czeka nas najgorsze?
Gdy przeciętny mieszkaniec Polski w Dwudziestoleciu międzywojennym otwierał gazetę rzadko poszukiwał tam rzeczowych informacji. Nie było dla niego tajemnicą, że znaczna większość z nich to organy prasowe partii politycznych, a dziennikarze piszą dla polityków, albo nawet sami nimi są. Po co więc potrzebna mu była prasa? Przede wszystkim po to, aby dowiedzieć się na jakich liniach układają się polityczne i ideologiczne walki, aby zapoznać się z bieżącą propagandą partyjną i kierunkiem politycznym swoich sympatyków. A spójrzmy na dzisiejsze media. „Tusku, musisz!” „Bronku, do broni!” „Gazeta Wyborcza”, „Polityka” i „Wprost” nie ukrywają, kim są ich faworyci. Katarzyna Kolenda-Zaleska jakoś traci swój dziennikarski pazur, gdy musi przygotować laurkę o PO, a Justyna Pochanke i Kamil Durczok tak zapowiadają materiały o PiS jakby mieli zaraz splunąć. Do tego jak zwykle „obiektywny” (ze wskazaniem) Tomasz Lis i Jacek Żakowski… Na tego ostatniego spuśćmy zasłonę milczenia. TVP Info całkiem niedawno trochę się zlewicowało. Ostatnio ta hegemonia trochę stopniała po tym, gdy po okresie banicji pojawił się z powrotem Jan Pospieszalski. I tu powoli docieramy do drugiej strony barykady. O Pospieszalskim mam raczej dobre mniemanie, ale duża część prawicowych mediów zaczyna powoli działać „ku pokrzepieniu serc” wyborców. Do tej pory w podobnym tonie pisał jedynie „Nasz Dziennik”, w którego materiałach można często znaleźć zwykłe manipulacje, jakby rodem z „GW”. (Choć trzeba mu też przyznać honor, że w niektórych kwestiach w pozytywny sposób zapełnia lukę informacyjną po mediach głównego nurtu.) „Gazeta Polska” już od dawna nie ukrywa swoich proPiSowskich sympatii. Z niepokojem obserwowałem, jak tuż przed wyborami retoryka portalu wpolityce.pl niebezpiecznie zbliżała się do ówczesnego stylu „GW” i TVN. A skoro już o tych mowa, to zauważyłeś może, Czytelniku, że często stosuje się do nich określenie „media prorządowe”? To samo pojawia się często w stosunku do Międzywojnia, na określenie prosanacyjnych gazet. Faktycznie, wiernopoddańczy ton mainstreamowych mediów to niemal kalka z apologii sanacji z lat 30.
Czasem ten czy inny dziennik lub dziennikarz musiał jednak zapłacić za polityczne zaangażowanie. Bywało, że zwolennicy danego kierunku politycznego dewastowali redakcję pisma, które należało do jego rywali. Najostrzejszy język II RP (ale i najlepsze publicystyczne pióro), Adolf Nowaczyński, stracił oko pobity przez zwolenników Piłsudskiego. Trudno się dziwić, skoro nie pisał o nim inaczej, jak „komendiant”. Cóż, analogia do spalonego wozu TVN nasuwa się sama. Jeśli staje się za barykadą, to można oberwać tym, co w nią leci. Publicystyka jest dzisiaj coraz częściej instrumentem do zagrzewania zwolenników i wybudzania w nich skrajnych emocji. Czy Ryszard Cyba (którego sam jakiś czas temu porównywałem do Eligiusza Niewiadomskiego) popełniłby zbrodnię, gdyby nie medialno-propagandowa ofensywa? Czy 11 listopada doszłoby do zamieszek, gdyby nie zachęcały do nich media (głównie „GW”) i dziennikarze? Do przemocy na ulicach chyba powinniśmy się powoli przyzwyczajać. W Międzywojniu z reguły spory polityczno-ideologiczne znajdowały ujście w walce. Rzucanie kostką chodnikową było wówczas najbardziej subtelną metodą wyrażania własnych poglądów. W ruch szły pałki, lagi, a nawet noże. Dantejskie sceny z ulic Warszawy są zapowiedzią nieudolnego przenoszenia do nas przez pewne środowiska wzorców znanych z cywilizowanego Zachodu, gdzie neonaziści regularnie toczą małe bitwy ze skrajną lewicą. Nie lepiej wyglądało to w okresie międzywojennym, kiedy to głównie lewica przodowała w organizowaniu własnych bojówek. Pozostałe kierunki polityczne też nie były bez winy. Takie organizacje jak Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, Straż Narodowa czy Związek Strzelecki były (niekiedy nie bez podstaw) w oczach przeciwników ideowych zbrojnym ramieniem stronnictw politycznych. Skoro przemoc na ulicach z wolna (wzorem Europy, do której wciąż uporczywie równamy) zaczyna stawać się normą, to należy się też przyzwyczaić do stanowczych akcji policji. Kto wie, może nawet skończy się na utworzeniu czegoś na kształt policji politycznej, która w II RP śledziła poczynania radykalnej lewicy? Cóż, patrząc na postępowanie naszych stróżów prawa w dniu Święta Niepodległości, to Antifa może się raczej czuć bezpiecznie.
Analogie do Dwudziestolecia zupełnie inaczej wyglądają na płaszczyźnie ideologii czy programów politycznych. Od czasu do czasu któryś z naszych polityków lubi się przyznać do znanych z kart historii mężów stanu, aby spłynęła na niego choćby odrobina minionej glorii. To czy inne stronnictwo porównuje więc swoją politykę (czy polityków) do Piłsudskiego (Lech Kaczyński, Bronisław Komorowski), Dmowskiego (Liga Polskich Rodzin), Daszyńskiego (Sojusz Lewicy Demokratycznej). (Należy jednak przypomnieć, że tego ostatniego odgrzebano całkiem niedawno. Dla naszej lewicy ważniejsi są hipisi.) Czasem te porównania mają charakter pejoratywny. W oczach mainstreamowych publicystów określenie „endek” to najgorsza zniewaga, a prawica obecnie lubuje się w porównywaniu PO do sanacji (w czym widać żywotność tradycji Narodowej Demokracji). W praktyce trudno jednak dostrzec jakąś ciągłość, czy choćby dziedzictwo ideowe. Postpiłsudczycy traktują Marszałka raczej wspominkowo, postendecy zmagają się z brzemieniem antysemityzmu (na co od święta zwraca uwagę bliski ideowo endecji Rafał Ziemkiewicz), a odwołująca się do PPS-owskich ideałów lewica to margines marginesu. W latach 90. Polska nie wyszła z dziejowej zamrażarki, ale z komunistycznej szokowirówki. Pewne prawidłowości da się jednak w jakimś stopniu wyróżnić. Stworzona w szeregach PO, a wdrożona nieudolnie przez PiS koncepcja IV RP przypomina w pewnym stopniu ideę „sanacji”, czy „rewolucji moralnej”. Na tym jednak można by skończyć. Każdy ma taką sanację, na jaką zasługuje.
Czy zatem „lata dwudzieste, lata trzydzieste” XX w. będą łudząco podobne do lat 20. i 30. XXI w.? Szczerze w to wątpię. Bagaż doświadczeń, jakie wynieśliśmy z poprzedniej epoki za bardzo nas różni. II RP obca była ideologia grillowania. Wszystkie środowiska polityczne zdawały sobie sprawę, że w 1918 r. historia się nie skończyła. Wpłynął na to fakt, że granice państwa musieliśmy sobie wywalczyć i że stosunki z naszymi sąsiadami nie układały się najlepiej. Tymczasem my uśmiechamy się szeroko spod dziurawego parasola NATO i Unii Europejskiej zakładając, że obie te organizacje nie podzielą nigdy losu Ligi Narodów. Tylko od czasu do czasu, np. przy okazji budowy rosyjskiego rurociągu, uświadamiamy sobie, że wciąż siedzimy na dwóch stołkach.
Stronnictwa ideowe Międzywojnia wywodziły się także z ruchów istniejących pod zaborami i negujących ich polski charakter. W Niepodległej rozpoczęły one ze sobą walkę nie tylko na płaszczyźnie politycznej, ale także historycznej. Nam jednak nieco przejadły się sprzeczki pt. „a co pan robił w stanie wojennym”. Chcących uszczknąć nieco z legendy „Solidarności” wciąż jest bardzo wielu, ale jesteśmy zdecydowanie podzieleni w krytyce PRL-u. Część z nas traktuje go jako „nasz”. A bo byliśmy młodzi i piękni, bo „Gierek kradł i myśmy kradli”… II RP uniknęła pułapki postkolonializmu. Wszystkie (prawie) opcje polityczne traktowały państwo jako nasz kraj, który musimy sobie jakoś urządzić i w nim gospodarować. Nam takie myślenie jest obce. My mamy unijną metropolię, która zdecyduje za nas.
Dzisiejszy kontekst historyczny jest diametralnie inny. Dziś nikt nie walczy z partyjniactwem, ani nie tworzy tej czy innej ideologii zjednoczenia narodowego. Dziś lubujemy się w dzieleniu. Na Polskę A i Polskę B, światłogród i ciemnogród, miasto i wieś. Te podziały były przecież obecne i w okresie międzywojennym. A jednak wówczas nikt nie stwierdzał, że, cytując Marka Rymkiewicza, „to się nie sklei”. Wręcz przeciwnie, pracowano nad tym, żeby się zabliźniło. Nie posiadamy dziś Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, ale jej nieco pobrudzoną lichą imitację.
Mimo wszystko, przykłady, które zaprezentowałem (polityzacja mediów, walki uliczne) nasuwają pewne skojarzenia. Cóż, nikt dzisiaj nie twierdzi, że dzieje mają charakter cykliczny, a jednak „historia lubi się powtarzać”. Miejmy nadzieję, że nie powtórzy się 1939 r….
Inne tematy w dziale Kultura