Dzisiejsze newsy o obecności (czy raczej nieobecności) generała Błasika w kokpicie są świadectwem tego, że paniczne zamiatanie tzw. prawdy smoleńskiej pod dywan było poważnym błędem, a efekty chaosu, który zapanował w śledztwie staną się upiorem, który będzie nas straszył nawet nie przez lata, ale przez dziesięciolecia.
Całkiem niedawno w narracji wielu publicystów i blogerów pojawił się profetyczny zwrot „niech Was pochłonie” w odniesieniu do różnych zagadnień. W sumie trochę mnie on bawi. Czy bloger, który wystukuje swoje przemyślenia na klawiaturze jest magiem, który zaklina rzeczywistość, albo narodowym wieszczem głoszącym prawdy objawione? Wątpliwe. A jednak jest jedna taka kwestia, która rzeczywiście nas pochłania.
Wczoraj wszystko było jeszcze wiadomo. Piloci schrzanili sprawę, źle odczytywali wysokość bo nie byli odpowiednio wyszkoleni. Dzielny gen. Błasik odczytywał dobrze, ale się spóźnił. W rezultacie samolot był niżej niż się spodziewano i rozbił się. Warto zauważyć, że nie po zderzeniu z mityczną żelazną brzozą, ale, jak zaznaczył na konferencji minister Miller (sic!), z całym szeregiem obiektów. Co dziś z tej wizji zostało? Błasika nie było w kokpicie. Zatem kto prawidłowo odczytał na urządzeniach pomiarowych rzeczywistą wysokość? I co jest wart sam raport komisji Millera (która notabene nie miała żadnej podstawy prawnej pozwalającej ją powołać, więc miała tak naprawdę charakter polityczny), skoro nie był wiarygodny w ustaleniu jednego z podstawowych faktów?
Paradoksalnie, nie to jest jednak najważniejsze. Bo większą wagę mają, a raczej powinny mieć, reperkusje społeczno-polityczne. Nagle okazało się, że kolesie, których do tej pory zbywano hasłem „Cha-cha-cha-sztuczna-mgła!” mogą mieć rację. Znowu znaleźliśmy się w punkcie wyjścia i znowu nie wiadomo prawie nic. Bez wątpienia stanie się to pożywką dla spiskowych teorii w stylu „ruska bazooka”. Mało jest też prawdopodobne, żeby kiedykolwiek znikły. Bo można by zdeprecjonować przynajmniej najgłupsze z nich tylko przeprowadzając solidne, niezależne politycznie dochodzenie. A tego w ogóle nie było. Wrak dalej spoczywa w Rosji zabezpieczony w zaawansowany technologicznie sposób, który gwarantuje jego absolutną nienaruszalność – płotkiem i foliową plandeką. Do tego został starannie zdewastowany, aby naszym wojskowym specjalistom, którzy obejrzeli go łaskawie po ponad roku było łatwiej zrekonstruować go kawałek po kawałku. Czy jakiekolwiek rzeczowe wnioski są w ogóle możliwe, skoro polscy pielgrzymi odnajdywali w ziemi fragmenty kokpitu? Po megawpadce z gen. Błasikiem w sumie nie ma to już żadnego znaczenia. Mentalny wyłom został uczyniony. Teraz każdy będzie mógł podważyć niemal wszystko.
A to z kolei sprawi, że smoleński demon będzie nas długo prześladował. Nieprzepracowane traumy mają to do siebie, że wywołują kolejne traumy, a te kolejne i kolejne. I wojna światowa wywołała z jednej strony rewolucję bolszewicką i w konsekwencji zimną wojnę, a z drugiej powodując zbiorową traumę społeczną stała się jedną z bezpośrednich przyczyn powstania faszyzmu i narodowego socjalizmu. A wraz z nimi przyczyniła się do wybuchu kolejnej wielkiej wojny i do Holocaustu. Podobnie będzie z nami. Katastrofa smoleńska nie została przez nas emocjonalnie przepracowana. Złożyliśmy ją na ołtarzu swoich przyziemnych spraw i politycznej rywalizacji. Fakt, trochę z początku pochlipaliśmy, ale jak tylko media zaczęły prowadzić co bardziej radykalną narrację każdy statystyczny Polak wziął się zraził jak mała dziewczynka i wrócił do piaskownicy swojej codzienności. Z pozoru groza smoleńska znikła z jego życia. Z pozoru.
Znikła również w mediach. No bo przecież wszystko wiemy. Błąd pilota, generał w kokpicie, „polski bałagan” itp. Ale od wczoraj panuje już inna epoka. Dziś nie wiemy już nic. I tu się zaczynają schody. Bo nie można już powrócić do atmosfery medialnego grillowania, która zapanowała po panującym w mediach jazgocie. Bo trauma powraca i to ze zdwojoną siłą. Bo teraz wypadałoby przeprosić generałową Błasikową i w ogóle rodziny ofiar za niewybredne komentarze. A publicyści, dziennikarze i nazywani autorytetami celebryci są w ostatnich kilku miesiącach tak rozpuszczeni i przekonani o własnej dominacji, że zupełnie im to do głowy nie przyjdzie. Po bezkarnych słowach o „demonie polskiego patriotyzmu”, równie bezkarnym lżeniu obrońców krzyża, ostatniej kampanii parlamentarnej, zajściach w czasie Marszu Niepodległości i osłabieniu prawicowej narracji w telewizji publicznej i (jak wszystko na to wskazuje) w „Rzeczpospolitej” światłogród czuje się zbyt pewnie, żeby zniżyć się do tego poziomu. A to oznacza dalszą radykalizację w środowisku walczących o tzw. prawdę smoleńską i rychłą eskalację sporu. Być może nie ostatni raz. Najpewniej w sferze medialnej będzie to temat-bumerang, który wciąż będzie powracał do rzucającego i wciąż dotkliwie tłukł go po głowie.
O wiele poważniej wygląda to w sferze politycznej. Mamy przecież dwa polityczne bloki, które budują swoją narrację na stosunku do katastrofy smoleńskiej. Co prawda te wątki nie były ostatnio akcentowane, ale jakoś podskórnie wyczuwalnie. A zatem mamy stronnictwo PO-SLD-Palikot straszące wyznawcami mitu smoleńskiego i wykorzystujące to, że większość Polaków ma już dosyć gorących sporów politycznych, do jakich bez wątpienia należy zaliczyć także wątek smoleński. Z drugiej strony barykady stoi mężnie PiS, który wiele zrobił, aby uchodzić za ostatniego sprawiedliwego i jedynego strażnika prawdy na scenie politycznej. Tak na dobrą sprawę oba kierunki kwestię katastrofy upolityczniły – PO i SLD zamiatając ją pod dywan i zaganiając naród z powrotem do grilla, a PiS skwapliwie wykorzystując sytuację i nie robiąc absolutnie nic, aby dochodzenie stało się sprawą ogólnospołeczną czy ogólnonarodową. W konsekwencji wraz z wypływającymi nieścisłościami w śledztwie i z medialną wrzawą temat katastrofy smoleńskiej nieustannie będzie wracał także jako argument polityczny i kto wie czy z czasem – rozgrzewając nas do czerwoności - nie będzie głównym determinantem przesunięć w partyjno-politycznej tektonice.
A w sferze społecznej? Tu z pozoru nic się nie może zmienić. Polacy mają zgodnie katastrofy smoleńskiej dosyć i siedzą w domowych pieleszach doglądając zbiorów, ochędożając krzewy i robiąc wszelkie inne rzeczy, którymi człowiek poczciwy głowę sobie zaprząta. Bardziej zajmuje ich niedawna śmierć Hanki w „Na dobre i na złe” niż śmierć prezydenta sprzed kilku-kilkunastu miesięcy. Młode pokolenie ma do jeszcze głębiej w d… i w ogóle jest pochłonięte własną karierą tudzież zabawą i swawolą. Tylko jaką mamy gwarancję, że ten stan się utrzyma? A jeśli, dajmy na to, obrońcom tzw. prawdy smoleńskiej uda się zbudować narrację, która przekona do ich argumentów większość społeczeństwa? Ok, ok, na razie to niemożliwe ze względu na styl PiS (który za jego pomocą cementuje twardy elektorat), ale jeśli komuś się to uda? Wyobraźcie sobie, drodzy Czytelnicy tą medialną panikę. Tuska i Arabskiego przed Trybunałem Stanu… No, nie rozmarzajcie się tak!
Nie można wykluczyć, że wraz z eskalacją partyjnych waśni i upadkiem dobrego obyczaju w Polsce (sprawa Cyby czy walki na ulicach Warszawy) katastrofa smoleńska stanie się powodem niepokojów społecznych mających podłoże polityczne. Jeszcze niedawno krytykowałem powielany do bólu rymkiewiczowski slogan „to się nie sklei”. Twierdziłem, że nie może być tak, że istnieją dwie Polski, które nawzajem ze sobą walczą. Cóż, walka dwóch narodów trwa co najmniej od 1989 r. i właśnie obserwujemy jej przedłużenie. I nic nie zapowiada, że się to skończy. Co najwyżej może być jeszcze gorzej. Chyba faktycznie dzielimy się tak (jak to ujął jeden z prawicowych publicystów, niestety, nie pamiętam który), że dzielimy się na podobieństwo Północy i Południa rozdzielonych na zawsze przez wojnę secesyjną. Bo jak może być inaczej, skoro ci, którzy mieszali z glebą co aktywniejsze rodziny ofiar nie chcą wypluć zwykłego „przepraszam”, tylko dalej brną w zaparte, o czym świadczy choćby wiszący na Głównej tekst Jana Osieckiego.
Katastrofa smoleńska pokazała wszystkie słabości zarówno naszego państwa, jak i narodowej jedności. Nie ma potrzeby wymieniać tych argumentów po raz kolejny, to temat na odrębną notkę. Trauma smoleńska nie będzie nas jednak męczyć tylko przez rok czy dwa, będzie wracać dopóki sami się nie rozliczymy i nie zażądamy od Rosji tego, czego żądaliśmy w kwestii Pierwszego Katynia. Bo przecież sytuacja jest w niebywały wprost sposób podobna. Niby kogo obchodziło to, że umarło kilka tysięcy czyichś mężów lub ojców? Nie każdy Polak kogoś stracił. A jednak, na przekór wszystkiemu, prawda o Katyniu powróciła jako jedno ze sztandarowych haseł „Solidarności”, a nawet wywierała swój wpływ na polityków III RP i Rosji. A z pozoru przecież było pozamiatane.
Wydaje się, że należy przyznać rację Bronisławowi Wildsteinowi, który prognozował, że katastrofa smoleńska stanie się polską sprawą Dreyfusa. Pierwsze symptomy obserwujemy już teraz. Dzisiaj olewamy prawdę o katastrofie. Ale jutro?


Komentarze
Pokaż komentarze (10)