O katastrofie smoleńskiej i jej implikacjach napisano już niemal wszystko. Pisałem o tym również i ja. Z pozoru nie ma już po co marnować czasu nad klawiaturą. A jednak, jest coś, co nie daje mi spokoju…
Internet jest jeszcze cierpliwszy od papieru. Przyjmie i przetworzy dosłownie wszystko. Stąd na Salonie pojawiły się już wszystkie możliwe sposoby patrzenia na katastrofę smoleńską – rozłam narodowy, sanacja moralna, upadek państwa, rymkiewiczowska koncepcja dwóch narodów itp. itd. Broniono wieców na Krakowskim Przedmieściu i potępiano je. Gloryfikowano PiS i obrzucano go błotem. Podobnie jak PO, premiera i prezydenta. Uderzano w wielki dzwon i zagrzewano do walki, albo przeciwnie, nawoływano do narodowej zgody.
Bez wątpienia Drugi Katyń stał się (jak chce Warzecha) punktem zwrotnym w naszej najnowszej historii. Dominują oceny pozytywne. No, teraz to może być tylko lepiej! Naród się przebudzi! Coś się dzieje w tym naszym społeczeństwie. Myśmy się policzyli… Przewodnią rolę odgrywa narracja mesjanistyczno-sanacyjna. Jest to efektem impulsu, który faktycznie ożywił wiele osób i sprowadził ich myśli w stronę takich wartości jak dobro wspólne czy racja stanu. Świadczy o tym ogół stowarzyszeń i instytucji, które ja osobiście określiłbym jako ruch posmoleński i z którymi ja również się identyfikuję. Tylko czy ta retoryka nie ma jakiegoś słabego punktu, czegoś co sprawia, że pomijamy najistotniejszy fragment tej mozaiki?
Gwoździem do polskiej trumny zawsze była „polska anarchia”. To, co jest źródłem naszego wyjątkowego potencjału jest jednocześnie hamulcem w naszej historii. Co najmniej od XVIII w. tym, co podcinało nam skrzydła zawsze były walki koterii i wewnętrzne waśnie. Czy konfederacja barska, którą słusznie stawia się na piedestale, nie dała swoim przeciwnikom asów do ręki? Czy większość naszych powstań narodowych nie upadło właśnie przez brak zgody i zdecydowania? II RP mogła powstać tylko dzięki temu, że Polacy skupili się wokół najważniejszych wartości – narodu i państwa. Wokół dobra wspólnego. Gdyby nie to 1939 r. byłby jeszcze większą katastrofą, a z polskiego czynu zbrojnego w czasie II wojny światowej wcale nie musielibyśmy być dumni.
Czy to, co uważamy za odnowę narodową może być linią pochyłą? Wielu słusznie stwierdza, że 10.04.10 polskie państwo nie zdało egzaminu. I wielu jeszcze słuszniej nawołuje, aby budować społeczeństwo obywatelskie. Tyle tylko, że nie jako uzupełnienie wadliwego systemu państwowego, ale jego przeciwwagę, czy wręcz adwersarza. Wszak państwo rządzone jest przez „namiestników”, Rosjan i Niemców! Tusków i Komorowskich! I Arabskich! Wpisuje się to w dziedziczony przez nas po PRL podział na „ich państwo” i „nasze społeczeństwo”. (Co dowodzi, że, jak ponownie zaznaczam, nasza prawica też jest w pewnym sensie postkomunistyczna. Zniewolona przez przestarzałe konstrukcje myślowe, jak dziecko dorastające w rodzinie dysfunkcyjnej.) Ale w ten sposób nie zbudujemy silnego państwa, ani aktywnego społeczeństwa. Nie mówiąc już o silnym narodzie. Zamiast pozytywistycznej pracy u podstaw prowadzonej przez romantycznych aktywistów mamy tylko emocjonalne okrzyki i tyrtejskie nawoływanie do walki. Fala dyskusji i refleksji, jaka towarzyszyła narodzinom ruchu posmoleńskiego, już dawno opadła.
Myśląc o Rymkiewiczu wracam do „Pana Tadeusza”. Odwołując się do Mickiewicza, do jego wizji salonu i zastygłej skorupy, poeta pomija chyba najważniejszą naukę wynikającą z twórczości wieszcza. Ksiądz Robak też nawoływał: „Oczyścicie dom, dzieci!” I to stało się jego winą.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)